Jałta 1945. Onio zadecydowali o granicach Polski. Churchill, Roosvelt i Stalin

Po polskiej prawicy grasuje od kilku lat fantom sojuszu sanacyjnej II Rzeczpospolitej z hitlerowską III Rzeszą przeciwko Związkowi Sowieckiemu.

Krąży nad prawicą prawdziwe widmo sojuszu Becka z Ribbentropem przeciw Mołotowowi, dzięki któremu ministrowie spraw zagranicznych Niemiec i ZSRS igdy nie podpisaliby swojego tajnego załącznika do traktatu i nie doszłoby do niemieckiej napaści 1 września 1939 i sowieckiej 16 dni później. Przeciwnie – w grudniu 1941 roku (lub w innym terminie) niemiecko-polska armia miała defilować na placu Czerwonym, salutując Hitlerowi i Rydzowi-Śmigłemu.

Najpierw zgodzę się ze zwolennikami tego mitu, że sanacyjna Polska prowadziła najgłupszą politykę zagraniczną, jaką tylko dało się prowadzić, licząc na – jak je nazywał Stanisław Cat-Mackiewicz – „egzotyczne sojusze” z daleką Francją i jeszcze dalszą Wielką Brytanią. 1 września 1939 roku Polska winna była być w sojuszu albo z III Rzeszą przeciw Sowietom, albo z Sowietami przeciw Niemcom. Nie będąc w sojuszu z żadnym z sąsiednich mocarstw, stała się łupem obydwu, połączonych sojuszem.

Zgodzę się także z tym, że bazując na faktach i układzie sił z 1939 roku, należało wybrać sojusz z Hitlerem, gdyż Stalin wydawał się sojusznikiem, którego armie chętnie wchodzą z pomocą, ale już nie wychodzą, przemieniając kraj w republikę sowiecką. W 1939 roku nikt jeszcze nie wiedział, czym jest nazizm, nikt nie znał jego zbrodni (które jeszcze nie zostały popełnione) ani nie wiedział, że Hitler jest tak szalony, aby walczyć nie tylko przeciw Anglii i Francji, lecz także ZSRS i USA równocześnie. Gdybym żył w 1939 roku i wiedział tyle, ile ludzie wtedy wiedzieli, to byłbym wtedy za sojuszem z Niemcami przeciw ZSRS.

Ale dziś mamy rok 2017 i wiemy, jak skończyła się II wojna światowa: klęską III Rzeszy. Należy się zastanowić, jaki cel mają ci, którzy tak bardzo żałują, że w 1945 roku byliśmy po stronie zwycięskiej, miast po stronie pokonanej i rozbitej doszczętnie.

Tak, znam reakcję wielu Czytelników na poprzedni akapit: „Polska nie wygrała II wojny światowej, lecz ją przegrała, tracąc Wilno i Lwów oraz niepodległość, ulegając wewnętrznej komunizacji i zewnętrznej wasalizacji wobec Moskwy”. To prawda, że straciliśmy Wilno i Lwów, że narzucono nam komunizm i sojusz z ZSRS. Mimo to będę się upierał, że na nasze szczęście płk Beck nie zawarł paktu z Ribbentropem, iż Polska nie przystąpiła do paktu antykominternowskiego, dzięki czemu – przynajmniej nominalnie – znalazła się w obozie zwycięzców.

Nie wierzę przede wszystkim, że polski potencjał wojskowy, demograficzny i gospodarczy byłby zdolny przesądzić o losach wojny. Nawet gdyby wojska niemiecko-polskie zdobyły Moskwę, to Stalin broniłby się na Uralu, podczas gdy potęga kolonialna Wielkiej Brytanii, a także demograficzno-ekonomiczna USA i ZSRS i tak doprowadziłyby do końcowego zwycięstwa koalicji antyniemieckiej.

III Rzesza bez Polski czy z Polską musiała wojnę przegrać, gdyż potencjał jej, a także Italii i Japonii, był znacznie mniejszy niż Wielkiej Koalicji. Najwyżej Berlin, broniony przez resztki Wojska Polskiego, padłby miesiąc później.

Los Polski jako sojuszniczki Hitlera byłby jeszcze gorszy niż ten, który nas spotkał. Gdybyśmy byli sojusznikiem Hitlera, to i tak Sowieci zabraliby nam Wilno i Lwów, tak samo narzuciliby nam komunizm i tak samo przymusowo zapisaliby nas do RWPG i Układu Warszawskiego. Jest jednak coś, czego nie mielibyśmy, gdybyśmy byli aliantami Niemiec. Stalin nie dałby nam Ziem Odzyskanych. Polska Ludowa – której granice ma także obecna Rzeczpospolita – nie obejmowałyby ani Szczecina, ani Wrocławia, ani Olsztyna. Może dostalibyśmy sporny Gdańsk.

Dzisiejsza Polska obejmowałaby więc wyłącznie Kongresówkę, Pomorze Gdańskie, Poznańskie i zachodnią część Galicji, czyli o 101 tys. km2 mniej. Zamiast 312 tys., mielibyśmy 211 tys. km2. Powiedzmy sobie szczerze: Szczecin, Wrocław i Olsztyn są polskimi miastami tylko dlatego, że taki był kaprys Stalina, który – z sobie tylko znanych powodów – nie chciał uszczuplić terytorium polskiego, lecz zabierając nam Kresy, dał nam w zamian Ziemie Zachodnie.

Jak sądzę, chciał ukarać Niemcy za zbrodnie wojenne na terenie ZSRS i przesunąć je dalej od wschodnich granic imperium. Gdybyśmy byli aliantami Hitlera, to nigdy byśmy Ziem Odzyskanych nie dostali.

Ktoś powie, że woli Wilno i Lwów od zniemczonego przez stulecia Pomorza i Śląska. Bardzo mi przykro, ale taka indywidualna wola nie ma znaczenia. Wilno i Lwów były stracone i nie mieliśmy na to żadnego wpływu. Można było w zamian dostać Kołobrzeg i Jelenią Górę albo nie dostać nic. Ponieważ byliśmy w obozie zwycięskim, to dostaliśmy. Dodajmy, że były to ziemie na wyższym poziomie gospodarczym, zamożniejsze i o lepszej infrastrukturze.

Pod Lwowem i Wilnem ludzie mieszkali w kurzych chatkach, gdy we wschodnich Niemczech – w okazałych domach. Kto nie wierzy, niech porówna architekturę poniemiecką Ziem Odzyskanych z nędznymi obejściami na zachodniej Ukrainie i Białorusi.

Wyobraźmy sobie Polskę bez Ziem Odzyskanych. Bez tych 101 tys. km2, które zamieszkuje ok. 10 milionów Polaków. Proste pytanie: gdzie miałoby się podziać te 10 milionów ludzi? Gdzie w 1945 roku i w latach kolejnych osiedlilibyśmy repatriantów z Kresów, z Wilna i ze Lwowa? Maleńka Polska by ich nie pomieściła. Nie byłoby dla nich pracy, domów, ziemi. Musieliby zostać za wschodnią granicą i byliby dziś obywatelami Litwy, Białorusi i Ukrainy.

Polska liczyłaby dziś nie 38, lecz 28 milionów mieszkańców. Gdybyśmy byli sojusznikami Hitlera, to na mapach i na tablicach drogowych nadal byłyby takie nazwy jak Breslau, Stettin, Hirschberg, Grünberg, Kolberg i Allenstein.
Oczywiście polska prawica może płakać, że w 1939 roku nie zawarto sojuszu z Hitlerem przeciwko Stalinowi, ale czy powiecie tym 10 milionom ludzi, którzy przyjechali z Kresów i osiedlili się na Ziemiach Odzyskanych – że płk Beck popełnił błąd, bo jedynym kryterium polityki winien być antykomunizm?

Autor: Adam Wielomski

9 KOMENTARZE

  1. Nie mogę zgodzić się z autorem, gdyż autor przyjmuje, że sovieci dotarli by w każdym wariancie wydarzeń do Berlina szybciej niż Amerykanie. Gdyby nasi politycy nie byliby bezdennie głupi to w odpowiednim momencie przeliby na stronę Anglosasów co zdecydowanie przechyliłoby szalę wojny. Politycy amerykańscy są do bólu pragmatyczni i korzystają z każdej okazji. Więc wcale nie jest pewne, że stracilibyśmy Wilno i Lwów, i wcale nie jest pewne, że Niemcy nie zostały by całkowicie zlikwidowane, bo wśród Amerykanów były nawet głosy o całkowitej likwidacji nie tylko Niemiec ale i całego narodu. Tak więc, wersji historii alternatywnej jest sporo, ale faktem jest że mieliśmy najgłupszych przywódców i musiało się skończyć tak jak się skończyło czyli wybiciem 1/4 obywateli i okupacją Niemiecką a potem Sowiecką.

  2. Co to za bzdurny pomysł że sojusz zawarty przed rozpoczęciem wojny musi trwać aż do jej końca, zwłaszcza gdy ta miałaby zakończyć się katastrofą…

  3. Ogólna myśl autora jest logiczna i trudno się z nią nie zgodzić. Ale …Jest parę małych ale. Sojusz z Anglią i Francją był w tamtej sytuacji dobrym wyjściem . Szybciej skrytykowałbym nie dość konsekwentne trzymanie się go i staniecie razem z Hitlerem w 1938r. Zyskaliśmy malutkie Zaolzie, w zamian powiększajac swojego przyszłego kata i tracąc wiarygodnośc w oczach Anglii i Francji . Kołobrzeg i Olsztyn pewnie byśmy i tak dostali, bo wielu krajom zależało na zlikwidowaniu Prus i ich militarnego ducha , ale w przyopadku sojuszu z adolfem , los Polski byłby i tak o wiele gorszy niż ten znany z historii . Represje Stalina wobec Polski były o wiele , wiele większe ( nie tylko za sojusz z hitlerem, ale za całą historię, łącznie z 1920r ) i pies z kulawą nogą by się za nami nie wstawił . No i ostatnia rzecz – czy w razie takiego sojuszu Hitler by nie zażądał w koncu _ Sląska , Pomorza, Wielkopolski wzamian za przyszłe zdobycze na wschodzie ?? A skoro byśmy się ich dobrowolnie zrzekli, to kto wie czy jednak po wojnie byśmy je otrzymali. Mozę dostali byśmy Olsztyn ( jak wcześniej pisałem ) moze nie, Ale moglibyśmy wyjśc jeszcze bardziej okrojeni niż zakłada autor artykułu

  4. Dużo przypuszczeń i niewiele dowodów. Sojusznicy Hitlera – Węgry, Słowacja czy Bułgaria niewiele straciły przystępując do wojny po niewłaściwej stronie. Za to nie wykrwawiły się tak jak Polska. Po drugie, połączone wojska koalicji antysowieckiej pewnie doszłyby do Moskwy i ugrzęzły gdzieś dalej na wschodzie. Hitlerowi nie w głowie byłoby wtedy atakowanie Francji czy, tym bardziej, Wielkiej Brytanii. Mało tego, otrzymałby pewnie od nich co najmniej dyskretne wsparcie moralne. Po trzecie, gdyby okazało się, że Związek Sowiecki jednak jest w stanie samodzielnie wygrać wojnę (wątpliwe ale nie całkiem niemożliwe), to nie na tyle aby dojść do Wilna i Lwowa. Zresztą zawsze można było postąpić jak Włochy – wyjść w porę z koalicji. Autor słusznie używa trybu warunkowego „gdybym żył w 1939 r.” Szkoda, że nie stosuje go do oceny Powstania Warszawskiego. O jego klęsce zadecydował m. in. przegrana Armii Czerwonej w bitwie pod Radzyminem. Gdyby nie to, Niemcy nie byliby w stanie skierować do walki z powstańcami swoich doborowych oddziałów. Wcześniejszy przebieg wojny (zwycięstwa Sowietów) i wiara w racjonalne postępowanie Hitlera usprawiedliwiają zbyt optymistyczną ocenę szans na zwycięstwo.

  5. Nie zgadzam się z autorem. Bo Niemcy, nie zmuszone do okupacji Europy, plus Polska versus OSAMOTNIONY ZSRR to 100%-owa przegrana Stalina. Przecież, gdyby nie alianci, to żołnierze rosyjscy nie mieliby co jeść! (1/3 żywności przypłynęła w czasie wojny do ZSRR w konwojach!!!) Nie ma mowy o żadnym zatrzymaniu tandemu Niemcy-Polska na Uralu. Po zdobyciu Moskwy, ze względu na ekstremalną centralizację zarządzania ZSRR, to państwo musiało by paść. To absolutnie pewne również i z tego względu, że udział armii polskiej zapobiegłby starszliwemu traktowaniu jeńców sowieckich. A wtedy, jak nie Hitler, to sanacyjna Polska, użyłaby ich przeciwko Stalinowi.

    Autor kompletnie błądzi.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here