REKLAMA INLINE

Wiele emocji budzi dziś sprawa sędziów Trybunału Konstytucyjnego, strach powoduje przejęcie ministerstwa sprawiedliwości przez Zbigniewa Ziobrę. Pamiętajmy jednak, że wielu dzisiejszych sędziów i prokuratorów to następcy absolwentów „Duraczówki”. Dlatego w III RP nie można skazać komunistycznych bestii.

Podstawowym „aktem prawnym” dla tworzenia kadr owych „sędziów nowego typu” był (przedłużany potem) dekret Tymczasowego Rządu Jedności Narodowej z 22 stycznia 1946 r. „o wyjątkowym dopuszczaniu do obejmowaniu stanowisk sędziowskich, prokuratorskich i notarialnych oraz do wpisywania na listę adwokatów”. Podczas otwarcia jednej z takich szkół (w Łodzi) ober-ubek Jakub Berman mówił: „Przeżywamy tzw. łagodną rewolucję i chcę wam powiedzieć, że im twardsze będą wasze ręce, im czulszy wzrok, tym łagodniejsza będzie ta rewolucja. Bo są wrogie siły w Polsce, które knują zbrodnie. Chcą rozpętać szał wojny domowej, chcą utopić kraj w potokach krwi bratniej. Waszym świętym obowiązkiem jest uchronić kraj przed tymi, którzy walczą ze wszystkim co jest postępowe w Polsce. (…) Twardsze dłonie dla zdrad reakcji, czujniejsze oko (…) w walce o lepszą, szczęśliwszą demokrację polską!”.

„Wy skończyliście prawo”

Jacy ludzie kończyli „Duraczówkę”, można się przekonać czytając książkę Stanisława Krupy „X Pawilon, wspomnienia AK-owca ze śledztwa na Rakowieckiej”: „Innym razem przywitał mnie [śledczy] słowami: „Słuchajcie, wy skończyliście prawo”. Było to dla mnie podwójne zaskoczenie, dlaczego interesują go moje studia, a dwa, że mówi do mnie per wy, a nie ty ch…, ale odpowiedziałem spokojnie:

– Nie zdążyłem, zamknęliście mnie na czwartym, ostatnim roku.
– Rzeczywiście, ale dawne polskie prawo sądowe zdawałeś. – Przyzwyczajenie wzięło górę i przeszedł na ty.
– Owszem.
– To zrób mi krótki wykład o sądach bożych.
– Do diabła, czyżbyście chcieli praktyki ordaliów [poddawanie oskarżonego próbom ognia i wody] zastosować do wydobywania zeznań?
– Nie podskakuj. Widzisz, zostałem skierowany na kursy prawa, no wiesz, te 6-miesięczne studia, tzw. Duraczówka. Jutro mam egzamin, a nie wiem nic o sądach bożych.
Wyłożyłem mu to, co pamiętałem, a nadto przepytałem z ustroju średniowiecznego sądownictwa polskiego.
Bardzo mi podziękował, a potem… „Gadaj, ty ch… O czym rozmawiałeś z „Radosławem” wtedy i wtedy?”.

Szef „Teleexpressu”

Leon Chajn, stalinowski wiceminister sprawiedliwości żądał odsunięcia przedwojennych sędziów i prokuratorów: „Ci muszą odejść z szeregów sądownictwa, bo w nowej Polsce prawo może stosować ten, kto rozumie i odczuwa potrzebę dokonania przewrotu. Zastąpią ich nowe, młode kadry, które wyjdą ze zreformowanych uniwersytetów bądź ze specjalnych szkół prawniczych, przygotowujących w trybie przyspieszonym młody narybek prawniczy”. I tak się też się działo. A syn Leona, Józef Chajn był potem sekretarzem związanego ze środowiskiem „Gazety Wyborczej” Fundacji Stefana Batorego.

– Nie podskakuj. Widzisz, zostałem skierowany na kursy prawa, no wiesz, te 6-miesięczne studia, tzw. Duraczówka. Jutro mam egzamin, a nie wiem nic o sądach bożych.
Wyłożyłem mu to, co pamiętałem, a nadto przepytałem z ustroju średniowiecznego sądownictwa polskiego.

Jedną z osób, przygotowującą zastępy prokuratorów i sędziów „nowego typu” był Jerzy Maurycy Modlinger, przedwojenny prawnik, po wojnie podpułkownik „ludowego” Wojska Polskiego. Pracował w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej, w latach 50. był komendantem Oficerskiej Szkoły Prawniczej. „Ojciec był tylko słabym człowiekiem” – tłumaczył mi kilka miesięcy temu przez telefon Jerzy Modlinger jr., podziemny drukarz, po 1989 r. dziennikarz „Gazety Wyborczej”, a od lat szef „Teleexpressu”. W tym programie nigdy nie widziałem materiału o warszawskiej „Łączce”. Powód? Jerzy Modlinger senior, stalinowski prokurator, leży w kwaterze „Ł” nad dołami, do których inni stalinowcy zrzucili zamordowanych polskich bohaterów.

Z Irkucka do KBW i prokuratury

21 czerwca 1949 r. Zbigniew Domino zgłosił się ochotniczo do WP. Szybko trafił do Oficerskiej Szkoły Prawniczej w Jeleniej Górze. Podczas swojego zaprzysiężenia przyrzekł sobie: „Jako oficer miałbym Polskę zawieść? Tę moją Polskę, do której zaledwie parę lat temu wróciłem jako zabiedzony wyrostek półanalfabeta, a która dała mi wszystko, od kromki chleba mojego powszechnego, po wykształcenie i dzisiejszy stopień oficerski. Nie, kurcze, żeby nie wiem co, to ja jej nigdy nie zawiodę. Nigdy, przenigdy!” . Takie teksty możemy znaleźć we współczesnych powieściach Zbigniewa Domino. Bo dziś jest wziętym literatem.

czytaj też: Zidentyfikowano ciało majora „Zapory”

Ale wcześniej, po wojnie, przyspieszone kursy prawnicze ukończył jako prymus i został oficerem śledczym Wojskowej Prokuratury Rejonowej w Poznaniu. Później pracował na różnych stanowiskach w Zielonej Górze i w Naczelnej Prokuraturze Wojskowej. W ten sposób Sybirak – ofiara stalinizmu, zesłany jako 15-latek, w pierwszej wielkiej wywózce mieszkańców Kresów Wschodnich II RP 10 lutego 1940 r., wraz z rodziną do Irkuckiej Obłasti – został prominentnym funkcjonariuszem stalinowskiego systemu bezprawia. Po powrocie do kraju Domino zdał maturę i wstąpił do Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Walczył z „bandami”. Potem został zaufanym człowiekiem słynnego kata Polaków Stanisława Zarakowskiego. Dla polskich patriotów domagał się kar śmierci, a sędziowie przychylali się do wniosków oskarżyciela. Przełożeni pisali o nim: „Do reakcji odnosi się z nienawiścią”, jego wystąpienia „odznaczają się dużą bojowością i podnoszeniem strony politycznej”.

Domino opowie o „Łączce”?

Gomułkowska „odwilż” nie podcięła kariery Domino. W latach 1956–1969 dalej pracował w NPW, zawsze na kierowniczych stanowiskach związanych z „zadaniami specjalnymi”, z krótką przerwą (1959–1963), kiedy był oddelegowany do Marynarki Wojennej. W międzyczasie został pułkownikiem i ukończył prawo. Od 1969 do 1973 był prokuratorem Wojskowej Prokuratury Garnizonowej w Rzeszowie. Służbę „ludowej” Ojczyźnie skończył w 1975 r. na stanowisku oficera do zleceń specjalnych Głównego Zarządu Politycznego WP. Ale jego doświadczenie nie mogło być zmarnowane. Zanim został wziętym literatem, w latach 1980-1985 i 1989-1990 był radcą ambasady PRL w Moskwie.

Jednak chyba najbardziej Domino obciąża udział w komunistycznej prowokacji mającej wyeliminować przedwojenne kadry WP – egzekucjach polskich lotników ze słynnego „spisku w wojsku” oskarżonych o szpiegostwo na rzecz imperialistów. 7 sierpnia 1952 r. o 20. 30 w więzieniu na Rakowieckiej w Warszawie nakazał rozstrzelać: płk Bernarda Adameckiego, płk Józefa Jungrava, płk Augusta Menczaka, ppłk Stanisława Michowskiego, ppłk Władysława Minakowskiego, ppłk Szczepana Ścibiora. Staranny podpis Domino widoczny jest na dokumencie egzekucji.

To tylko kilku bohaterów, których szczątki po sowieckim strzale w tył głowy oprawcy wyrzucili na „Łączkę”. Liczymy na to, że w końcu zostaną ekshumowani i zidentyfikowani. A może Domino mógłby coś podpowiedzieć?

Sędziowska solidarność

„Nocne przesłuchiwania, jedno po drugim, budzą jednoznacznie skojarzenia sądu z przesłuchaniami prowadzonymi nawet nie tyle w latach 80-tych, ile w latach 40-tych i 50-tych, czyli czasach najgorszego stalinizmu” – te słowa Igora Tulei (skazującego dr Mirosława G., byłego ordynatora kardiochirurgii stołecznego szpitala MSWiA, na rok więzienia w zawieszeniu na dwa lata i grzywnę za korupcję – przyjęcie ponad 17,5 tys. zł od pacjentów) wywołały największy aplauz salonu i oburzenie pozostałych. Oburzeni i obrażeni poczuli się nie tylko urzędnicy państwa – funkcjonariusze CBA i prokuratorzy, ale przede wszystkim żyjące jeszcze ofiary stalinizmu. I ich rodziny. Wśród nich Zbigniew Ziobro i Jarosław Gowin, których – odpowiednio – dziadek i ojciec – byli więźniami stalinowskich katowni.

Igor Tuleya odwrotnie – to tzw. resortowe dziecko. Jego matka, Lucyna Tuleya, aktywistka ZMS i PZPR, w latach 1960-71 pracowała w Milicji Obywatelskiej w Łodzi w wydziale kryminalnym, potem aż do 1988 r. była funkcjonariuszką Służby Bezpieczeństwa. Następnie została tajnym współpracownikiem Biura „B” MSW o pseudonimie „Lucyna”. Zajmowała się pracą z agenturą uplasowaną wśród pracowników zachodnich ambasad. Prowadziła dziesięciu tajnych agentów o pseudonimach: „Jaskółka”, „Anna”, „Maria”, „Czesława”, „Alina”, „Ely”. W teczce TW „Lucyna” znajduje się kilkadziesiąt osobiście przez nią podpisanych pokwitowań odbioru pieniędzy. Teczka została przeznaczona do zniszczenia, ale z niewiadomych powodów tego nie zrobiono. Ojciec, Witold Tuleya pracował w Ośrodku Szkolenia Oficerów MO w Łodzi. Przez MSW PRL został skierowany na studia doktoranckie Akademii Ministerstwa Spraw Wewnętrznych ZSRR.

A Igor Tuleya? „Jako starszy kolega pana sędziego, który pamięta tamte czasy, jako reprezentant środowiska sędziowskiego chciałem przeprosić wszystkie osoby, które poczuły się dotknięte porównaniem do okresu stalinowskiego” – ten głos przewodniczącego Krajowej Rady Sądownictwa Antoniego Górskiego wśród polskiej palestry był niemal odosobniony. Bo już większość KRS nie czuła się w obowiązku przepraszania za Tuleyę. Nie ma jak sędziowska solidarność kontynuowana bez przeszkód od czasów „Duraczówki”.

„Ponury” znów przewraca się w grobie

I tak np. sędzia Barbara Piwnik mówiła: „Jeżeli (sędzia) mówi o pewnych metodach, to proszę zauważyć, że z wiedzy historycznej, którą sędzia musi dysponować wynika, jak pewne metody przesłuchań wpływały na łamanie ludzi. Nie zawsze te metody z lat minionych oznaczały fizyczną przemoc. Przemoc psychiczna bywa dalej idąca w skutkach”. Wszystko prawda, tylko Barbara Piwnik jest bratanicą cichociemnego, szefa Kierownictwa Dywersji (Kedywu) Okręgu Radomsko-Kieleckiego AK Jana Piwnika, „Ponurego” – polskiego patrioty, antykomunisty. Jednocześnie była ministrem sprawiedliwości w (post)komunistycznym rządzie Leszka Millera. A swoim zastępcą mianowała prokuratora Andrzeja Kaucza, oskarżającego w procesach politycznych w stanie wojennym. A może, w ramach tej samej zawodowej solidarności (kierownictwo Sądu Okręgowego w Warszawie murem stanęło za Tuleyą), Piwnik rozumie, że inaczej nie może. Tak czy inaczej „Ponury” przewraca się w grobie.

Czym jest konwejer

Dzień po wyroku sędzia Tuleya dalej brnął w stalinowskie metody. Brnął nawet wówczas, gdy od przełożonych dostał zakaz komentowania tej sprawy. – To określenie dotyczyło sposobu prowadzenia przesłuchań. Przesłuchania odbywały się w godzinach nocnych, były wielogodzinne i to musi budzić skojarzenia z konwejerami – tłumaczył wyginając się przed kamerami.

I tu błąd – bo w konwejerze (metoda przesłuchań sowieckiego NKWD przejęta przez „polskie” struktury represji: UB i Informację Wojskową) najważniejszy nie był fakt, że przesłuchiwano w nocy, ale to, że były to przesłuchania trwające przez wiele dób, prowadzone przez zmieniających się oficerów śledczych. Z pozbawianiem więźnia snu, jedzenia. Ten albo przyznawał się do winy, albo padał ze zmęczenia. Często dochodziły do tego najbardziej zwyrodniałe tortury fizyczne i psychiczne, wyrywanie paznokci, przypalanie papierosem, rażenie prądem, polewanie wodą, sadzanie na nodze odwróconego stołka. Straszenie aresztowaniem i zabiciem rodziny. Wielokrotnie stalinowskie metody kończyły się zakatowaniem na śmierć przesłuchiwanego.

Były wiceszef CBA Maciej Wąsik wyjaśniał: „Wszystkie czynności były prowadzone pod nadzorem prokuratury i były w pełni legalne. Między zatrzymaniem dr Mirosława G. i sprawą aresztową mieliśmy 48 godzin i w tym czasie musieliśmy przeprowadzić pewne czynności z osobami, które wręczały mu łapówki. Po to, żeby te osoby szybciej zostały zwolnione, przesłuchania trwały najdłużej jak to tylko możliwe. Po przesłuchaniach funkcjonariusze odwozili nawet osoby na dworzec, aby mogły wrócić do domu”.

Zadajmy podstawowe pytanie: Czy CBA to UB, albo jakikolwiek inny organ sowieckich represji? Przecież Biuro działało w imieniu i na rzecz państwa polskiego. A celem UB, czy Informacji Wojskowej było unicestwienie Polaków w imię okupacyjnych racji obcego totalitaryzmu.

I tu ciekawostka. W enuncjacjach prasowych czytaliśmy, że doktor G. po wysłuchaniu uzasadnienia wyroku wyszedł szybkim krokiem z sali. Nie chciał rozmawiać z dziennikarzami, nie odpowiedział, czy się cieszy z wyroku. W czasach stalinowskich nie wyszedłby z sali sam, ani krokiem wolnym, a tym bardziej szybkim. Od razu trafiłby do celi i byłby dalej katowany.

Stalinizm wiecznie żywy

W „Gazecie Wyborczej” Karol Modzelewski, historyk średniowiecza pisał: „Sędzia Tuleya miał dość odwagi i zawodowej odpowiedzialności, by podnieść alarm. Kto go ucisza, działa na naszą wspólną szkodę”. I jeszcze sędzia Włodzimierz Olszewski: „Takie przesłuchania [stalinowskie – red.] w tej sprawie były. (…) bardzo dobrze się stało, że wreszcie ktoś się zdobył na powiedzenie prawdy o CBA z czasów pana Kamińskiego”. „GW” dodała adnotację, że Olszewski to „sędzia w stanie spoczynku, były przewodniczący Krajowej Rady Sądownictwa, były rzecznik interesu publicznego („prokurator lustracyjny” przed reformą lustracji dokonaną za rządów PiS, który przekazał lustrację IPN-owi)”. „Zapomniała” jednak dodać, że w 1992 r., jako przewodniczący składu sędziowskiego Sądu Apelacyjnego, odmówił stwierdzenia nieważności wyroku wydanego 22 września 1953 r. przez Wojskowy Sąd Rejonowy w Krakowie na Jana Peciaka – żołnierza II konspiracji niepodległościowej. Tym samym sędzia Olszewski zatwierdził stalinowski wyrok, przyznając, że Jan Peciak słusznie spędził w więzieniu 15 lat. Takich przypadków braku rehabilitacji bohaterów w III RP jest niestety wiele. Dotyczy to również osób pochowanych w panteoniku ministra Kunerta na „Łączce”– w świetle prawa złożono tam szczątki bandytów. Czyli stalinizm wiecznie żywy.

W III RP następcy absolwentów „Duraczówki” i resortowe dzieci do dziś utrwalają system. Jak długo jeszcze?

Tadeusz Płużański

Tadeusz Płużański, publicysta historyczny, komentator polityczny, szef działu Opinie „Super Expressu”, prezes Fundacji „Łączka”, autor książek o nierozliczonych zbrodniach komunistycznych

15 KOMENTARZE

    • Tak.
      Trzeba było ich wszystkich powiesić w odpowiednim czasie a nie robić pośmiewisko. Niestety zabrakło żołnierzy NSZ którzy jako jedyni prawidłowo oceniali sytuacją polityczną Polski i Polaków. (AK kierowane przez piłsudczyków, lewicę i agentów Stalina (np. „niedźwiadek”) bredziło o „akcjach burza” powstaniach).
      Niestety, ale winni temu stanowi rzeczy są właśnie dorośli Polacy w liczbie około 27 000 000, którzy jako przygłupiaści wyborcy, sprowadzają nam na nasze głowy to nieszczęście poprze ciągłe – co 4 lata – wybieranie tego szajsu, potomków ubeckich dynastii przywleczonych tu w ’44 na ruskich tankach, razem z wszami i WSI.

  1. Konczylem liceum na przelomie lat 70-80 z moich znajomych z tego okresu w moim miescie dzieci sekretarza pzpr prezydenta miasta syn sedzia corka prokuratorem .corka oficera sb sedzia corka kapitana milicji sedzia syn sekretarza pzpr oficerem sb .Ta patologia trwa do dzis.

  2. „Zadajmy podstawowe pytanie: Czy CBA to UB, albo jakikolwiek inny organ sowieckich represji? Przecież Biuro działało w imieniu i na rzecz państwa polskiego.”

    A UB to niby w imieniu kogo działała?

    chyba sami nie dostrzegacie że pisiorska propaganda to lustrzane odbicie komunistycznej

  3. Ani słowa o sędziach Kryże ojcu i synu, o powiązaniach ludzi PiS, którzy byli prominentnymi działaczami PZPR i PPR, sędziami i prokuratorami a ich ojcowie, dziadkowie pracowali na rzecz komuny często w ubeckich strukturach. Opracowanie jest ewidentnie stronnicze brak mu rzetelności historycznej. W zasadzie większość ubeków i sędziów okresu stalinowskiego nie żyje, byli skur…mi ale to co najwyżej komuś poprawi humor nic więcej. Syn złodzieja niekoniecznie będzie złodziejem. Dla mnie autor jest bardzo złym człowiekiem napuszcza na siebie ludzi, to jest draństwo.

  4. Dodam jeszcze, że dzisiaj Ziobro będzie mianował prokuratorów i sędziów, Macierewicz oficerów, Błaszczak funkcjonariuszy do służb specjalnych na kilkudniowych lub kilkutygodniowych kursach, jak za czasów stalinowskich. Wtedy były dzieci duraczówki teraz będą dzieci pisówki.

  5. Ani słowa o sędziach Kryże ojcu i synu, o powiązaniach ludzi PiS, którzy byli prominentnymi działaczami PZPR i PPR, sędziami i prokuratorami a ich ojcowie, dziadkowie pracowali na rzecz komuny często w ubeckich strukturach. Opracowanie jest ewidentnie stronnicze brak mu rzetelności historycznej. W zasadzie większość ubeków i sędziów okresu stalinowskiego nie żyje, byli skur…mi ale to co najwyżej komuś poprawi humor nic więcej. Syn złodzieja niekoniecznie będzie złodziejem. Dla mnie autor jest bardzo złym człowiekiem napuszcza na siebie ludzi, to jest draństwo.

    x2

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here