Obchody zjednoczenia Niemiec fot. Wikipedia CC 3.0 autor: Bundesrchiv

Pomimo niewiadomej przyszłości Unii Europejskiej i niepewnych warunków dalszej współpracy USA, Wielkiej Brytanii, Rosji czy Turcji z władzami Niemiec i UE, Niemcy brną dalej w urządzanie różnych „postępowych” nieporządków we własnym kraju – także kosztem finansów i swobód własnych obywateli i podatników.

Niektórzy ekonomiści czy politolodzy (jak np. Josef Janning) wyrażają opinie, że wyjście Wielkiej Brytanii z UE w dłuższej perspektywie raczej wzmocni Niemcy – dając im w UE i całej Europie przede wszystkim większą swobodę ruchów i zapewne nowe możliwości i instrumenty działań.

Przypuszczają, że „Brexit” wzmocni Niemcy także na drodze przyciągania przez niemieckie koncerny i instytucje państwowe niektórych amerykańskich i światowych banków, inwestorów i różnych firm do Frankfurtu nad Menem czy Monachium – po ich możliwej rezygnacji z dotychczasowych czy przyszłych operacji i inwestycji w Londynie i innych ośrodkach brytyjskich.

Na razie Niemcy nie rezygnują więc z popierania rozwoju stopniowej „europejskiej integracji” i systematycznej budowy eurofederacji państw. Nie rezygnują też z przyjmowania setek tysięcy imigrantów rocznie i z podstawowych elementów swojej dotychczasowej polityki wewnętrznej – polityki systemowo interwencyjnej i socjaldemokratycznej, w dłuższej perspektywie raczej osłabiającej przecież Niemcy jako państwo i potencjalne, a dominujące w Europie mocarstwo.

No, ale osławione i z gruntu lewicowo-komunistyczne „wartości europejskie” (przynajmniej te najmocniej propagowane przez polityków i funkcjonariuszy UE – jak np. powszechna i przymusowa „tolerancja”, totalne i przymusowe „równouprawnienie” płci, ras i kultur czy surowe zakazy jakiejkolwiek „dyskryminacji” itd.) są niestety faktycznymi wartościami dla większości europejskich, w tym też niemieckich polityków.

Jednym z najnowszych świadectw tego zjawiska są np. opinie rzecznika rządu Niemiec – Steffena Seiberta. Seibert stanowczo przypomniał dziennikarzom, odnosząc się do sytuacji w Turcji, że Niemcy i inne kraje Unii Europejskiej odrzucają kategorycznie karę śmierci. Kraj, w którym obowiązuje kara śmierci, „nie może być członkiem UE”.

Wprowadzenie kary śmierci w Turcji oznaczałoby więc „koniec akcesyjnych negocjacji”– oświadczył Seibert. Kilka godzin później tę samą opinię wyraziła też ponoć w telefonicznej rozmowie z prezydentem Turcji kanclerz Angela Merkel. Na takie „postępowe” dictum chyba wypada więc życzyć, aby władzom Turcji tę karę (dla morderców i terrorystów) udało się jednak wprowadzić – choćby na złość całej eurokomunie i tym jej „wartościom”.

Socjalna licytacja polityków
Tymczasem według najnowszych danych statystycznych, już w 2015 r. przybyło do Niemiec łącznie aż 2 miliony 137 tys. migrantów z Azji, Afryki, krajów Europy i krajów posowieckich – tj. aż o 672 tys. więcej niż w roku 2014. Wśród nich zledwie 121 tys. spośród nich to tzw. późni przesiedleńcy i Niemcy powracający do kraju po latach spędzonych za granicą. Jednocześnie w roku 2015 opuściło Niemcy 998 tys. ludzi (głównie cudzoziemców, ale też bliżej nieokreślona liczba rodowitych Niemców) – tj. o 9 proc. więcej niż rok wcześniej.

Nic więc dziwnego, że wedle niedawnych sondaży, już 57 proc. ankietowanych Niemców potwierdza własne obawy, że ich kraj poprzez masowy napływ imigrantów stanie się jakimś „gorszym miejscem do życia”. W reakcji na te nastroje niektórzy z szefów współrządzącej SPD zaczęli postulować, aby rząd „uchwalił pakiet socjalny dla Niemców”.

Jednak kanclerz Merkel uznała że „priorytetem jest utrzymanie zrównoważonego budżetu”. A jeśli chodzi „o dodatkowe świadczenia dla naszych obywateli, to mamy wiele projektów, które jeszcze nie zostały zrealizowane” – powiedziała szefowa rządu w rozmowie z magazynem „Bunte”. Przypomniała, że chodzi tu głównie o programy wsparcia przez państwo tzw. budownictwa socjalnego w większych miastach i że „z tych nowych mieszkań skorzystają w Niemczech wszyscy, nie tylko uchodźcy”. Wunderbar!

Widać więc jak na dłoni, że wskutek zalewu migrantów z odległych krajów, w Niemczech nasila się socjalna licytacja polityków – prowadzona na fatalnej socdemokratycznej zasadzie: kto da więcej? Tymczasem niemiecka prasa co jakiś czas przypomina m.in. o rosnących kosztach utrzymania rodzin i ich (na ogół wynajmowanych) mieszkań w dużych miastach i coraz szerszym zakresie powolnego ubożenia znacznej części niemieckiego społeczeństwa – pomimo dobrego stanu gospodarki i już od blisko 10 lat jej dobrych lub bardzo dobrych wyników makroekonomicznych.

Np. według opinii konserwatywnego dziennika „Münchner Merkur”, coraz więcej rodzin pracujących, ale o niskich dochodach – przede wszystkim tych w największych aglomeracjach – żyje już na poziomie ludzi pobierających najniższy zasiłek socjalny, czyli tzw. Hartz IV (!). A rządzący politycy „konsekwentnie ignorują postępujące ubożenie części społeczeństwa”.

Bo choć przeciętna rodzina jest zmuszona wydawać, już od kilku lat, ponad 51 procent swoich rocznych dochodów na różne podatki (nie licząc kosztów i opłat dodatkowych, jak np. przymusowa opłata na finansowanie zmian w polityce energetycznej kraju w kierunku systematycznego wzrostu tzw. odnawialnych źródeł energii), to jednak „milcząca większość Niemców nie buntuje się i nie protestuje”. Nicht gut!

Dotowanie i tworzenie „miejsc pracy dla uchodźców”
Innym niedawnym przejawem niemieckiego socjalizmu jest przyjęcie przez rząd projektu ustawy przewidującej tworzenie dotowanych z budżetu państwa „miejsc pracy dla uchodźców”. A przy tym mają zostać ograniczone dotychczasowe przepisy – przewidujące, że przy obsadzaniu miejsc pracy pierwszeństwo mają mieć obywatele Niemiec i „obywatele Unii Europejskiej”.

Uciekinierzy z dalekich krajów biorący udział w zawodowych szkoleniach i kursach mają być chronieni przed deportacją z Niemiec, gdy ich wniosek o azyl został już odrzucony. A urzędy mają jeszcze rozszerzyć ofertę kursów językowych i „integracyjnych” dla imigrantów. Jednak ci z nich, którzy odmówią udziału w kursach lub je przerwą bez usprawiedliwienia, mają być karani obniżaniem socjalnych świadczeń i zasiłków.

Obowiązujące od lat i nieograniczone prawo do życia w Niemczech, przyznawane przybyszom automatycznie po trzech latach pobytu, mają otrzymywać w przyszłości tylko ci uciekinierzy, którzy już (jako tako) opanują język niemiecki i będą mogli sami się utrzymać.

Niektóre z tych postanowień i projektów brzmią, jak widać, nawet dość rozsądnie. Ale co z tego, skoro np. – jak to wyszło na jaw w końcu czerwca br. – z kilkusettysięcznej rzeczy dorosłych egzotycznych cudzoziemców, którzy w Niemczech złożyli wnioski o azyl w samym roku ubiegłym, znalazło sobie pracę i zostało zatrudnionych raptem trzydziestu kilku (!).

To martwi nie tylko wielu niemieckich podatników, ale też pracodawców. Tym bardziej że budżetowe plany federalnego Ministerstwa Finansów wskazują na to, że przyjęcie i tzw. integracja „uchodźców” oraz planowana „walka z przyczynami imigracji” (w krajach Afryki i Azji) mają kosztować niemieckich podatników (do roku 2020 włącznie) aż 93,6 miliarda euro a więc średnio blisko 24 mld euro rocznie (!).

Niemal równie wysokie, a dodatkowe koszty mają też ponieść niemieckie kraje związkowe – odpowiedzialne za zakwaterowanie i wyżywienie imigrantów. Na same tzw. świadczenia socjalne, a przede wszystkim na zasiłki dla bezrobotnych i dopłaty do czynszu, z państwowych kas trzeba będzie wydać (do końca tej dekady) aż 25,7 mld euro – jak podawała prasa, powołując się na wyliczenia Ministerstwa Finansów. Kursy nauki języka mają kosztować ok. 5,7 mld euro, a kursy przysposobienia zawodowego – 4,7 mld euro.

Te wyliczenia urzędników opierają się na założeniu, że w tym roku przybędzie do Niemiec ok. 600 tys. imigrantów. W roku przyszłym ich planowana liczba ma wynieść ok. 400 tys., a w kolejnych latach ma „ustabilizować się” na poziomie ok. 300 tys. rocznie. A przy tym urzędnicy Ministerstwa Finansów nadzwyczaj optymistycznie zakładają, że rzekomo aż 55 proc. imigrantów, którym przyznano status azylanta lub prawo pobytu w Niemczech, w ciągu pięciu lat od dnia przyjazdu do Niemiec podejmie pracę zarobkową.

Akurat! Jednak ekonomiści z Centrum Europejskich Badań Ekonomicznych w Mannheim szacują, że możliwa nieudana „integracja” tych mas imigrantów na niemieckim rynku pracy może kosztować budżet i podatników – w okresie kilkunastu lat – w sumie nawet do 390-400 mld euro (!). Koszty „całościowej integracji” przeciętnego cudzoziemca w pierwszym roku jego pobytu w Niemczech obliczają przy tym na ok. 20 tys. euro na osobę.

Tymczasem rząd Niemiec postanowił utworzyć „100 tysięcy miejsc pracy” dla imigrantów oczekujących na rozpatrzenie ich wniosków o przyznanie azylu. W okresie najbliższych trzech lat ministrowie zamierzają wydać na ten szczytny cel (z pieniędzy podatników) aż miliard euro. Bardzo dumna z uchwalenia tego projektu i mocno lewicowa minister pracy i spraw socjalnych – Andrea Nahles z SPD – powiedziała prasie, że stworzenie uchodźcom tej szansy na „zapoznanie się” z niemieckim rynkiem pracy jest decyzją „bardzo słuszną i ważną”. Sehr schön!

Inne ograniczenia wolności
Rząd i jego agendy planują też kolejne ograniczenia swobód i dochodów przedsiębiorców, w tym m.in. podwyższenie tzw. płacy minimalnej. Od najbliższego stycznia ta płaca ma wzrosnąć w Niemczech o 34 eurocenty – do 8,84 euro za godzinę pracy (przedsiębiorcy przewidują m.in., że ten wzrost spowoduje dalsze ograniczenie liczby miejsc pracy – przede wszystkim tych niskopłatnych i w niepełnym wymiarze godzin).

Od miesięcy stale rośnie też liczba urzędników i funkcjonariuszy – nie tylko tych od spraw „uchodźców”. Między innymi ma powstać więcej biur policji i prokuratur, które zajmą się „skrajnie prawicową przemocą” i „zwalczaniem mowy nienawiści” – głównie w sieci. W połowie lipca policja przeszukała w kilkunastu miastach ok. 80 mieszkań ludzi podejrzanych o sianie tej „nienawiści” (głównie o publikowanie postów „o treściach rasistowskich, ksenofobicznych i antysemickich”).

Więcej prokuratorów i urzędników ma zająć się też zbieraniem i segregowaniem różnych danych o obywatelach. A federalny minister sprawiedliwości, Heiko Maas z SPD, oświadczył niedawno prasie, że internet to nie jest strefa bezprawia, a na rasizm i ksenofobię nie ma w nim miejsca – tak samo jak na ulicy. Jawohl!

Z kolei np. władze landu Berlin planują, aby na mocy specjalnej ustawy zobowiązać wszystkich operatorów mediów typu Facebook do udzielania władzom informacji o tożsamości „sprawcy” danej niedozwolonej opinii czy wezwania do jakiegoś zabronionego czynu. A niektórzy działacze SPD i Zielonych już otwarcie wzywają do systematycznego inwigilowania przez tajną policję ich prawicowego konkurenta – Alternatywy dla Niemiec.

Natomiast niektórzy liderzy obywatelskiego ruchu PEGIDA, głównie ci z Drezna, od zimy br. otrzymują kolejne i wysokie kary grzywny za organizowanie ulicznych protestów czy rozpowszechnianie „mowy nienawiści” w internecie. A to tylko niektóre przykłady. Widać i słychać, że inwigilacja, kontrola i antywolnościowa pętla państwa (coraz bardziej totalnie socdemokratycznego i opresyjnego) zaciska się na obywatelach i podatnikach coraz mocniej.

Autor: Tomasz Myslek

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here