REKLAMA INLINE

W „Rosyjskich impresjach” Stanisław „Cat” Mackiewicz opisuje słynnego Sergiusza Witte. Jego państwowa kariera rozpoczęła się w dniu, gdy jako dyrektor (prywatnych) Kolei Południowo-Zachodnich polecił ograniczyć prędkość ciężkiego pociągu wiozącego na Krym Aleksandra III i jego rodzinę. Cesarz nadąsany wysiadł na stacji, gdzie oczekiwała go dyrekcja i rzucił tylko jedno zdanie: „Wszędzie wolno mi jechać z dowolną szybkością, tylko nie na waszej kolei; widać dlatego, że jest to kolej żydowska”. Po czym odszedł.

Do Wittego podszedł teraz minister Posjet, domagając się spełnienia woli cesarskiej. Na co Witte na cały głos: „No to kręćcie kark Cesarzowi na swoich kolejach. Ja na swojej kręcić karku Cesarzowi nie będę!”.

Na czym uciął dyskusję. I do samego Krymu pociąg Cesarza jechał z ograniczoną prędkością.

Po urlopie Cesarz z rodziną wracał do Moskwy kolejami państwowymi i maszynista mógł rozpędzić pociąg. Jednak rozgrzane szyny rozsunęły się i nastąpiła znana w literaturze straszliwa katastrofa. Rodzina Cesarska wyszła z tego cało, gdyż Aleksander III, mężczyzna wyjątkowego wzrostu, postury i siły, przez kilkadziesiąt minut sam podtrzymywał dach wagonu, który by ją zmiażdżył.

Na początek należy z tej historyjki wyciągnąć kilka wniosków:

1) Nie wszyscy Cesarze byli zdegenerowanymi słabeuszami.
2) W carskiej Rosji szanowano własność prywatną – i nawet Cesarz nie mógł wymóc zmiany decyzji.
3) Właściciel linii, Poljakow (Żyd, rzeczywiście!), nie wyrzucił swego dyrektora za jawne sprzeciwienie się woli Cesarza.
4) Żydzi byli dyskryminowani (np. tylko niewielu miało prawo mieszkania w Moskwie lub Petersburgu), ale nikt nie bronił im prowadzenia interesów – w tym posiadania kolei, uważanych w Rosji (do dziś!) za przedsięwzięcie strategiczne.
5) Koleje państwowe są gorsze od prywatnych…

Ale jedziemy dalej. Aleksander III też wyciągnął wnioski: kazał mianować Wittego ministrem kolei!

Z tego powodu podniósł się wrzask: biurokraci twierdzili, że taki awans człowieka bez właściwego czynu to demoralizacja, dworzanie przypominali, że Witte zapytany urzędowo, za co dostał order od króla Prus, odburknął: „Ponieważ to on dawał mi order, a nie odwrotnie – to jego spytajcie!” i został w swoim czasie za krnąbrność wywalony ze służby państwowej…

Tu wniosek 6: największą karierę robią ludzie wywaleni
z państwowych posad; ludzie: dajcie się wyrzucać!

A na dokładkę odmówił… Witte! Jako dyrektor kolei prywatnych miał 50 tys. rubli pensji rocznej – a pensja rządowa to było zaledwie 8 tys… (wniosek 7: wtedy też marnie płacono – licząc zapewne, że urzędnik dorobi sobie na łapówkach). Jednak Cesarz dopłacił trochę z prywatnej szkatuły – i Witte posadę przyjął. Potem został ministrem finansów – znakomitym zresztą.
A po nieszczęsnym 1905 roku – premierem.

Jak zauważa „Cat”, Witte był z przekonania zwolennikiem monarchii absolutnej; parlamentem pogardzał. Ale był zwolennikiem centralizacji decyzyj – odwrotnie niż Karol Maurras, Michał Bobrzyński lub inni konserwatyści (w tym i ja). No, ale to jest typowe dla techników – zwłaszcza tych od kolejnictwa
i telekomunikacji.

Po co o tym piszę? Po to, by uzmysłowić przepastną różnicę między monarchią, w której władca absolutny, nie musząc walczyć o swoją pozycję, we własnym interesie może na najwyższe stanowiska wysuwać ludzi niepokornych, nieposłusznych, upartych – a demokracją, gdzie rządzący ludzi zdolnych usuwają na bok lub wręcz mordują (jak np. Piłsudski gen. Zagórskiego) – natomiast urzędy obsadzają potakiewiczami. Od czego działanie aparatu państwowego staje się jedną serią katastrof.

Można wskazywać na takich, zacnych skądinąd, ludzi jak generałowie Felicjan Sławoj Składkowski czy Edward „Śmigły” Rydz – posłusznych wykonawców, pozbawionych własnej inicjatywy (co dobitnie wykazały lata 1936-1939). Oczywiście stokroć wyrazistszym przykładem są Sowiety, gdzie Stalin nieposłusznych mordował setkami, a posłuszni na jego skinienie tańczyli trepaka… Ciekawe, ale Hitler stał pod tym względem od Stalina o wiele wyżej – być może dlatego, że był jednak w wojsku, podczas gdy Stalin tylko w seminarium prawosławnym.

I to powoduje, że nie jestem w stanie zrozumieć, jak niektórzy dzisiejsi konserwatyści mogą popierać naszego Pana Prezydenta: typowego demokratę, uprawiającego prymitywną demagogię, przywódcę związkowego, człowieka mówiącego co innego jednym, a co innego drugim – a co gorsza, otaczającego się potakiewiczami właśnie. Kto tylko w Kancelarii ma inne zdanie niż Szef, wylatuje z trzaskiem (a raczej nie z trzaskiem właśnie – lecz tchórzliwie jest wymanewrowywany na boczny tor; najlepiej na bezterminowy urlop).

Być może ktoś wierzy, że człowiek, który przez 50 lat miał takie właśnie nawyki i maniery, stosował takie metody i wybierał takich ludzi – po zdobyciu władzy absolutnej nagle okaże się kimś zupełnie innym.

Otóż ja przyznaję: pod tym względem jestem niewierzący!

„Najwyższy CZAS!” nr 37/1995

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here