REKLAMA INLINE

„Słabość moralna i polityczna tych ludzi czyniła z nich po prostu szmaty, którymi można było wytrzeć każdą podłogę, nawet najbrudniejszą. Słabość jest najstraszniejszą cechą charakteru. Ludzie słabi są zdolni do każdej zbrodni”. Tak Ojciec określał swoich prześladowców. Jako „bandyta” był inwigilowany przynajmniej do 1990 r., a jeden z naukowców wytoczył Mu sprawę za nazwanie ubeckim szpiclem.

 

W 1990 r. Czesław Łapiński poprosił Ojca o spotkanie. Chciał porozmawiać o tamtej „tragicznej sprawie”, „uporządkować wchodzące w rachubę fakty” i „zrelatywizować oceny”. Ojciec odmówił. Mimo upływu lat zbyt dobrze pamiętał słowa prokuratora o zdrajcach i płatnych szpiegach Andersa. Wtedy, przed krzywoprzysiężnym sądem, razem z Witoldem Pileckim i Marią Szelągowską usłyszał wyrok śmierci.

Zemsty na Łapińskim i innych oprawcach nie chciał, tylko prawdy o komunistycznej przeszłości. – Wybaczenie? Podkreślał, że są rzeczy, których najzwyczajniej wybaczyć nie można – mówił mi prof. Paweł Wieczorkiewicz, uczeń Ojca.

Prawdy o człowieku, świecie i Bogu szukał w filozofii, a pod koniec życia również w poezji. Proces Łapińskiego, oskarżonego o mord sądowy, rozpoczął się trzy miesiące po śmierci Ojca, w listopadzie 2002 r. „Pan, jako syn musi zostać oskarżycielem posiłkowym” – namówił mnie ówczesny szef pionu śledczego IPN, prof. Witold Kulesza. I choć stalinowski prokurator nie został skazany (zmarł w szpitalu przy ul. rotmistrza Pileckiego), do swojego śledztwa w sprawie komunistycznych bestii mogłem dopisać kolejne rozdziały.

 

Ubecy nie przyszli…

 

W czasie niemieckiej okupacji obaj należeli do Tajnej Armii Polskiej. Ponowny kontakt z Pileckim Ojciec nawiązał w 1946 r. Rotmistrz, wówczas oficer II Korpusu Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie, miał za sobą 2,5 letni pobyt w KL Auschwitz, gdzie poszedł dobrowolnie w 1940 r., walkę w Powstaniu Warszawskim, uwięzienie w oflagach Lamsdorf i Murnau. Ojciec, po prawie pięciu latach w KL Stutthof, chciał pójść na studia, założyć rodzinę. Ale pod warunkiem, że Polska będzie wolna. Zweryfikowany jako podporucznik zaczął zbierać informacje o stopniu sowietyzacji Polski, a potem przewoził je przez zieloną granicę do Ancony. W czerwcu 1946 r., w wydrążonej w kluczu skrytce, przywiózł z Włoch rozkaz gen. Andersa o „opuszczeniu Kraju”. Pilecki rozkazu nie wykonał, argumentując: „Ktoś tu musi trwać, bez względu na konsekwencje”.

Ojciec myślał podobnie. Do końca życia bolało go, że w „lepszych czasach” ludzie wyjeżdżali z Polski i nie wracali. Kilka dni po ślubie, 6 maja 1947 r., na Poczcie Głównej w Warszawie zaczepiło go dwóch smutnych panów.

– Przed aresztowaniem Tadek nocował u mnie na ul. Sandomierskiej – wspominał Kazimierz Bronowski, szkolny kolega. – Za udzielenie pomocy groźnemu przestępcy czekało mnie w najlepszym razie kilka lat więzienia. Ale ubecy nie przyszli…

 

„Nasze matki, nasi ojcowie”?

 

Mój Ojciec, Tadeusz Płużański urodził się w Miechowie 15 sierpnia 1920 r. – w dniu Cudu nad Wisłą. Dzieciństwo spędził w Wilnie. Do swojego „miasta marzeń” wracał po 1989 r., chodził po zaułkach, szukał pamiątek związanych z ukochanym Mickiewiczem.

Dwa i pół miesiąca przed niemiecką agresją zdał maturę w liceum im. Tadeusza Czackiego w Warszawie. Kazimierz Bronowski: – Pochodził z patriotycznej rodziny. Przodkowie i krewni walczyli w powstaniach narodowych, działali na emigracji.

29 września 1939 r., jako ochotnik 77. Pułku Piechoty, został ciężko ranny w bitwie o Janów Lubelski. „Pozwólcie mu spokojnie umrzeć, są tu inni, którzy mają szansę” – zawyrokował lekarz. Ojca uratowała siostra Czerwonego Krzyża Janina Gociewicz.

Po wyleczeniu (do końca życia nosił w sobie kilkanaście odłamków niemieckiej kuli), przez niemal rok działał w podziemiu. Kolegów Ojca Niemcy rozstrzelali w Palmirach. Wkrótce przyszedł kolejny cios. Wacław Płużański, mój dziadek, nauczyciel, został zakatowany na Pawiaku. Kilka miesięcy później Ojciec też tam trafił, z przerwami na „wizyty” w katowni gestapo w Alei Szucha.

W końcu ober-ubek, niezadowolony z faktu, że więzień nie przyznaje się do winy i nie „sypie” kolegów, oświadczył: „Ciebie nic nie uratuje. Masz u mnie dwa wyroki śmierci. Przyjdą, wyprowadzą, pieprzną ci w łeb i to będzie taka zwykła, ludzka śmierć.”

 

Wymiar sprawiedliwości Herrenvolku okazał się jednak „łaskawy” – zamiast natychmiastowej śmierci pod ścianą skazał go na powolne konanie w kacecie. Najpierw obóz w Grudziądzu, potem KL Stutthof pod Gdańskiem. Został numerem 10 525. Po dodatkowych batach za inteligenckie pochodzenie trafił do karnej kompanii – 16 więźniów ciągnęło wielki folwarczny wóz wyładowany drewnem. Kto upadł, tego dobijano. Przeżył wielogodzinny apel, podczas którego cały obóz stał na mrozie po ucieczce dwóch więźniów. Wybawieniem była stolarnia – przekonał kapo, że zna się na ciesielce. Jednak za kradzież grochu oprawcy chcieli go utopić w korycie. Od śmierci uratował go ksiądz Sylwester Niewiadomy, przeor OO. Bernardynów w Warszawie. Czy takie sceny mogliśmy oglądać w serialu „Nasze matki, nasi ojcowie”?

Po czterech latach spotkał na Lagerstrasse (ulicy obozowej) komendanta Stutthofu. Ten spojrzał na numer więźnia i zdumiony spytał: „Und du lebst noch (Ty jeszcze żyjesz?)”.

9 maja 1945 r. był wolny. Do opuszczonego przez Niemców obozu przyjechało na rowerach dwóch czerwonoarmiejców. Oświadczyli: „Tiepier wy swabodni, damoj nada idti”.

„Wyzwolenie” Stutthofu przez Sowietów nie oznaczało wyzwolenia kraju. Po latach Ojciec opowiadał: – Już w Elblągu przywitały nas hasła: „Śmierć bandytom z AK”, „AK – zapluty karzeł reakcji”. Wszędzie węszyło NKWD. Więźniów Stutthofu zamykano w myśl zasady – przeżyłeś, znaczy współpracowałeś z Niemcami. Pozostała druga konspiracja, której konsekwencją było ubeckie więzienie.

 

W imieniu Rzeczypospolitej Różańskiej

 

„My wiemy, że ty masz twardą d… , ale obok jest ktoś, z kogo wszystko wybijemy”. Te słowa słynnego sadysty z Rakowieckiej Józefa Goldberga-Różańskiego Ojciec zapamiętał do końca życia. W celi obok siedziała żona Stanisława, aresztowana w ramach odpowiedzialności rodzinnej.

W końcu ober-ubek, niezadowolony z faktu, że więzień nie przyznaje się do winy i nie „sypie” kolegów, oświadczył: „Ciebie nic nie uratuje. Masz u mnie dwa wyroki śmierci. Przyjdą, wyprowadzą, pieprzną ci w łeb i to będzie taka zwykła, ludzka śmierć.”

15 marca 1948 r. słowa Różańskiego stały się faktem. Na pokazowym procesie przed Wojskowym Sądem Rejonowym w Warszawie Ojciec dostał podwójną karę śmierci (za szpiegostwo i przygotowywanie zamachów na czołowe osobistości Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego). W rzeczywistości celem grupy Pileckiego nie była walka zbrojna, ale „rozładowanie” lasu i przestawienie się na działalność polityczną. W sądzie każdy z oskarżonych brał całą winę na siebie.

Sądzili ich: ppłk Jan Hryckowian (przewodniczący, szef WSR, skazał na śmierć co najmniej 16 żołnierzy niepodległościowego podziemia), kpt. Józef Badecki (29 kar śmierci, w tym na Hieronima Dekutowskiego „Zaporę”), kpt. Stefan Nowacki (ławnik, wzięty z Informacji Wojskowej).

czytaj też: Płużański: Czy ktoś skaże stalinowców?

W dniu ogłoszenia wyroku Hryckowian napisał: „Z uwagi na popełnienie przez skazanych Pileckiego i Płużańskiego najcięższych zbrodni zdrady stanu i Narodu, pełną świadomość działania na szkodę Państwa i w interesie obcego imperializmu, któremu całkowicie się zaprzedali (…) skład sądzący uważa, że ci obaj na ułaskawienie nie zasługują”. Matce Ojca, a mojej babci Leokadii powiedział: „Gdyby to ode mnie zależało, pani syn nigdy nie dostałby kary śmierci”.

„Ratować” Ojca próbowała również broniąca go mecenas Alicja Pintarowa – nie ukrywała, że jedyną szansą jest współpraca z władzami, a ona sama wykonuje tylko instrukcje MBP. „A co z żoną, czy mogę ją zobaczyć?” – zapytał skazany. – „Zobaczycie się w niebie”.

Tadeusz Płużański przed aresztowaniem w 1947 roku

73 dni czekał w celi śmierci na wykonanie wyroku. Ostatecznie Bierut zmienił Ojcu KS na dożywotnie więzienie. Co przesądziło o łaskawości mordercy? Może petycja grupy więźniów Stutthofu: „Pomagał wszystkim, bez względu na narodowość, niejednemu łzę otarł, niejednego podniósł na duchu, a może niejednemu życie uratował. Na terenie obozu była to bezsprzecznie jedna z najszlachetniejszych postaci człowieka współwięźnia”.

„W tym procesie chodziło o wyeliminowanie Pileckiego” – przyznała prokuratorowi IPN pod koniec życia mecenas Pintarowa. 25 maja 1948 r. Ojciec słyszał, jak jego dowódcę prowadzą na egzekucję. Na terenie więziennej kotłowni – jak dziś wiemy. Szczątków Pileckiego wciąż nie udało się odnaleźć.

 

„Pod celą”

 

„Razem z nami „pod celą” był góral, żołnierz „Ognia”, prosty, niepiśmienny chłop” – wspominał Mieczysław Malczyk, który do więzienia we Wronkach trafił jako dziewiętnastolatek za działalność niepodległościową. – „Ja uczyłem go historii, Tadeusz – polskiego. Nie wolno nam było mieć ani papieru, ani ołówków, dlatego polaliśmy szuflę do śmieci resztkami tłuszczu z jedzenia i posypaliśmy kredą. Oddziałowy ukarał za to Tadeusza 24-godzinnym karcerem. To była niewielka komórka pod schodami, wypełniona wodą. W listopadzie trzymano go tam nago, przy otwartym oknie”.

Wkrótce cela zamieniła się w więzienną uczelnię. Ojca uczono francuskiego, on streszczał polską literaturę. Wszystko po to, aby zająć czymś myśli, nie otępieć. Więźniowi drugi raz pomógł duchowny. Ksiądz Jan Stępień, więzienny bibliotekarz (kapelan AK i działacz narodowy) dostarczał mu książki. W piekle odosobnienia było to prawdziwe szczęście.

Władysław Minkiewicz w książce „Mokotów, Wronki, Rawicz” pisał, że przez dłuższy czas siedział w jednej celi z Ryszardem Jamontt-Krzywickim, Makarym Sieradzkim i Tadeuszem Płużańskim: „Wszyscy trzej mogli służyć za wzór godnej i koleżeńskiej postawy”. Wszyscy byli ze sprawy rotmistrza Pileckiego.

 

Te same służby

 

Po wyjściu z Wronek (w czerwcu 1956 r., na skutek amnestii) pracował jako ślusarz – tyle potrafił po więzieniu. Aby wyzwolić się od przeszłości poszedł na studia. W obozach i więzieniach był numerem, niewolnikiem, nikim, podczas gdy filozof Mounier mówił, że osoba to coś niepowtarzalnego, siedlisko godności.

Do spraw więziennych, przez lata głęboko skrywanych, musiał wrócić w 1990 r., kiedy Naczelna Prokuratura Wojskowa podjęła rewizję procesu grupy rotmistrza Pileckiego. Sąd chciał zrehabilitować ofiary, ale Ojciec po płomiennej mowie wywalczył anulowanie wyroków. Argumentował: „O ułaskawienie i rehabilitację może się zwracać ktoś, kto ma poczucie winy, a ja i moi współtowarzysze nigdy jej nie mieliśmy”.

Wtedy pierwszy raz usłyszałem o Pileckim, jego grupie. Miałem rzecz jasna pretensje do Ojca, ale jego milczenie w tej sprawie zrozumiałem już wkrótce. Kiedy na pierwszym roku historii UW chciał mnie zwerbować UOP, usłyszałem: „To te same służby, co kiedyś. Zabraniam ci”.

 

Młodzi odbudują Polskę

 

Dopiero kilka lat później pookrągłostołowa Polska na ławie oskarżonych, obok Adama Humera, posadziła jednego z największych okrutników z Rakowieckiej – śledczego Eugeniusza Chimczaka. Ojciec powiedział mi jednak, że na proces swojego „znajomego” nie pójdzie: „W latach 70. zobaczyłem go na Nowym Świecie. Mogłem mu tylko napluć w twarz, ale tego nie zrobiłem”. A sąd nad ubekami? Oskarżeni śmiali się w twarz ofiarom, które musiały udowadniać, że były bite. Ojciec nie chciał brać udziału w tej farsie.

Podzielał zdanie rotmistrza, że „Oświęcim przy tym to była igraszka”, że system sowiecki był gorszy od niemieckiego. Że niszczył człowieka nie tylko fizycznie, ale również psychicznie.

Przeszłość wróciła także we wspomnieniach i tomach wierszy. „Tadeusz debiutował w wieku 78 lat. Uważał, że poezja może uchwycić to, czego nie jest w stanie wyrazić filozofia, że jedno sformułowanie może być celniejsze od długich traktatów – wspominał Bohdan Urbankowski, przyjaciel Ojca, filozof i poeta. – „Wierzył, że młode pokolenie, jakże inne od pokolenia Kolumbów, będzie potrafiło wziąć odpowiedzialność za wolną Polskę”.

 

Tadeusz M. Płużański

UDOSTĘPNIJ
Poprzedni artykułFelieton JKM A.D. 1998: MYŚL POLSKA?
Następny artykułW obronie Grodna
Tadeusz Płużański
Polski dziennikarz, historyk i publicysta. Jest autorem m.in. książki "Bestie", zawierającej zapis reporterskiego śledztwa dotyczącego funkcjonariuszy czasów PRL. Pod koniec 2013 został prezesem Fundacji „Łączka”, sprawującą opiekę i działalność wspierającą wobec Kwatery na Łączce.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here