Kiedy słyszymy hasło „mumia”, w wyobraźni rysuje się nam obraz zabalsamowanych, owiniętych tkaninami przypominającymi bandaże trucheł, spoglądających na nas ze skrzyżowanymi rękoma wprost z egipskiego grobowca, najlepiej w jakiejś piramidzie.

 

Pomimo tego, że mumie jako takie znajdowano na innych kontynentach, jak choćby w Ameryce Środkowej i Południowej, najmniej znane przeciętnemu człowiekowi są mumie pochodzące z…Japonii.

W 1959 roku grupa naukowców badając lokalne pogłoski o miejscowych mumiach odkryła sześć zmumifikowanych ciał buddyjskich mnichów na terenie prefektury Yamagata. Niebawem po tym odkryciu kilka japońskich uczelni utworzyło wspólny komitet, którego celem było ich zbadanie. W momencie odnalezienia mumie prezentowały się w honorowych miejscach w świątyniach i były oporządzane i chronione przez mnichów. Dlaczego oporządzane? Otóż w przeciwieństwie do dobrze nam poznanych mumii pochodzących z Egiptu, owe relikty nie były owinięte w jakikolwiek materiał, tylko w mnisie szaty, a ich sucha, naciągnięta skóra na rękach i twarzach została zachowana w doskonałym stanie.

 

Dlaczego oni to robili?

Same mumie nie były czymś nieznanym w japońskim świecie, co więcej, czterech liderów plemienia Fujiwara zostało zmumifikowanych w XII wieku n.e. i nadal są „prezentowani” w wielkiej złotej komnacie świątynnej na północnym wschodzie kraju. Jednakże sam proces dokonania mumifikacji nie jest prosty, zwłaszcza w tak wilgotnym klimacie, jak japoński. Naukowcy mieli nadzieję na poznanie owych tajemniczych procesów umożliwiających ten specyficzny sposób zachowania ciała po śmierci.

Zwykle przed zabraniem się za samą mumifikację osoba jej dokonująca usuwa wszelkie organy wewnętrzne „obiektu” swojej pracy, aby pozbawić źródła pokarmu dla różnorakich organizmów, takich jak grzyby, bakterie i insekty. Tym większe było zdziwienie naukowców, gdy odkryli oni, że japońskie mumie mają wszystko na miejscu, a ich organy zostały niejako zasuszone jeszcze przed śmiercią. Szczegółowe badania zapisów świątynnych wyjaśniły, że ta mumifikacja niejako za życia nie była jakąś szczególną formą tortur lub rytualnego morderstwa. Owi mnisi przeprowadzali mumifikację sami na sobie, dokonując rytualnego samobójstwa!

„Zakonserwowani” duchowni z prowincji Yamagata należeli do buddyjskiej szkoły Shingon, która łączyła w sobie ezoteryczny Buddyzm z rdzennymi wierzeniami Shinto. Owi mnisi praktykowali ekstremalną formę ascetyzmu, wierząc, iż wycieńczenie fizyczne pozwalało im widzieć „dalej” i „więcej”, poza iluzję świata fizycznego. Medytowanie w lodowatych wodach wodospadów i chadzanie po rozżarzonych węglach było ich standardowym sposobem na zapieranie się swojego fizycznego jestestwa. Ascetyczni mnisi wierzyli także w samo poświęcenie w służbie względem innych osób, które realizowali poprzez karmienie głodnych, dbanie o starszych ludzi oraz leczenie chorych.

 

Jedli tylko orzechy i sosnowe igiełki

Mnisi dokonujący własnoręcznej mumifikacji odbierali własną śmierć, jako pewien rodzaj odkupienia i zbawienia ludzkości. Ich cierpienie za życia pozwalało im udać się do jednego z buddyjskich kręgów niebiańskich, gdzie żyjąc ponad 1,6 mld lat do czasu swojej reinkarnacji zyskują moce, które pozwalają im na chronienie i dbanie o ludzi na ziemskim padole. Istniał tylko jeden haczyk – ich duchowe atrybuty przysługiwały im tylko, jeżeli ich cielesna, ziemska forma była nadal zachowana. Właśnie poprzez mumifikację.

             Mumie buddyjskich mnichów w świątyni Morun, Japonia

Bardzo ciekawy jest sam proces, który, jak już zostało wspomniane, odbywał się za życia późniejszego truchła. Mnich, który chciał dokonać owej praktyki zaczynał od odstawienia pokarmów zbożowych i jadł wyłącznie owoce oraz orzechy przez 1000 dni. Prawie trzy lata prowadzi taką medytację pełniąc jednocześnie posługę względem świątyni i społeczności. Ale to jest tylko rozgrzewka, ponieważ następne 1000 dni cierpliwy mnich spożywa już tylko… sosnowe igiełki wraz z korą drzewną. Po 2000 dni owego postu ciało mnicha jest już zniszczone na skutek wygłodzenia i dehydracji, co rozpoczęło tym samym proces mumifikacji. Mnisi pili także toksyczną herbatkę „urushi”, która przyśpieszała ich zgon i zabezpieczała ich ciało przed zostaniem posiłkiem dla pośmiertnego robactwa i bakterii.

czytaj też: Alternatywny świat. Jak wyglądałyby mapy, gdyby Niemcy wygrały II wojnę światową? [GALERIA]

Finalnym aktem przed mumifikacyjnym było udanie się mnicha do grobowca, gdzie po przyjęciu przez niego pozy medytacyjnej jego akolici zabudowywali wejście pozostawiając tylko małą rurkę na powietrze. Mnich co jakiś czas dawał im sygnał dźwiękowy dzwoneczkiem, że żyje, a jeżeli sygnał w końcu nie nadchodził, przystępowali do wyciągnięcia wspomnianej rurki i całkowicie zabudowywali grobowiec. To jeszcze nie koniec! Po 1000 dniach akolici otwierali miejsce pochówku swojego mistrza i badali jego ciało. Jeżeli nie było żadnego procesu gnilnego, znaczyło to, że mnich osiągnął sokushinbutsu, czyli pewną formę oświecenia i umieszczano go następnie w honorowym świątynnym miejscu, gdzie był czczony jako Żywy Budda. Jeżeli jednak ciało mnicha gniło, wyprawiano mu godny pochówek za odważną próbę udania się do buddyjskiego nieba.

Z historycznych zapisów, późniejszych badań oraz dowodów w postaci samych mumii wynikało, że z prawdopodobnej setki chętnych do zostania żywą śmiercią tylko dwóm tuzinom udało się osiągnąć cel. Największy procent „sukcesów” odnotowano właśnie w prefekturze Yamagata, co okazało się efektem picia przez lokalnych mnichów wody ze świętego źródła na górze Yunodo. Japońscy badacze po zbadaniu składu chemicznego ów wodopoju stwierdzili w nim zabójcze dla zdrowia stężenie arszeniku, który poza trującym działaniem zabezpieczał ciało przed pośmiertnym rozkładem przez bakterie, podobnie, jak wspomniana już herbatka „urushi”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here