REKLAMA INLINE

Wyobraźmy sobie, że od kilku lat rządzi Rosją jakiś w miarę normalny, jak na Rosję, dyktator. Powiedzmy: Car – nie taki dureń, jak Jan Groźny lub Piotr I, ale taki jak Katarzyna II. I oto któregoś pięknego dnia 1993 roku w Czeczenii (stanowiącej składową Imperium, w której podbój włożono wiele wysiłku) jakiś watażka oznajmia, że nie uznaje władzy w Moskwie – i ogłasza „niepodległość”.

Najprawdopodobniej po dwóch dniach w Groznym pojawiłby się wysłannik Cesarza, w asyście batalionu komandosów. Ludność, która niczego innego nie oczekiwała, pokiwałaby tylko głowami i pogodziła się z sytuacją. Poza garstką fanatyków nikt by palcem nie ruszył, by poprzeć p. gen. Dżochara Dudajewa (nikt – nawet ci, co liczyliby na posady w „niepodległej Czeczenii” – bo oni umieją liczyć!). P. Dudajew zwiałby (o ile by zdołał) na Seszele, Malediwy lub do jakiegoś muzułmańskiego państwa, z którym Rosja byłaby akurat w złych stosunkach – i porządek zapanowałby w Groznym.

Albo też być może Car doszedłby do wniosku, że utrzymywanie tej kolonii jest nieopłacalne – i sam narzuciłby jej „niepodległość” – podobnie jak zrobili to Brytyjczycy w latach sześćdziesiątych i jak obecnie Piemont i Lombardia próbują pozbyć się swych równie kosztownych sycylijskich i kalabryjskich kolonii.

Tak czy owak: w obydwu przypadkach na ulicach najprawdopodobniej nie byłoby ani jednego trupa. Tak bywa, gdy władza jest męska, tzn. wie, czego chce.

Co zrobiła „miękka” demokratyczna władza w Moskwie?

Najpierw na deklarację niepodległości Czeczenii w ogóle nie zareagowała. Potem zaczęła z jednej strony się oburzać – a z drugiej bredzić, że uznaje „prawo do samostanowienia”, że „szanuje wolę ludu Czeczenii” itd. Wysyłała oświadczenia i napomnienia…

A w międzyczasie władza p. gen. Dudajewa krzepła, a ludzie przyzwyczaili się do myśli, że oto Moskwa de facto uznała tę władzę.

Po półtora roku Moskwa oświadczyła, że dłużej tego tolerować nie będzie – co wszystkie państwa na świecie potraktowały z pełnym zrozumieniem i aprobatą – dokładnie tak samo, jak postąpiłyby, gdyby p. Donald Tusk ogłosił niepodległość Kaszub (z tym, że Kaszuby są proporcjonalnie większe od Czeczenii!). Jednocześnie oświadczyła, że do zgniecenia oporu wystarczy batalion komandosów. Następnie wysłała dwa pułki pancerne, które poniosły na ulicach miasta sromotną porażkę. Dopiero potem posłała naprawdę dwa bataliony komandosów…

Towarzyszył temu obrzydliwy spektakl propagandowy. O tym, że tak naprawdę to Rosja wkracza nie dla realizacji naturalnego interesu Imperium, lecz dla „spełnienia najbardziej ukrytych pragnień ludu Czeczenii”; że po zajęciu Czeczenii spełni wolę tego ludu – nie wyjaśniając, rzecz jasna, co zrobi, jeśli lud będzie przypadkiem – bo wcale nie jest to pewne – wolał p. gen. Dudajewa od p. Prezydenta Jelcyna.

Otóż jest rzeczą całkiem prawdopodobną, że zależność od Moskwy jest dla Czeczenii korzystniejsza niż rządy p. gen. Dudajewa – jako Kurd na pewno wolałbym rządy Ankary od rządów Demokratycznej Partii Kurdystanu, która o taką samą „niepodległość” właśnie walczy. Niezależnie jednak od tego jest rzeczą zrozumiałą, że wielkie Imperium nie może tolerować sytuacji, w której dowolny kawałek może się odeń odłączyć – bo przykład jest zaraźliwy i grozi to destabilizacją: ci, co domagają się niepodległości narodów Kaukazu, powinni pamiętać o przykładzie Jugosławii (i o rzeziach Ormian w okresie I wojny światowej na przykład).

Natomiast o poczynaniach Moskwy można powiedzieć tylko jedno: jeśli ktoś by chciał zaognić sytuację i wywołać wojnę z tysiącami trupów na ulicach, odnowić nienawiść Czeczeńców do Rosjan itd., itp. – to nie mógłby postąpić lepiej!

Krążą po Moskwie niewątpliwie pogłoski, iż nieudolność
p. Prezydenta Jelcyna spowodowana jest tym, że jest on agentem USA albo masonerii – i dostał zadanie rozwalenia resztek Imperium. Tymczasem prawda jest chyba po prostu taka, że panuje tam klasyczny demokratyczny burdel – i tyle. I że liczba trupów, gdy nie ma silnej władzy, jest wielokrotnie większa, niż gdy rządzi tyrania.

I teraz pro domo sua: jeśli ktoś uważa, że w interesie Polski leży osłabienie Rosji – i w tym celu niech Kaukaz krwawi, niech giną tysiące Rosjan i Czeczeńców – to niech tak po prostu powie! To będzie uczciwe postawienie sprawy. Być może politycy demokratyczni nie chcą nazwać rzeczy po imieniu z powodów propagandowych – w porządku. Ostatecznie Francuzi, Niemcy i Belgowie w XIX wieku, patrząc, jak Polska krwawi w idiotycznych powstaniach, też nie zacierali rąk, lecz z obłudną troską zachęcali: „Działajcie!” (a potem: „Trwajcie!” – oczywiście niczego nie obiecując). Jeśli moskiewscy propagandziści wypisują te swoje brednie, to widocznie w oczach tzw. światowej opinii publicznej to się opłaca. Jeśli jednak ktoś naprawdę wierzy, że Polska powinna pomagać Czeczenii, bo „każdy naród ma prawo do samostanowienia” – to powinien się najpierw zastanowić, czy poparłby taki sam postulat Murzynów w Ameryce, Polpotystów w Kambodży i Kaszubów w Polsce. O Śląsku, posiadającym przecież przed wojną autonomię, a nawet własny Sejm – nie zapominając.

Polityka musi opierać się na moralności. Jak słusznie zauważył już Fryderyk Nietzsche, niemoralne jest, gdy słabsi usiłują krzykiem coś wymóc na mocnych. A teraz czekamy na odpowiedź na pytanie: czy Rosja jest mocna?

„Najwyższy CZAS!” nr 44/1995

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here