Leon Degrelle fot. domena publiczna

Kolaboracja w krajach podbitych przez III Rzeszę miała rozmaity charakter. Nigdy nie powiedziałem i nie powiem niczego złego o Marszałku Pétainie. Była to klasyczna „kolaboracja państwowa”, czyli oficjalna polityka oficjalnie istniejącego Państwa Francuskiego – jedynego legalnego. Obywatel francuski zobowiązany był pośrednio w niej uczestniczyć, będąc obywatelem państwa Vichy.

Jednak już francuscy faszyści zapisujący się do Waffen SS i jadący nad Wołgę walczyć o „niemiecką Europę” z pewnością przekraczali konieczne granice kolaboracji. W innych krajach rząd legalny był na emigracji i nadal znajdował się w stanie wojny z III Rzeszą. Dlatego taki Quisling w Norwegii czy Degrelle w Belgii, kolaborując bez zgody prawomocnych władz, stawali się zdrajcami, których po wojnie należało rozstrzelać co do jednego. Quisling zresztą tego doświadczył. Degrelle nie, niestety, ponieważ w ostatniej chwili uciekł z oblężonego Berlina samolotem do Hiszpanii.

Léon Degrelle był i zdrajcą i faszystą w jednej osobie. Był zdrajcą, ponieważ już pod koniec lat trzydziestych brał pieniądze z rąk włoskiego i niemieckiego wywiadu. O ile Włosi wspomagali go finansowo z przyczyn ideowych, widząc w nim pokrewnego faszyzmowi polityka, to naziści nie czynili tego bezinteresownie.

Degrelle brał niemieckie dotacje – na co istnieje potwierdzenie w odkrytych po wojnie dokumentach i raportach niemieckich dyplomatów – w zamian za poparcie niemieckiego pomysłu przeprowadzenia referendum w Eupen i Malmedy. Były to sporne miasteczka, które stały się częścią Belgii w wyniku I wojny światowej, acz zamieszkane w większości przez mniejszość niemiecką. I Degrelle, w zamian za niemieckie pieniądze na cele partyjne, był gotowy je Hitlerowi oddać.

Był zdrajcą, gdyż bez zgody legalnego i funkcjonującego na emigracji rządu Belgii na ochotnika wstąpił do Waffen SS, samowolnie wdział niemiecki mundur (z jakimiś tam belgijskim znaczkiem) i pojechał walczyć z Rosjanami na front wschodni, dochodząc do rangi pułkownika Waffen SS. W wojnie tej Belgia i Związek Sowiecki były sojusznikami, a więc Degrelle był winny zdrady. Takie też orzeczenie wydał po zakończeniu wojny sąd belgijski, skazując go (zaocznie) za zdradę na karę śmierci.

Był faszystą, ponieważ do końca życia (zmarł w 1994 r.) nie odżegnał się od kolaboracji z III Rzeszą. Jestem daleki od twierdzenia, że Degrelle był faszystą przed wojną, gdy kierował ruchem Rex. Była to organizacja podobna do polskiego ONR, czyli narodowo-radykalna i fundamentalnie katolicka.

Ale w czasie okupacji niemieckiej polityk ten znacząco przemodelował swoje poglądy i – nie zawaham się tego tak określić – dosłownie zauroczył się i zakochał w Adolfie Hitlerze. Nie zapomnę, gdy w swojej książce „Hitler na 1000 lat” („Hitler pour 1000 ans”, 1969) zachwycał się, że gdy przyjechał z frontu odwiedzić Führera, ten, widząc, że Degrelle nie ma kapci… pożyczył mu swoje. Przy innej zaś okazji wódz III Rzeszy stwierdził: „gdybym miał syna, to chciałbym, aby był taki jak Pan”. Powojenne książki Degrelle’a – co ważniejsze z nich posiadam – dosłownie są oblepione jego zdjęciami, gdy paraduje w mundurze pułkownika Waffen SS – zawsze dumny, uśmiechnięty, pełen nazistowskiej pychy.

Dla rzecznika prasowego ONR – czyli dla polskiego nacjonalisty – dodam także, że w rzeczonej pracy „Hitler na 1000 lat” są sążniste cytaty o Polsce i o Polakach, gdzie Degrelle naigrywa się z polskich żołnierzy walczących za naszą Ojczyznę we wrześniu 1939 roku.

Jako Polak, obywatel państwa, którego ponad 6 milionów obywateli zginęło z rąk III Rzeszy, nie mogę przejść obojętnie wobec panoszącego się na polskiej prawicy autentycznego „kultu Degrelle’a”. I nie chodzi o to, aby tu kogoś ganiać za pomocą prokuratora. Zawsze byłem i pozostaję sceptyczny co do metody rozstrzygania dyskusji historycznych za pomocą paragrafów kodeksu karnego. Raczej chodzi o to, aby puknąć wszystkich „degrellistów” w czoło i zapytać, czy mają wszystkie klepki pod sufitem.

„Degrellizm” to szerząca się choroba pośród radykałów na polskiej prawicy, wyrastająca z antykomunistycznej obsesji. Degrelle walczył z komunistami na wschodzie – to wystarczy, aby był bohaterem. Nieważne w jakim mundurze, nieważne czy pod sztandarami okupanta – ważne, że walczył z „komuną”.

Dla wielu to kolejny antykomunistyczny i antysowiecki „żołnierz wyklęty”, tyle że tym razem belgijski; romantyczny bohater, który nie paktował z bolszewizmem, lecz walił komunistów między oczy. Jeśli jednak pułkownik Waffen SS, wysłany na front wschodni przez Hitlera, jest „bohaterem”, to jakże wielkim „BOHATEREM” musi być sam Hitler! I tylko szkoda tego oenerowca Jana Mosdorfa, który też mógł przywdziać mundur Waffen SS, a wybrał Polskę i został przez kumpli Degrelle’a zamordowany w Oświęcimiu w 1943 roku.

Autor: Adam Wielomski

2 KOMENTARZE

  1. Wielomski odlatuje. Ale zawsze swoje odloty sprytnie uzasadnia. Komuchów, którzy działali poza legalnymi władzam polskimi, gloryfikuje. Jak Jaruzelskiego.

  2. W tym artykule jest kilka istotnych błędów. Po pierwsze Leon Degrelle został awansowany przez Himmlera na stopień SS-Brigadefuhrer (odpowiednik generała brygady) w dniu 2 maja 1945, co zostało odnotowane w jego książeczce wojskowej. Co prawda można się spierać, czy fakt, że Hitler odsunął Himmlera od władzy w dniu 26 kwietnia 1945 powoduje nieważność tego awansu. Na pewno powinno to być odnotowane w poważnym artykule. Po drugie w 1941 roku Degrelle nie wstąpił do Waffen SS, tylko do ochotniczej brygady Wehrmachtu – jako nie-aryjczycy, Waloni nie mogli utworzyć jednostki SS w tym czasie. Dopiero w czerwcu 1943, żołnierze tej jednostki zostali przeniesieni do Waffen SS. Jeśli chodzi o wyrok śmierci wydany przez Belgów to jest to wyrok za kolaborację oraz morderstwo trzech (o ile dobrze pamiętam) członków belgijskiego ruchu oporu, których rozkazał rozstrzelać mszcząc się za śmierć brata, zastrzelonego przez ruch oporu. Kolejną nieścisłością jest to, że nie uciekał on z oblężonego Berlina (Brygada nie uczestniczyła w jego obronie, tylko po walkach w okolicy Szczecina wycofała się do Danii. Degrelle uciekł do Norwegii a stamtąd odleciał Dornierem w kierunku Hiszpanii, gdzie rozbili się podczas lądowania na plaży. Jak na tak krótki artykuł to strasznie dużo błędów -może i Pan ma książki Degrelle w swojej bibliotece ale chyba niezbyt uważnie Pan je czytał.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here