29 sierpnia 1930 roku Jan Dąbski, jak co wieczór, zgodnie z zaleceniami lekarzy tuż po przebytej niedawno temu operacji żołądka, przechadzał się nad Wisłą. Po godzinnym spacerze postanowił wrócić do domu na kolację. Mieszkał u zbiegu ulic Dziennikarskiej i Sułkowskiego na Żoliborzu, na tzw. osiedlu dziennikarskim. Dokładnie o godz. 19:20, gdy był już blisko swojego domku, drogę zastąpiło mu czterech żołnierzy: major, kapitan, porucznik i plutonowy.

jan_da%cc%a8bskiMajor i plutonowy podeszli do Dąbskiego i zapytali: – Czy pan jest poseł Dąbski? – Tak, to ja – odparł zapytany. Wówczas major powiedział, że mają do Dąbskiego pewną sprawę. Dąbski wcale nie był zaskoczony obecnością wojskowych, ponieważ osiedle dziennikarskie sąsiadowało z osiedlem oficerskim, a poza tym mogli mieć rzeczywiście do niego – jako parlamentarzysty – jakąś sprawę, więc zaprosił grzecznie nieznajomych do mieszkania. Major i plutonowy, zamiast podziękować, rzucili się na posła i zaczęli go brutalnie kopać i okładać pięściami. Zaniepokojona hałasem na zewnątrz gospodyni państwa Dąbskich otworzyła drzwi mieszkania i widząc, co się dzieje, pospieszyła na pomoc bitemu. Jeden z bandytów zastąpił jej drogę. W tej samej chwili z mieszkania wybiegła dziewięcioletnia córeczka Dąbskiego, Bożenka, która postanowiła zaalarmować sąsiadów. Jednak czwarty z napastników (bodajże w mundurze kapitana) złapał ją i przytrzymał. Kiedy dziewczynka próbowała się oswobodzić, oficer z całej siły pchnął ją na żelazne sztachety okalające posesję. Następnie napastnicy oddalili się z miejsca przestępstwa w kierunku Żoliborza oficerskiego. Przed własnym domem leżał pobity jego właściciel, a lamentująca gospodyni i szlochająca córeczka w podartej sukience próbowały udzielić mu pierwszej pomocy.

Gra pozorów

Nazajutrz antysanacyjna prasa powiadomiła czytelników o pobiciu posła i wicemarszałka Sejmu, Jana Dąbskiego, domagając się od władz wszczęcia jak najenergiczniejszego śledztwa w celu wykrycia sprawców tego haniebnego czynu. Władze, owszem, rozpoczęły śledztwo, ale właściwie tylko po to, aby zaraz potem powiadomić o… jego zakończeniu. Pamiętajmy, że piszemy o wydarzeniach z roku 1930, a nie z 1926 czy 1927.
O ile tuż po przechwyceniu władzy sanacja jako tako liczyła się z opinią publiczną i pod naciskiem opozycji coś tam „majstrowała” przy dochodzeniach w sprawach napaści na Zdziechowskiego, Dołęgi-Mostowicza czy Nowaczyńskiego, o tyle kilka lat później odnosiła się do społeczeństwa z lekceważeniem i pogardą. Co prawda raczej nie ma szans na to, byśmy poznali nazwiska sprawców i ich mocodawców, lecz na jedno kluczowe pytanie w tej całej aferze jesteśmy w stanie odpowiedzieć, a mianowicie: dlaczego Jan Dąbski, działacz ludowy (a jak pamiętamy, wszystkie wcześniej pobite osoby związane były z endecją), został pobity? Odpowiedź na to pytanie zawarta jest w życiorysie ofiary, zatem pora go przedstawić.

Zaangażowany przeciw sanacji

Jan Dąbski urodził się 10 kwietnia 1880 roku w Kukizowie koło Lwowa. Po ukończeniu gimnazjum w grodzie nad Pełtwią studiował na wydziale chemii Uniwersytetu Lwowskiego. Już jako absolwent lwowskiej Alma Mater związał się z ruchem chłopskim, wstępując do Polskiego Stronnictwa Ludowego. Rozpoczął także karierę dziennikarską: w latach 1907-1909 był korespondentem „Kuriera Lwowskiego” w Wiedniu, a od 1908 roku współredagował „Gazetę Ludową” wraz z jednym z głównych animatorów ruchu ludowego, Bolesławem Wysłouchem. Podczas I wojny światowej Dąbski działał w Naczelnym Komitecie Narodowym oraz służył w 4 Pułku Piechoty Legionów. Od 1919 roku aż do śmierci posłował na Sejm II RP. Od marca 1920 roku piastował funkcję wiceministra spraw zagranicznych. Jako wiceminister przewodniczył polskiej delegacji na rokowania z Rosją Sowiecką w Mińsku (zawieszenie broni w wojnie polsko-bolszewickiej) oraz w Rydze (traktat pokojowy) i podczas tych rokowań często negocjował tajnie z szefem delegacji bolszewickiej – Adolfem Joffe. Dąbski był jednym z sygnatariuszy traktatu ryskiego. Przez trzy tygodnie w 1921 roku faktycznie kierował pracami Ministerstwa Spraw Zagranicznych. W 1926 roku współorganizował Stronnictwo Chłopskie, które w 1929 roku weszło w skład Centrolewu – koalicji partii lewicowych i centrowych dążących do obalenia rządów sanacji. W latach 1928-1931 sprawował godność wicemarszałka Sejmu.

Fala nienawiści

Jakie fakty z życia i działalności Dąbskiego mogły w środowiskach piłsudczyków wywołać falę nienawiści wobec niego? Po pierwsze – proszę zauważyć, iż Dąbski należał w czasie I wojny światowej do Naczelnego Komitetu Narodowego, a ta organizacja, ze względu na prowadzoną przez siebie politykę, była niezwykle ostro krytykowana przez Józefa Piłsudskiego i jego otoczenie. Po drugie – Dąbski związał się z Centrolewem, czyli z wrogiem nr 1 dla sanacji w latach 1929-1930. I w końcu po trzecie, być może najważniejsze – Dąbski, będąc przewodniczącym polskiej delegacji w Rydze podczas negocjacji pokojowych z bolszewikami, nie był skłonny postępować wedle wskazówek Piłsudskiego.

Myślę, że najlepiej będzie, jeśli w tym miejscu zacytujemy fragment z pamiętników działacza Polskiej Partii Socjalistycznej, Adama Pragiera: „Przytoczyć tu jeszcze muszę mało chyba znany szczegół z obrad ryskich, który znam z opowiadania Dąbskiego. Zawieszenie broni podpisane 12 października 1920 roku dało sposobność wojsku polskiemu do nabrania nowych sił. Położenie zdawało się być znowu dogodne do podjęcia działań wojennych. Piłsudski niełatwo wyrzekał się swoich zamysłów. Pewnego dnia zdecydował wysłać do Rygi ministra spraw zagranicznych, ks. Sapiehę. Jego pojawienie się usunęłoby w cień Dąbskiego, a Sapieha jako przewodniczący delegacji polskiej spełniłby z pewnością polecenie prowadzenia dalszych rokowań – aż do zerwania. Ale Dąbski jeszcze przed wyjazdem Sapiehy z Warszawy został o wszystkim powiadomiony przez przyjaciela. Powziął wtedy i wykonał największą decyzję swojego życia. Zwrócił się do przewodniczącego delegacji sowieckiej, Joffego, i powiedział mu mniej więcej tak: »Obradujemy blisko pół roku, usunęliśmy wiele kwestii spornych, pozostało ich do wyrównania niewiele. Nie wątpi pan, że mam dobrą wolę zawarcia pokoju. Otóż warunki tego pokoju muszą być ostatecznie ustalone jeszcze dzisiaj«. Więcej powiedzieć nie mógł. Joffe spojrzał mu w oczy i nic nie mówiąc, przytaknął. Siedzieli przez całą noc i nazajutrz rano ostateczne warunki traktatu pokojowego były gotowe. Przyjęto je zaraz na posiedzeniu plenarnym konferencji. Powiadomiono o tym oba rządy i – Sapieha nie przyjechał. 18 marca 1921 roku traktat podpisano. Dąbski należał później do ludzi bardzo niedobrze widzianych w otoczeniu Piłsudskiego”.

Wielki admirator Piłsudskiego, Jędrzej Moraczewski, podobnie jak w przypadku pobicia Jerzego Zdziechowskiego, próbował czytelnikom swoich wspomnień zasugerować, iż przyczyn napaści na Dąbskiego nie należy doszukiwać się w polityce, ale w jakichś…. miłostkach wicemarszałka Sejmu: „Śledztwo nie znalazło winnych (…). Mam przekonanie, że gdyby sprawcami zamachu byli wojskowi, spod ziemi by ich wydostali. Nie chce się wierzyć, by napad rozegrał się na podkładzie politycznym (…). Napaść za jakieś prywatne porachunki, drobne świństewka, owszem, możliwe, ale za politykę? Nie do pomyślenia! Podejrzewałem prywatne pobudki natury »amoroso«”. Na kolejnych stronicach wspomnień Moraczewski wyraźnie starał się zohydzić postać Dąbskiego w oczach czytelników, nazywając go „szpiclem cekamendy” [pogardliwe określenie cesarsko-królewskiej Komendy Głównej Sił Zbrojnych Austro-Węgier; wg autora, Dąbski szpiegował polskich patriotów z rozkazu austriacko-węgierskich władz wojskowych – S.S.] „mającym ponoć con amore wyłapywać legionistów i emisariuszy obozu Piłsudskiego i oddawać ich w ręce żandarmerii” [austriackiej i niemieckiej – S.S.].

W powyższym fragmencie wspomnień autor zdradził swoje zamiłowanie do włoskich terminów muzycznych. Podzielając jego pasję, nie możemy jednakowoż, wracając pamięcią do dramatycznych wydarzeń z 29 sierpnia 1930 roku, stwierdzić, że banda czterech zbirów w mundurach wojskowych zachowywała się wobec Dąbskiego amoroso i con amore; nie, wręcz przeciwnie – w stosunku do bezbronnego posła i jego córeczki zachowywali się marziale, feroce, a nawet furioso.
Stan zdrowia Jana Dąbskiego był już bardzo poważny w przeddzień pobicia (wspominałem o operacji żołądka). Razy zadane przez bandytów na pewno tego stanu nie poprawiły. Chory Dąbski coraz więcej czasu spędzał w domu lub w szpitalu przykuty do łoża boleści. Zmarł 5 czerwca 1931 roku, osierociwszy dziesięcioletnią córkę Bożenę (jej matka umarła w 1928 roku).

ZOSTAW ODPOWIEDŹ