Tu uwaga: zasada ta mogła zostać wprowadzona w zupełnie innym celu – po to, by brzemię odpowiedzialności odstraszało posłów od czynienia użytku ze swego prawa! Ów swoisty szantaż moralny działał skutecznie: dopiero w roku 1652 poseł Siciński odważył się zerwać Sejm. Być może więc niektórzy z głosujących za nią rozumowali tak, jak ekolog mówiący: kupmy drogowcom większe i potężniejsze walce, to ocaleje więcej polnych ścieżek…

Oderwawszy się od dramatycznego sztafażu okrzyków veto i sisto activitatem, przez liberum veto rozumieć tu będę po prostu zasadę jednomyślności przy podejmowaniu uchwał. Postaram się teraz wymienić powody, dla których mogłaby ona być zbawienna dla państwa.

Półki bibliotek uginają się pod tomami zawierającymi ustawy sejmowe. Sesję uważa się u nas za owocną, gdy przyniosła wiele uchwalonych aktów prawnych. To samo zresztą jest na całym świecie.

W przekonaniu jednak – nie tylko moim, lecz i rosnącej liczby ludzi – im bardziej owocna jest tak rozumiana działalność, tym gorsze są skutki tej radosnej twórczości. Twórca nowoczesnej socjologii, Herbert Spencer, zauważył za Jonsonem – przeanalizowawszy ustawy wydane przez brytyjski parlament w latach 1840-1860 – że prawie wszystkie zostały w latach 1860-1880 uchylone jako szkodliwe lub zbędne. Trudno sobie wręcz wyobrazić, jak pomyślnie przebiegałby rozwój Zjednoczonego Królestwa, gdyby w ogóle nie zostały uchwalone! Nie sądzę, by inaczej przedstawiała się sprawa z ustawami Sejmu RP (…) .

Jako ciekawy przykład podam tu reakcję fachowego historyka, wręcz oburzonego, że kwestionuję dogmat o szkodliwości liberum veto. Po powyższym akapicie zaznaczył na marginesie: „Ale w RP wszystkie ustawy osłabiały państwo i władzę!”. Przypomnijmy, że tak było. W takim razie historyk ów powinien gloryfikować liberum veto, gdyż gdyby nie ono, tych pętających rządowi ręce ustaw byłoby więcej! O tej selekcji ustaw piszę jeszcze za chwilę.

Konopczyński zwraca uwagę, że zawsze więcej sejmów zrywano w drugiej połowie kadencji monarchy niż w pierwszej. Zastanówmy się teraz: za Augusta II w pierwszej połowie zerwano cztery sejmy, ukończono pięć; w drugiej połowie zerwano siedem, doszły do skutku cztery. Za Augusta III wynik był odpowiednio 6:2 i 8:0.

Liberum veto było tamą dla arogancji władzy ustawodawczej. Jeżeli ustawa była istotnie niezbędna i konieczna, to nikt się nie sprzeciwiał – Sejm zatwierdzał. Jeśli zaś podnosił się jakiś głos sprzeciwu, to znaczyło, iż korzystność ustawy nie była bezsporna.

Powie ktoś: a co z ustawami, które będąc korzystne dla ogółu, naruszały czyjś interes partykularny? Otóż w tym celu istnieje instytucja kompensat: na zyskujących nakłada się podatek, część zysku odbiera się – i przekazuje te sumy poszkodowanym. Jeśli zysk byłby mniejszy niż strata, to znaczy, że ustawa NIE BYŁA korzystna społecznie i poseł miał obowiązek sprzeciwiać się jej tak długo, aż odpowiednia koncyliacja zostanie wprowadzona.

Przykładowo weźmy sprawę kolei wiedeńsko-szwajcarskiej. Ta kosztowna inwestycja miała być prowadzona z funduszu skarbu Austrii – i posłowie Galicji (oraz innych prowincji, które na tym nie korzystały) tak długo się sprzeciwiali wyasygnowaniu na nią pieniędzy, aż parlament uchwalił budowę kanału Odra-Dunaj. Nota bene kanału nie ma do dziś i przy czytaniu jeremiad Ignacego Daszyńskiego, daremnie domagającego się, by posłowie z Galicji wymogli od rządu realizację tej uchwały, przypominają się różne rzeczy, z robionymi za pieniądze ONZ projektami regulacji Wisły na czele.

Proszę przy tym pamiętać, że poseł nie reprezentował siebie, tylko np. Ziemię Chełmińską lub Prusy Królewskie – i otrzymywał od sejmiku nieraz ścisłe instrukcje. Czy trudno sobie wyobrazić, jakim zagrożeniem dla trwałości Rzeczypospolitej byłoby uchwalenie ustawy, która by bez rekompensaty naruszyła interes i poczucie godności tamtejszej szlachty?!?

A co z prywatą magnacką? Mogłoby przecie być tak, że mimo korzystnej rekompensaty jakieś książątko kresowe mogłoby – np. z powodu urażonej ambicji – odmówić zgody na rewelacyjną i zbawczą ustawę (skądinąd wiemy już, że mianem tym określić można jedynie ustawę kasującą jakieś poprzednie niewczesne płody legislatury – ale powiedzmy, że o nią właśnie chodzi). Mogłoby – ale… czy naruszenie choćby i subiektywnego interesu władcy piątej części Podola nie byłoby zagrożeniem dla całości kraju? Czy nie lepiej, by przekonany lub przekupiony przezeń poseł zerwał Sejm niż narażać się na przechodzenie całych księstw pod skrzydła innego suwerena, co było notorycznie w królestwach Francji i Niemiec? Tymczasem były wypadki odwrotne – dobrowolnych podań o akces do Korony Polskiej. Właśnie może z powodu tej gwarancji dla zawarowanych praw lokalnych, jaką była instytucja liberum veto?

Zauważę tu jeszcze, że zwalczanie dziś liberum veto jest szczególnie utrudnione. Ostatecznie trwałość Rzeczypospolitej była o wiele bardziej zagrożona przez dyktat większości, niż byłaby obecnie jedność Europy, gdyby machnięto ręką na podpis Malty pod humorystycznie kompromisowym aktem końcowym KBWE. A przecież nikt nie waży się odebrać krajom uczestniczącym w KBWE prawa weta – choć rola Malty może być porównana do znaczenia połowy powiatu oszmiańskiego w Rzeczypospolitej Obojga Narodów. Jeśli więc ktoś uważa, że chwalić liberum veto może tylko osioł, to twórców statutu KBWE musi uważać za osłów do kwadratu. Co oczywiście nie musi być nieprawdą…

Innym przykładem jest EWG, gdzie głos Luksemburga także może anulować uchwały Wlk. Brytanii, Francji, RFN, Włoch, Belgii, Holandii, Hiszpanii, Grecji i Portugalii razem wziętych. Każdy jednak rozumie, że gdyby Luksemburg w takiej sytuacji wetował – to w jakiejś żywotnej dlań sprawie.

Wspomniana arogancja posiadaczy władzy ustawodawczej jest – zgodnie z prawami psychologii – statystycznie nieunikniona. Parlamenty muszą chociaż wydawać ustawy. Napiszę więcej: jest szansa, że trafi się król o charakterze tak silnym, że swej absolutnej władzy nie nadużyje. Prawdopodobieństwo takiego szczęśliwego przypadku można znacznie wzmocnić, poddając następców tronu od dziecka specjalnemu wychowaniu i indoktrynacji – co robili królewscy guwernerzy, nieraz z dobrymi skutkami. Natomiast szansa na to, by wśród 170 posłów znalazło się aż 85 Katonów, którzy w głosowaniu zagrodzą drogę rozzuchwalonej władzą większości – jest praktycznie żadna.

Monarchia absolutna łatwiej może obejść się bez tak silnego hamulca niż republika. Stąd poza Holandią i Szwajcarią Korona Polska była jedynym wielkim i trwałym republikańskim organizmem państwowym w swoim czasie. Dzięki m.in. liberum veto. Stąd też bierze się nietrwałość liberalnych demokracyj końca XIX wieku.

Nie twierdzę przy tym, że akurat liberum veto jest i tu, i tam najlepszym rozwiązaniem. Przypuśćmy jednak, że ktoś chce np. zmienić przepis głoszący, że „prawo nie może działać wstecz”; liberum veto wydaje mi się teraz jak najwłaściwsze.

Najbardziej nowoczesny projekt, nadający się do zastosowania i dziś, podał w „Listach Anonima” ks. Hugo Kołłątaj. Proponował on wydzielenie „praw kardynalnych” (których nie można obalić nawet jednomyślnie); praw podstawowych (gdzie przy zmianie istniałoby prawo weta), spraw ważnych (gdzie zmiana status quo następowałaby większością 3/4), spraw mniej ważnych (większość 2/3) oraz zwyczajnych, decydowanych zwykłą większością. Była to propozycja o niebo lepsza od postanowień podstępnie narzuconej Konstytucji 3 Maja – choć zapewne nie uratowałaby już państwa wobec układu geopolitycznego.

Z tym, że z ową strategią nie należy przesadzać. Ostatecznie liczy się nie nasza, lecz naszych przodków ocena. Oceniano zaś liberum veto – tzn. sytuację, której było komponentem – bardzo wysoko. Dość napisać, że „Aleksander Aaron Olizarowski, mieszczański pisarz połowy XVII stulecia, jest w zasadzie ostatnim z tych, którzy mają odwagę żądać głębszej reformy społecznej i politycznej”. Wnioski wyciągam stąd odmienne niż cytowany Autor. Cenzury wówczas niemal nie było – i jeśli wszyscy poważni pisarze polityczni system chwalili, to coś w tym musiało być!

Nie możemy dziś przeprowadzić wśród mieszkańców XVI- czy XVII-wiecznej Polski ankiety socjologicznej – możemy jednak zbadać skutki owej legislacyjnej abstynencji w dziedzinie materialnej.

Tu analitycy dokonali przeogromnego wysiłku, by wykręcić kota ogonem. Ogromny import artykułów luksusowych przez Polaków w tym okresie nie świadczy, ich zdaniem, o „najwyższym w Europie poziomie życia”, a jest „dowodem rozpasania” – co o tyle dziwne, że kraj nie pożyczał wówczas miliardów talarów od zagranicy…

Ogromny eksport zboża nie jest dla prof. Antoniego Mączaka dowodem znakomitości ustroju rolnego. O nie – pisze on o regresie (!), przytaczając – zapewne prawdziwe – liczby udowadniające, że plon z morgi był w Polsce dwakroć niższy niż w Holandii. Rozumując analogicznie, można wykazać wyższość obecnego rolnictwa polskiego nad amerykańskim, gdyż – o czym nie każdy wie – polski chłop zbiera dziś z hektara niemal dwa razy tyle pszenicy co farmer z USA wraz z jego najnowocześniejszą techniką! Po prostu w jednych częściach świata stosuje się gospodarkę intensywną, a w innych ekstensywną!

Innym dowodem upadku miałby być – według tego i innych analityków – brak wielkich miast. Jest przeciwnie: wielkie miasta są chorobliwą naroślą, powstającą gdy bieda wygania ze wsi ludność. Do miast ucieka plebs. Gdy kogoś stać na łazienkę i samochód – mieszka w domku; gdy tylko na autobus i łaźnię – musi żyć w mieście. Do miasta nie uciekał chłop zamożny, lecz ubogi (ale nie zupełny nędzarz, gdyż to jest zazwyczaj oznaką bierności życiowej). W Polsce istniały ogromne rzesze szlachty-gołoty, małorolnej lub bezrolnej, ale są one dowodem nie upadku, lecz bogactwa kraju, który stać było na utrzymanie tego tłumu, karmionego przez magnatów i posesjonatów. Dziś denerwuje wielu znikomy margines „pasożytów” – wówczas procent ich był wielokroć większy
– i wszystkim jakoś się żyło…

Może kosztem nędzy chłopskiej? Wolne żarty. Szlachta-posesjonaci byli wówczas (z powodu bogactwa) wyjątkowo miękcy w przetargach z chłopami i Żydami, którzy robili już majątki (choć szlachta też dzielnie handlowała). Mieszczaństwo też miało się znakomicie – zresztą jeszcze w drugiej połowie XIX wieku polski robotnik jadał lepiej i obficiej niż robotnik w Petersburgu, Londynie, Berlinie czy Paryżu. Zamożności chłopskiej zaś położyły kres dopiero rządy sanacji (tam, gdzie rządziła nie pruska lub rosyjska, lecz polska biurokracja, udało się wprowadzić „galicyjską nędzę” już przez I wojną światową).

Prof. Mączak pisze: „W przeciwieństwie do ówczesnych tendencji polityczno-gospodarczych w Europie, Rzeczpospolita rezygnowała z ingerencji w życie gospodarcze, zwłaszcza z protekcji miejscowego rzemiosła i ograniczeń importu luksusowego”. Działo się tak jednak nie „w interesie grupy rządzącej”, lecz – podkreślam z naciskiem – w interesie kraju!

Wspomniany Autor ma też swoich faworytów: „(…) przykład państwa, które potrafiło prowadzić w tym czasie, w niezwykle trudnych warunkach, śmiałą i zdecydowaną politykę gospodarczą na zewnątrz i na wewnątrz. Jest to… Szwecja Gustawa Adolfa i Karola XI”. Szkoda, iż Autor nie wymienia skutków owej śmiałej polityki – choć są przecież dobrze znane. Efektem było potężne zubożenie, które rzeszę dosłownie przymierających głodem Szwedów wyprowadzało za granicę bądź w formie łupieżczych watah, bądź zorganizowanych przez dzielnych władców armii, gotowych rabować bogatsze kraje – zwłaszcza Polskę.

Piszmy więc jasno: w wyniku nieuchwalania przez Sejmy znakomitych niechybnie projektów ustaw Polska była krajem obrzydliwie bogatym. Tak bogatym, że szlachcie po prostu nic się już nie chciało. Pech bowiem zdarzył, że do tego wszystkiego Rzeczpospolita nie toczyła przez niemal wiek większych wojen. Zrodziło to postawy zachowawcze, defensywne. Szlachcie polskiej nie chciało się rozwiązywać problemu transportu zboża z Wołynia, gdzie było go w bród po niskiej cenie – po co, skoro i tak zboża i pieniędzy jest dość (gdyby groziła nędza, z pewnością ktoś zrobiłby na tym jakiś interes)! Nie chciało się kłócić o cła z sąsiadami – po co ryzykować wojną, skoro i tak zyski po cle wystarczają na wystawne życie? Szlachcie-gołocie nie opłacało się kształcić, skoro nawet niepiśmienny rębajło zawsze znalazł strawę, kubrak i dach nad głową (co prawda powiększające się szeregi tej warstwy zaczęły zwolna coraz bardziej ciążyć na chłopach – bo na nich ostatecznie się to skrupiło). Mieszczanom nie opłacało się walczyć o prawa polityczne, gdyż polityka nieingerencji państwa w handel i rzemiosło nie mogła już zostać z ich punktu widzenia polepszona. Magnateria mogła wydawać pieniądze, jak chciała – i niezadowolony mógł być tylko monarcha o zapędach absolutystycznych (jak
np. Jan III) oraz bardzo daleko widzący politycy.

A było czym się niepokoić. Natura nie znosi ani próżni ani nadciśnienia – i u granic Rzeczypospolitej gromadzili się już biedni – ale dlatego właśnie zajadli – wrogowie. Każdy chciał coś uszczknąć z nagromadzonych bogactw. Imponującym dowodem nagromadzonego bogactwa Polski może być fakt, że przez jej ziemie przewalały się obce wojska, że bezkarnie uszli szwedzcy łupieżcy, że król pruski obrabował skarb i ludność na niewiarygodne wprost sumy, bijąc fałszywą monetę – a nadal obowiązywało hasło „Jedz, pij i popuszczaj pasa!”. Piła i jadła zarówno szlachta, jak i chłopi. Dopiero gdy własny skarb zaczął uprawiać tęże politykę, gdy w ramach „naprawy skarbowości” zaczęto ograniczać import towarów luksusowych, gdy pruska komora celna na Wiśle ostatecznie zdusiła wywóz zboża – widmo upadku zajrzało w oczy. Tyle że naprawdę było już za późno.

Historia lat ostatnich zna zresztą przykład analogiczny. Mam na myśli Liban (sprzed izraelskiej inwazji). Kraj był spustoszony wojną domową – a mimo to okazało się, że (przynajmniej część maronicka) jest bogatszy niż przed tą wojną! Stało się tak, gdyż państwo, i tak zresztą mało ingerujące w gospodarkę, rozpadło się i nie przeszkadzało w rozwoju inicjatywy prywatnej. Różnica między wczorajszym Libanem a skutą przez liberum veto Polską jest zasadnicza: Liban walczył – natomiast Polska gnuśniała. Taka dialektyka: co dziś dobre – jutro ma złe skutki (i odwrotnie). Z tego jednak, że 10% pracowników spółdzielni zmarło z przejedzenia, nie wynika, że jej organizacja i zarządzanie były złe!

Takie rozumowanie jednak zwyciężyło – przy czym tego słowa nie biorę w cudzysłów, gdyż zapewne w tak niekorzystnej sytuacji międzynarodowej nie można było czekać, aż szlachta ocknie się w sposób naturalny i zacznie łożyć na skarb wojskowy lub pospieszy do szeregów pospolitego ruszenia. Stosowano więc – bez świadomości tego zapewne – technikę: „Niech zginą dwa złote u obywateli, byle w skarbie znalazła się złotówka!”.

Szczytem łupieżczej wręcz ingerencji państwa w gospodarkę – porównywalnej z administracją Generalnej Guberni – jest działalność rządu Księstwa Warszawskiego. Ale to już inny rozdział historii. Tamten był zamknięty.

Pora na zakończenie wyjaśnić: dlaczego, skoro było tak dobrze, skończyło się tak źle? Czemu system nie zdołał dopasować się do zmieniającego się charakteru szlachty?

To drugie pytanie jest już próbą odpowiedzi – co więcej, dostrzeganą już wówczas. W ówczesnej publicystyce prawa uważano za znakomite – to ludzie się psuli. Było to prawdą – i jest zagadnieniem z dziedziny moralności praktycznej, czy wolno pod przymusem wykorzystać owych zdeprawowanych ludzi do ratowania państwa – kosztem ograniczenia wolności niezdeprawowanej mniejszości? Osobiście skłaniam się ku odpowiedzi negatywnej, ale nie to jest przedmiotem debaty, wymagałoby zaś szerszego rozwinięcia.

Spytajmy teraz: jak było z moralnością publiczną?

Zrywać Sejmy było pono dziecinnie łatwo: za 500 czerwonych złotych kandydatów było na pęczki. Skoro tak, to spytać należy: jak to się działo, że sejmy jednak na ogół dochodziły do skutku? Przecież na pewno każda niemal ustawa jeśli była korzystna dla jednego mocarstwa, to niekorzystna dla innego; posłowie Prus, Austrii, Rosji, Francji, Turcji itp. mieli sprzeczne interesy – na pewno mogliby odżałować tak drobny wydatek. A przecież byli i inni dysponenci wielkich pieniędzy, zainteresowani w obaleniu niekorzystnych dla nich ustaw (np. autonomiczny sejm żydowski)! Zamiast więc biadać nad upadkiem ówczesnej moralności, należy ją podziwiać – niezależnie od tego, czy magnaci (nota bene tylko raz w historii Polski z tego prawa skorzystał senator!) odrzucali ten środek, czy też nie mogli za swe pieniądze znaleźć wykonawców!!

Nota bene ks. Stanisław Konarski, walcząc (skutecznie) z liberum veto, użył broni nieuczciwej, podając jako rzeczywisty zmyślony opis zerwania sejmu w 1732 roku. Na zarzuty porządnych obywateli, że „kilimkiem rzucił”, że w diariuszu sejmowym figurują całkiem inne osoby, w całkiem inny sposób i z innych powodów zrywające sejm, z właściwą mu efronterią stwierdził, że przecież nigdy w „dyaryuszach nie ma sekretnych owych spisków” – co oczywiście jest prawdą. Fakty jednak ostateczne powinny się zgadzać…

W pełni doceniam szlachetne intencje ks. Konarskiego – ale amerykańska dziennikarka, która opisała (zmyślony) przypadek nieletniego narkomana, też miała dobre intencje, a uznano ją – słusznie – za oszustkę i deprawatorkę. Nie efekty bowiem ani intencje się liczą, lecz środki.

Zejdźmy teraz na poziom techniczny. Czy można powiedzieć, że to nadmierne hamowanie ustawodawstwa było przyczyną upadku Rzeczypospolitej?

Tu skłonny jestem raz jeszcze zaszokować Czytelnika odpowiedzią: „wprost przeciwnie”. Jest w tym znaczne efekciarstwo, więc rzecz wyjaśniam.

Nie jest tak – jak słusznie w swej ostatniej książce zauważa prof. J. Stembrowicz – by udawało się ściśle podzielić i przyporządkować władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Najogólniej rzecz biorąc, wykonawczymi są akty partykularne – zwłaszcza wówczas, gdy wymieniają osoby. Tymczasem Sejm szlachecki, odebrawszy królowi władzę ustawodawczą („Nihil novi”), zaczął coraz bardziej wkraczać w uprawnienia egzekutywy.

Za każdym razem było to motywowane dobrze rozumianym dobrem państwa – np. kontrolą nad biciem notorycznie fałszywej monety lub nad sprzedawanymi ponoć nobilitacjami. Jednak Sejm zatwierdzający imiennie szlachectwa i skartabellaty, nadania i urzędy – staje się po prostu śmieszny.

Nie o to jednak idzie, że posłowie nie wetowali owych pseudoustaw. Rzecz w tym, że w ramach miażdżenia władzy królewskiej kolejnymi ustawami odbierano królowi uprawnienia.

I właśnie wówczas jakiś poseł, nie zaślepiony partykularyzmem poselskim, powinien był zakrzyknąć: „Nie pozwalam!”.

W tej jednak sprawie Sejm wykazywał zadziwiającą jednomyślność. Broniąc wolności obywatelskich, ograniczył swobodę władzy i ograniczał aż do katastrofy.

Być może gdyby nie zasada weta, Sejm podołałby tak skomplikowanym i szerokim obowiązkom – w co mocno wątpię. Na pewno jednak zasada jednomyślności, znakomicie się spisująca w materii legislacyjnej, okazała się zabójcza w dziedzinie egzekutywy. Król albo spraw nie mógł załatwiać, albo – wobec milcząco uznanej konieczności – załatwiał wbrew prawom. Łamanie zaś praw przez władzę oznacza bliski koniec.

Z naciskiem zaznaczam, że nawet mimo tych wad system rządów ówczesnej Polski wcale nie był zły. Najlepsze świadectwo wystawiają mu mimowolnie oponenci. Wspomniany już p. prof. Olszewski pisze: „Elementy kryzysu tej głęboko konserwatywnej ideologii (…) pojawią się dopiero w połowie następnego stulecia”. Jest to niezły ustrój, który mimo wad technicznych
i nadużywania go przez ludzi o temperamencie niespokojnym,
a zdolnościach politycznych średnich – przetrwał dwa i pół wieku!

Sumujmy więc:

1) Nie było tak, że prawo weta czyniło system społeczny Rzeczypospolitej niezdatnym do życia, nieruchawym. Nigdzie nie jest powiedziane, że las byłby miejscem lepiej nadającym się do zamieszkania, gdyby drzewa zaczęły chodzić! Podobnie nie jest prawdą, że im częściej zmieniają się prawa, tym lepiej – raczej przeciwnie! Prawdą jest natomiast, że stabilność systemu praw kardynalnych przyczyniła się do wzbogacenia obywateli, a to dopiero spowodowało ich ociężałość i dekadencję. Spowodowało też brak nowej myśli politycznej. Niestety, prawda jest inna, niż wydaje się naiwnym: myślenie rozkwita tylko powyżej pewnego progu – ale zanika, gdy jest zbyt dobrze: po co myśleć, skoro nie ma potrzeby (mowa o przeciętnej kulturze myślenia politycznego, a nie o pojedynczych wzlotach ducha)?

2) Nie było tak, że liberum veto szkodziło poprzez uniemożliwienie zmian ustawodawstwa. Prawdą jest natomiast, że zaszkodziło niestosowanie weta, gdy Sejm, wchłonąwszy wszystkie niemal uprawnienia legislacyjne, zaczął uzurpować sobie uprawnienia egzekutywy.

***

Dziś dopiero możemy ocenić, jakie tragiczne efekty przyniosło zastosowanie rad Konarskiego. Pisał on: „Przepiszę (tj. przegłosuję) raz ciebie – będzie tysiąc okazji, gdzie i ty z większą liczbą przepiszesz innych”. Toż całe nieszczęście dzisiejszego parlamentaryzmu polega na tym, że większość narzuca prawa szewcom (jak kleić buty), potem piekarzom (jak upiec chleb), potem uczonym (od której do której pracować), potem tokarzom…

Za każdym razem większość jest ZA – a wszyscy byliby o niebo szczęśliwsi, gdyby żadna z tych ustaw nie ujrzała światła dziennego! (…)

Rację miał Schiller, wkładając w dramacie „Dymitr” w usta Sapiehy dumne „Nie pozwalam”, wsparte pogardliwą oceną rozumu większości!

Nie wiem, na ile przekonałem kogoś, że działanie prawa weta nie jest przynajmniej tak jednoznaczne, jak się to w popularnym wykładzie przedstawia. Jeśli jednak pobudzi to kogoś do bardziej samodzielnego myślenia o mechanizmach politycznych – zadanie swoje spełni. Wbrew bowiem obiegowym sądom, że „dwóch Polaków to trzy partie” – myślenie stadne jest, moim zdaniem, stanowczo zbyt rozpowszechnione w ostatnich czasach. Oby jak najszybciej odeszły w niepamięć…

Nie byłoby źle, by skłoniło do zastanowienia się nad problemem zwanym przez Anglików checs and balances czyli „szachowań i przeciwwag”. Od 50 lat nie wyszła w Polsce praca na ten temat. W tym przypadku zabrakło przeciwwagi dla Sejmu, który miał prawo przypisywać sobie pewne uprawnienia. Podobny błąd popełnili twórcy II Rzeczypospolitej: obdarzyli Sejm władzą suwerenną, zamiast np. stanowić, że granice władzy Prezydenta określa Sejm, Sejmu – Senat, a Senatu – Prezydent. W takim układzie znacznie trudniej o wypaczenia władzy. Z tym, że marszałek Piłsudski już po sześciu latach uznał interwencję za konieczną i naiwnie stworzył system jeszcze bardziej scentralizowany, a system I Rzeczypospolitej trwał, modyfikując się, prawie 400 lat… Popatrzmy z szacunkiem na naszych przodków – może coś w tym było?

PS Już poza tematem. Jeśli ktoś szuka przyczyn upadku Rzeczypospolitej, to powinien przyjrzeć się ostatnim jej królom: zginającym podkowy, wycinającym figury z papieru, polującym na psy i wydającym biesiady literackie. I zastanowić się, czy warto szukać innych przyczyn…

„Najwyższy Czas! – Bis” nr 19/1993

ZOSTAW ODPOWIEDŹ