Prymas Stefan Wyszyński fot. domena publiczna autor: Janusz Trochta

1 marca, jak co roku, na polskiej prawicy miała miejsce dyskusja na temat Żołnierzy Wyklętych. W centrum tradycyjnie stało pytanie: czy należy czcić pokonanych, przegranych i wybitych do ostatniego, którzy walczyli i umierali, nie mając szans na zwycięstwo?

Toczę tę dyskusję co roku, traktując jako rzecz oczywistą to, że są tygodnie w roku z góry zajęte na pewne tematy. Styczeń poświęcam corocznie na dyskusję o sensie Powstania Styczniowego, marzec na dyskusję o Żołnierzach Wyklętych, sierpień na połajanki na temat Powstania Warszawskiego, a listopad na spory historyczne na temat Powstania Listopadowego.

W sumie mam cały rok starannie rozplanowany na nieustanne polemiki, połajanki i dyskusje na temat rozmaitych przejawów polskiej tradycji romantyczno-insurekcyjnej i „filozofii czynu”, strzelając zdroworozsądkowymi argumentami niczym „konserwatysta wyklęty”.

Nowością tegorocznej dyskusji na temat Żołnierzy Wyklętych bezsprzecznie był dla mnie fakt, że zorientowałem się, jak niepełna jest wiedza moich oponentów. Wiedzą wszystko o poszczególnych komendantach polowych, często o poszczególnych żołnierzach – z kim walczyli, gdzie się urodzili, jak zginęli, z kim sypiali etc.

Dosłownie wszystko, byle tylko dowieść, że „nie mieli innego wyjścia” i „woleli śmierć z karabinem w ręku niż w ubeckiej katowni”. Jest jeden istotny fakt, który – jak się okazało – nie jest znany zwolennikom tego kultu. Otóż w jednej z polemik ze mną pojawiła się teza, że odpowiednikiem nieugiętości Wyklętych w dogmatyce katolickiej jest teza, iż „poza Kościołem nie ma zbawienia”.

Innymi słowy: tak jak „poza Kościołem nie ma zbawienia”, tak „nie ma Polski poza Wyklętymi”, a ten, kto neguje ich kult, ten w religii zastępuje dogmatyczny rygoryzmem modernistycznym ekumenizmem.

Na ten dziwaczny argument odpowiedziałem w sposób, który wydał mi się logiczny, a mianowicie przytaczając dokument „Porozumienie zawarte między przedstawicielami Rządu Rzeczpospolitej Polskiej i Episkopatu Polski z 14 kwietnia 1950 roku”, w którym Kościół katolicki, kierowany przez Prymasa Stefana Wyszyńskiego, uzgodnił z rządem komunistycznym, co następuje:

„1. Episkopat wezwie duchowieństwo, aby w pracy duszpasterskiej zgodnie z nauką Kościoła nauczało wiernych poszanowania prawa i władzy państwowej.
(…)
7. Kościół – zgodnie ze swymi zasadami – potępiając wszelkie wystąpienia antypaństwowe będzie przeciwstawiał się zwłaszcza nadużywaniu uczuć religijnych w celach antypaństwowych.
8. Kościół katolicki, potępiając zgodnie ze swymi założeniami każdą zbrodnię, zwalczać będzie również zbrodniczą działalność band podziemia oraz będzie piętnował i karał konsekwencjami kanonicznymi duchownych, winnych udziału w jakiejkolwiek akcji podziemnej i antypaństwowej” (podkr. – A.W.).

1 KOMENTARZ

  1. Pan Adam Wielomski jak zwykle nie ma racji. Na poparcie przytoczę fragment z genialnej książki Józefa Mackiewicza „Zwycięstwo Prowokacji”:

    „Umowa z 14 kwietnia 1950. — Dnia 4. 4.1950 podpisana zostaje umowa „pomiędzy Kościołem i państwem”, stanowiąca poważne zwycięstwo komunistów i przyjęta ze zdumieniem i zaskoczeniem w Rzymie. To, co nastąpiło dalej ze strony komunistów nie było, jak to powszechnie przedstawiano, „wbrew umowie”, lecz przeciwnie było logicznym wynikiem tej umowy. Albowiem komuniści sądzą, że Kościół stoi na progu kapitulacji i zwiększają nacisk. Następuje okres bezwzględnego prześladowania. W 1952 wymuszona zostaje przysięga biskupów; 9-go lutego 1953, słynny dekret o obsadzeniu stanowisk kościelnych, który wkracza już w forum internum jurysdykcji kościelnej; 26 września 1953 aresztowany zostaje prymas Wyszyński. W dwa dni później biskupi Klepacz i Cho-romański podpisują w imieniu episkopatu oświadczenie, które nigdy nie zostało opublikowane na emigracji. Jest to poniżający akt, który zamiast protestować przeciwko aresztowaniu prymasa i prześladowaniom, zawiera wiernopoddańcze akcenty wobec władzy komunistycznej. Jeżeli chodzi o historyczną analogię, odpowiada on z treści i ducha kapitulacyjnej deklaracji metropolity Sergiusza z r. 1927.
    Był to szczytowy punkt pognębienia Kościoła w Polsce i komunistom zdawało się, iż osiągnęli jego pełną dezintegrację, wciąż według wzoru, jaki osiągnęli wobec Cerkwi patriarszej w Moskwie. Tu się mylili. Omyłka w rachunku polegała na tym, że w Rosji mieli w ręku najwyższego dostojnika duchowego, gdyż jak już wspomnieliśmy patriarcha w Konstantynopolu jest li tylko primus inter pares, ale nie głową Kościoła wschodniego. Natomiast głową Kościoła zachodniego jest papież w Rzymie, i jemu podlega Kościół w Polsce. Ręce komunistów okazały się za krótkie. Wprawdzie posiadali potężną organizację PAXu, gotową na skinienie stworzyć „Kościół państwowy” na usługach partii, ale jasne było, że cały naród katolicki nie pójdzie na zerwanie z Rzymem i raczej przejdzie do Kościoła w katakumbach. To wywracałoby wszelkie rachuby. Nastąpiły wściekłe ataki na szlachetną postać niezłomnego papieża, Piusa XII, ale nie wyprowadzały one ze ślepej uliczki. Zaczem przyszła „odwilż” w Sowietach, a niebawem Gomułka w Polsce.”

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here