Po upadku Powstania Styczniowego patriotycznie nastawionych Polaków ogarnęła rozpacz i zwątpienie. Większość popadła w apatię i odsunęła się od spraw publicznych, uciekając w życie prywatne. Czas świtu pozytywizmu i pracy organicznej miał dopiero nadejść. Tymczasem panowała najczarniejsza noc niewoli. Los Polski wydawał się przeklęty.

Dla wielu stało się jasne, że geopolityczne położenie Polski wciśniętej między militarne potęgi Rosji, Prus i Austro-Węgier sprawia, iż Naród Polski skazany jest na wielowiekowe zniewolenie. Ta fatalna sytuacja wydawała się odbierać nadzieję na jakąkolwiek odmianę fortuny. A jednak pojawił się człowiek, który miał pomysł, jak odmienić los rodaków i dać im szansę na godne życie we własnym kraju. Należało zrobić tylko jedną prostą rzecz – przenieść Polskę… gdzieś indziej. Najlepiej na drugi koniec świata. Jak najdalej od jej wiecznych prześladowców…

Przenieść Polskę

Piotr Aleksander Wereszczyński herbu Korczak urodził się w 1806 roku. Pochodził ze starej szlacheckiej rodziny, od wieków osiadłej w Kurlandii. Ojciec jego był adiutantem ostatniego króla Polski i posiadał stopień pułkownika. Zapewnił synowi dobre wykształcenie. Wereszczyński władał biegle czterema językami. Służył w armii rosyjskiej stacjonującej w Kurlandii, a następnie w Finlandii. Mając zaledwie 24 lata, zakończył służbę i przeniósł się do Petersburga. Zaczął interesować się geografią, co miało zaprocentować późniejszą znajomością tematyki oceanicznej. Dopiero ok. 1870 roku miał przeczytać o wyspach na Oceanie Spokojnym, które mogłyby nadawać się do skolonizowania.

W tym właśnie czasie Rosjanie wysłali w celach badawczych na Nową Gwineę ekspedycję, na czele której stał Mikołaj Mikłucho-Makłaj. Odbył on również podróż na inne wyspy Mikronezji i Melanezji, a więc na obiekt zainteresowań Wereszczyńskiego. Ta rosyjska penetracja mocno niepokoiła kolonizacyjnych konkurentów Rosjan, zwłaszcza Niemców, którzy właśnie wtedy przystąpili do energicznych planów budowy Nowej Germanii w tym rejonie świata.

I wtedy nasz bohater wpadł na pomysł utworzenia w tym odległym rejonie polskiej niezależnej kolonii. Paradoksalnie idea Wereszczyńskiego, choć fantastyczna, mogła liczyć na pewne zrozumienie wśród mocarstw europejskich. Carska ekspansja, która mogłaby iść za ciosem naukowych ekspedycji rosyjskiego badacza, zaburzałaby pewną równowagę w regionie. Powstanie polskiej, neutralnej kolonii nie powinno tej równowagi znacząco zaburzać, wręcz przeciwnie – pozwoliłoby zachować chwiejne status quo. Wereszczyński sugerował w swym memorandum, że utworzenie polskiej kolonii z dala od Europy umożliwiłoby odpływ z ziem nad Wisłą i Wartą najbardziej energicznego elementu, tak skłonnej do wszelkiego rodzaju buntów czy powstań polskiej patriotycznej młodzieży. Jednocześnie taka akcja powstrzymywałaby ekspansję rosyjską. Aby podjąć tak wyrafinowaną dyplomatyczną grę, dzielny Kurlandczyk chciał wykorzystać wpływy ówczesnego przywódcy Hotelu Lambert, księcia Władysława Czartoryskiego, mającego dobre powiązania z członkami rządu francuskiego.

Nowa Polonia

Swoje tezy emerytowany oficer przedstawił w publicznej odezwie pt. „List otwarty względem założenia osady polskiej niezależnej w Oceanii”, wydanej pod pseudonimem „Korczak”.
Wydaje się, że początkowo autor nie był przekonany do całej Melanezji i wskazywał na Nową Gwineę jako miejsce zasiedlenia. W swym liście dał bowiem cenne opisy geograficzne oraz charakterystykę miejscowej ludności. Ważne było, że ta wielka wyspa położona na północ od wybrzeży Australii nie dostała się jeszcze we władanie żadnej z potęg kolonialnych.standardimage1
Ciekawy był stosunek Wereszczyńskiego do autochtonów. Nie zamierzał bowiem traktować przedmiotowo tamtejszych mieszkańców. Nie myślał, aby siłą wypędzać tubylców z ich ziemi, choć dostrzegał ich brak doceniania wartości pieniądza i chciał ten tubylczy mankament sprytnie wykorzystać. Otóż „spółka nie powinna samowolnie zabierać ziemi, ale należy nabyć ją kupnem u tubylców Papuasów i za ich zgodą – Papuasi nie znają się na wartości pieniędzy, ale chętnie ustąpią za paci orki, błyskotki i wszelkie fraszki…”.

Utworzenie polskiej kolonii z dala od Europy powstrzymywałOby ekspansję rosyjską.

W swym zasadniczych tezach autor odezwy nie ograniczał się tylko do Nowej Gwinei, wskazując już na samym początku listu we wstępie, że „dla Osady Polskiej najdogodniejszym i najbezpieczniejszym jest miejscowość na jednej z niezajętych przez nikogo wysp Oceanii”. Sama odległość kolonii też nie powinna odstraszać, bowiem w dalszej treści listu można przeczytać: „kto pożąda szczęścia, pokoju i jest zwolennikiem niepodległego samoistnienia, tego nic nie powinno zrażać, takie jest o tem rozumienie i przekonanie, trzymam się więc pierwotnej myśli założenia osady w Oceanii”.

Ustrój wysp szczęśliwych

Choć polski działacz najbardziej interesował się Nową Gwineą, brał pod uwagę także inne wyspy tego regionu świata: Nową Irlandię lub Nową Brytanię. Równolegle do działań dyplomatów autor projektu chciał stosować metodę faktów dokonanych. Na jednej z wysp planował założyć polską osadę rolniczo-handlową liczącą od 500 do 1000 osób. Bardziej zdecydowana akcja kolonizacyjna miała ruszyć dopiero po uzyskaniu protekcji Francji lub Wielkiej Brytanii. Koszt całej operacji obliczono na 227 tysięcy rubli – lub 180 tysięcy w wersji okrojonej. Wereszczyński nie miał tyle pieniędzy, postanowił więc szukać wsparcia wśród zamożnych sponsorów-patriotów. Rozważał także możliwość założenia narodowej spółki akcyjnej.
Wprawdzie przy opracowywaniu ustroju przyszłego państwa autor unikał precyzyjnych deklaracji, twierdząc, że wszystko ustalą pierwsi osadnicy, nie zabrakło jednak ogólnego zarysu. I tak przyszła Polska powinna być republiką. Równy start obywatelom umożliwiłyby identyczne nadziały ziemi – miało to być zatem państwo dość egalitarne. Religią państwową musiałby być oczywiście katolicyzm. Poza nim autor tolerował jedynie luteranizm (matka Wereszczyńskiego była tego wyznania, zresztą w Kurlandii, skąd pochodził, było to religia dominująca). Autor nie miał wielkiego uznania dla różnorodności etnicznej pierwszej Rzeczypospolitej. Dopuszczał wprawdzie w ograniczonym zakresie udział w osadnictwie „Czechów, Słowaków, Łużyczan, Belgijczyków, Irlandczyków i Szwedów”, ale jednocześnie bezwzględnie wykluczył z przyszłej wspólnoty Niemców, Rosjan i Żydów. Nie chodziło tu bynajmniej o jakieś uprzedzenia rasowe. Szlachecki wizjoner uważał, że obecność na wyspie wspomnianych mniejszości prowokowałaby wielkie mocarstwa do mieszania się w wewnętrzne sprawy młodej republiki. Władza polityczna i handlowa nowego państwa początkowo miała być sprawowana przez „Zarząd” składający się z „uznanych autorytetów”. Później o ustrojowych szczegółach zdecydować mieli wolni obywatele poprzez wybory.

Fiasko projektu

Pomysł emerytowanego pułkownika nie trafił jednak na podatny grunt. Ani książę Władysław Czartoryski, ani wielu innych wybitnych przedstawicieli narodu, w tym poeta Józef Ignacy Kraszewski, dyrektor Banku Galicyjskiego w Krakowie Aleksander Kurtz czy wydawca literatury polskiej w Berlinie Karol Forster nie poparli pomysłu. Wydaje się, że ta idea był zbyt fantastyczna dla trzeźwo myślących Polaków.
Autora projektu traktowano trochę jak nieszkodliwego wariata. Wprawdzie spotykał się z uprzejmością, a nawet swoistym zainteresowaniem salonów, jednak na nic więcej nie mógł liczyć. W 1872 roku, podczas kolejnej wizyty w Krakowie, Wereszczyński odniósł wprawdzie niewielki, ale jednak sukces. Spotkał się z poparciem ze strony przyjaciela z lat młodości – Karola Estreichera, autora wiekopomnej „Bibliografii polskiej”. Na tym się jednak kończył udział wielkich nazwisk w projekcie.
Całkowitą klapą okazała się również próba rozpropagowania idei kolonialnej wśród polskich czytelników wysokonakładowych gazet. Warszawski „Tygodnik Illustrowany” odmówił druku tekstu o Nowej Polsce w Melanezji, obawiając się cenzury, natomiast pozytywistyczne pismo „Niwa” w dyskusji nad projektem zajęło zdecydowanie wrogie stanowisko, krytykując jakąkolwiek emigrację. Powoli nastroje w Polsce się zmieniały: popowstaniowa apatia zaczęła ustępować pozytywistycznemu zapałowi do pracy. W tej sytuacji pomysły masowej emigracji mogły się jawić niemal jako sabotaż dla pracy patriotycznej w kraju.
Także próba zdobycia zwolenników w trakcie obchodów czterechsetnej rocznicy urodzin Mikołaja Kopernika w Toruniu w 1873 roku, na które tłumnie przybyli wybitni Wielkopolanie z Karolem Libeltem i Władysławem Niegolewskim na czele, zakończyła się klęską. Autor ze swymi „romantycznymi mrzonkami” został wręcz zakrzyczany przez twardo stąpających po ziemi organiczników. I zapewne w tym momencie Wereszczyński zrezygnowałby ze swoich planów, gdyby nie pewien list nadający sprawom zupełnie nowy bieg.

Wsparcie z Ameryki

„Uwielbiam Pański pomysł, który tak się zgadza z mojemi marzeniami, radbym poświęcić wszystko, co w mojej mocy, dla jego urzeczywistnienia”. Słowa te, tak niespodziewanie serdeczne, napisał przebywający od kilku lat w Ameryce wpływowy literat, dziennikarz, redaktor polskich gazet w Nowym Jorku i Chicago – Julian Horain. Występował w imieniu środowiska wpływowych i zamożnych Polonusów zainteresowanych projektem i – jak się później okazało – dysponujących kapitałem na jego realizację. Ludzie ci to doktor Henryk Kałłusowski – bogaty i ceniony jako moralny autorytet wśród amerykańskich Polaków, piastujący w dodatku wysokie funkcje w administracji federalnej USA, oraz Sygurd Wiśniowski – podróżnik, znany wśród emigrantów dziennikarz i powieściopisarz.
Wsparcie takie, zwłaszcza to liczone w zielonych banknotach, ale również pozycja i polityczne kontakty Kałłusowskiego spadły zniechęconemu już Wereszczyńskiemu z nieba. Wszak Stany Zjednoczone coraz bardziej pretendowały do rangi mocarstwa. W dodatku ich zamorska ekspansja kierowała się głównie w rejon Oceanu Spokojnego. Zdobycie tak poważnego protektora mogło oznaczać prawdziwy przełom w melanezyjskim projekcie.

Pech jednak i tym razem dał o sobie znać. Starcie się ze sobą dwóch tak silnych i zdecydowanych osobowości jak Wereszczyński i Kałłusowski spowodowało klęskę całego zamierzenia. Po początkowym entuzjazmie obydwu stron przyszła pora na konkrety. A te rysowały się niezbyt ciekawie.

Kałłusowski, jako były dyrektor do spraw przemysłu i handlu w Departamencie Stanu, znał dobrze zarówno prawo międzynarodowe, jak też praktykę działań swojej przybranej ojczyzny w kontaktach zamorskich. Zdecydowanie odradzał marsz ku niepodległości wyspy. Jedyną szansą było – według niego – uzyskanie protekcji USA i poprzestanie na autonomii w ramach państwa amerykańskiego. Później zresztą sama lokalizacja polskiego państewka wydała mu się niefortunna. Po co nieszczęśni emigranci mieliby się tłuc aż do Melanezji, skoro autonomiczne państwo można utworzyć dużo bliżej, bo w… Kalifornii. Tu z kolei Polonusi nie wykazywali się zbytnim realizmem. Amerykańskie władze federalne, choć w niczym nie krępowały kulturalnych aspiracji imigrantów, nigdy nie dopuszczały do jakiejkolwiek politycznej autonomii na terytorium USA. Było to zrozumiałe – należało dążyć do wewnętrznej spoistości tego młodego organizmu.

Spory na linii Wereszczyński-Kałłusowski dotyczyły również pieniędzy. Kto tak naprawdę miałby to sfinansować? Wprawdzie koszt całego przedsięwzięcia okazał się nie tak wysoki, jak myślał projektodawca, bo – wedle obliczeń Juliana Horaina – wynosił około 100 tysięcy rubli, gdy jednak przyszło do wyłożenia kapitałów, żadna ze stron nie zamierzała płacić w ciemno bez żadnych gwarancji. Wzajemna nieufność i animozje związane z lokalizacją i ostatecznym statusem przyszłego państwa wyczerpały cierpliwość obydwu indywidualności. Po rocznej korespondencji Wereszczyński i Kałłusowski zaniechali kontaktów.

Ostatnia szansa na realizację projektu legła w gruzach. Czyli – jak to zwykle bywa – poszło o pieniądze. I tak idea Nowej Polski pozostała tylko na papierze. Jednak pomysł budowy polskiego imperium kolonialnego nie umarł wraz z Piotrem Wereszczyńskim. Do tego pomysłu jeszcze wielokrotnie, choć w zmienionej formie, będą wracać polityczni następcy marzycielskiego Kurlandczyka.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ