REKLAMA INLINE

Jerzy Krusentern jest jednym z ostatnich żyjących obrońców Grodna w 1939 r. przed Armią Czerwoną. Wraz z grupą harcerzy stanął do obrony miasta. Przyczynił się bez wątpienia do tego, że sowieckie czołgi nie zajęły miasta z marszu i poniosły ciężkie straty.

– Urodziłem się w 1924 r. w Druskiennikach jako syn Katarzyny i Pawła Krusensternów- wspomina Jerzy Krusenstern. – Pochodzą ze starego rodu, którego przodkowie wywodzą się ze Szwecji, Rosji, Irlandii, byli oni arystokratami, jak to się mówi w każdym calu. Jednym z nich chyba najbardziej znanym był admirał Adam Johann Krusenstern, znany podróżnik i uczony w służbie carskiej. W Rosji jest uważany za jednego z założycieli narodowej oceanografii, był członkiem korespondentem Imperatorskiej Akademii Nauk. Największą sławę przyniosła mu pierwsza rosyjska wyprawa dookoła świata, którą kierował. Moja babcia z domu Rozmarynowska wyszła za mąż za jego wnuka, dygnitarza rosyjskiego w Królestwie Polskim. Rodzice babci nie byli tym zachwyceni, był przecież przedstawicielem zaborców. Nie chcieli mieć zięcia Rosjanina. Zdecydowanie się temu mariażowi przeciwstawiali. Babcia się jednak strasznie zakochała i w końcu musieli się zgodzić. W praktyce okazało się, ze ich związek nie był taki zły. Babcia wychowała go na polskiego patriotę. Ojciec po maturze w Warszawie nie pojechał na studia do Rosji, ale do Monachium kształcić się w zakresie rolnictwa. Tu poznał urodziwą pannę Katarzynę O’Brien de Lacy, wywodzącą się z irlandzkiej arystokracji, ale osiadłej w Polsce i całkowicie spolszczonej. Ożenił się z nią , a w czasie I wojny światowej wyjechali na Kaukaz. Tu mój ojciec po zmobilizowaniu służył jako szef zaopatrzenia armii kaukaskiej. Po rewolucji bolszewickiej udało im się wrócić do Polski. Osiedlili się w Druskiennikach na Wileńszczyźnie. Była to wówczas miejscowość uzdrowiskowa nad Niemnem przy granicy z Litwą, leżąca w powiecie grodzieńskim. Mama odziedziczyła tam kilka pensjonatów i kilka majątków ziemskich. Dlatego też ja urodziłem się w Druskiennikach i w tym miasteczku się wychowałem. Do gimnazjum uczęszczałem w Grodnie. W Druskiennikach należałem do harcerstwa i Harcerskiej Służby Pomocniczej przy Korpusie Ochrony Pogranicza.

Uwaga, uwaga, nadchodzi!

Granica polsko – litewska do czasu ustanowienia oficjalnych dyplomatycznych stosunków polsko – litewskich nie należała do najspokojniejszych. Była pilnie strzeżona. Zwłaszcza, że wypoczywała tu elita Rzeczypospolitej, w tym także Marszałek Polski Józef Piłsudski! Przed samą wojną wraz z innymi kolegami złożyłem przyrzeczenie harcerskie przed otrzymanie krzyża harcerskiego. Jednocześnie przeszliśmy przeszkolenie z zakresu obrony przeciwlotniczej. W jego zakresie uczyliśmy się rozpoznawać sylwetki niemieckich samolotów i podawanie taśm do cekaemów przeciwlotniczych. Przydzielenie nas do tej służby wynikało z tego, że w Druskiennikach jako miejscowości przygranicznej urządzono punkt obserwacji obrony przeciwlotniczej. Mieścił się ona na wieży ciśnień. W momencie, gdybyśmy dostrzegli sylwetki wrogich samolotów, mieliśmy telefonicznie poinformować najbliższy punkt wojskowy , który nadawał komunikat – Uwaga, uwaga, nadchodzi! Punkt ten był czynny przez 24 godziny na dobę. Siedział na nim żołnierz . Na wyposażeniu punktu był też przeciwlotniczy cktkaem. Przy jego pomocy punkt miał się bronić w razie ataku samolotu. Żołnierzowi towarzyszyli harcerze prowadzący obserwację nieba, którzy w razie potrzeby mieli podawać taśmy do cekaemu, by mógł on prowadzić ciągły ogień. Przez kilka pierwszych dni wojny punkt działał zgodnie z instrukcją. Po jakimś czasie punkt jednak został zlikwidowany. Zostaliśmy chwilowo bez przydziału. Po jakimś czasie zadzwonił do nas druh Brunon Hlebowicz z Grodna , który był zwierzchnikiem naszej placówki w Druskiennikach i zaproponował, by ci, którzy mają rowery przyjechali do Grodna, bo tu się przydadzą. Druha Hlebowicza znałem dość dobrze. Był to absolwent Seminarium Nauczycielskiego. Uczył przyrody w Szkole Powszechnej im. Stefana Żeromskiego. Pełnił funkcję zastępcy komendanta hufca i był znanym społecznikiem. Postanowiłem z kilkoma kolegami skorzystać z jego propozycji. Wsiedliśmy na rowery i pojechaliśmy do stolicy powiatu odległej o 46 km.

czytaj też: Rewolucja lutowa: pomost do bolszewizmu

Pokonanie takiego dystansu nie stanowiło dla nas poważniejszego problemu. Gdy zameldowaliśmy się u Hlebowicza okazało się, że harcerze dostali zadanie utworzenie ochotniczego oddziału harcerskiego, który w momencie ewakuacji Grodna przed nadejściem wojsk niemieckich będzie pełnił rolę osłony miasta. Mieli oni podtrzymywać kontakt ogniowy z nieprzyjacielem do momentu wycofania przez niego wszystkich oddziałów wojskowych. Wcześniej harcerze pełnili w Grodnie służbę pomocniczą. Grupę starszo harcerską przydzielono do dyspozycji wydziału wojskowego w Starostwie Powiatowym. Jej członkowie dostarczali wezwania mobilizacyjne, nakazy dostarczenia dla wojska pojazdów konnych i rowerów, a także broni krótkiej i myśliwskiej. Grupę młodszoharcerską skierowano do prac pomocniczych związanych z obsługą żołnierzy odchodzących na front. Naszą grupę skierowano do koszar  pułku piechoty, w którego piwnicach zajmowaliśmy się napełnianiem butelek naftą i benzyną. Miały one służyć do atakowania czołgów wjeżdżających na ulice Grodna. Była to prymitywna broń, bo przed dokonaniem rzutu trzeba było podpalić knot, którym butelka byłą zatkana.

Obóz warowny

Butelki te zostały wcześniej zarekwirowane przez władze wojskowe z miejscowej rozlewni spirytusowej. 81 pułku piechoty w koszarach już nie było. Wraz z innymi jednostkami , wchodzącymi w skład 29 Dywizji Piechoty , czyli 76 pułkiem piechoty oraz 29 pułk artylerii lekkiej, stacjonujące w okolicy weszły w skład Armii Obwodowej Naczelnego Wodza „Prusy”. Baon pancerny skierowano natomiast do Samodzielnej Grupy Operacyjnej „Narew”, broniących przed Niemcami pozycji od strony Prus Wschodnich. W Grodnie sformowano drugi rzut 29 DP pod nazwą „Grupa Grodzieńska” i skierowano na wzmocnienie obrony Lwowa. Mobilizując dalszych rezerwistów utworzono zgrupowanie bojowe pod nazwą Obóz Warowny „Grodno”. Było to jednak ugrupowanie mające niewiele wspólnego z nazwą. Składał się on z kilku batalionów kiepsko uzbrojonych, zwłaszcza w broń przeciwpancerną i złożoną tylko z rezerwistów. Rankiem 17 września 1939 r. w Grodnie gruchnęła wiadomość, że Sowieci wkroczyli na Kresy Wschodnie. Dla mieszkańców Grodna był to grom z jasnego nieba. Było wiadomo, że Sowieci najpóźniej za dwa , trzy dni staną nad Niemnem. W mieście nastąpiło zamieszanie. Niektórzy urzędnicy uciekli. Na miejscu pozostał wiceprezydent Roman Sawicki, który zaczął mobilizować ochotników do obrony miasta. Zorganizował kopanie rowów przeciwczołgowych oraz budowę zapór. W mieście było sporo żandarmerii i policji, częściowo ewakuowanej z innych regionów Polski. Siły do obrony miasta były absolutnie za małe i nie mogły stawić skutecznego oporu. W mieście zaczęły się też akty dywersji. Żydowscy komuniście chcieli sparaliżować komunikację na Starówce. Zablokować drogę na szosy wiodące do Białegostoku, Skidla, Wilna i Lidy. Trzeba było ich zlikwidować. 18 września komuniści otworzyli także więzienie miejskie , więźniowie zaczęli gwałcić, palić i rabować. Żandarmi i policjanci szybko jednak przywrócili porządek. Po południu 18 września było wiadomo, że czołgi sowieckie są już tuż, tuż. My z kolegami dalej robiliśmy te butelki, które łącznicy odnosili na pozycje. Bardzo szybko się one przydały. 20 września wieczorem oddziały sowieckie usiłowały zająć miasto z marszu. Zaatakowały one od zachodu przez most na Niemnie. Ja tej walki nie wiedziałem. W walkach brali udział starsi koledzy. Później dowiedziałem się, że przy pomocy butelek napełnianych w koszarowych budynkach zniszczyli kilka czołgów sowieckich , które bez osłony wdarły się na ulice. Działali oni w kilkuosobowych patrolach. Podchodziły one pod czołgi z boku lub z tyłu i rzucali butelki w czołgi. Jak się nie dało podejść, to rzucały butelki z okien  domów i balkonów. 20 września miasto zostało utrzymane i oczyszczone z czołgów nieprzyjaciela. Wszystkie uległy spaleniu. Ile, dokładnie nie wiadomo, bo na ten temat są różne dane. Wspomnę może tylko, że w toku walk znów uaktywnili się żydowscy komuniści. Takich faktów nie można zbywać milczeniem. Żydowskim komunistom udało się wedrzeć do koszar i zabrać z nich pewną ilość karabinów i amunicji. Nie zostało to należycie dopilnowane i komuniści strzelali obrońcom Grodna w plecy. Nazajutrz Sowieci podciągnęli większe siły i zaatakowali miasto ze zdwojoną siłą. Też korzystali przy tym z żydowskich przewodników , którzy wskazywali im punkty strategiczne w mieście. Sowieci wyparli praktycznie obrońców z centrum miasta. Oddziały wojskowe wycofały się w stronę Litwy.

Nie brali jeńców

22 września Sowieci zajęli całe miasto i rozpoczęli polowanie na obrońców. Nie brali jeńców. Każdy, kto miał na sobie jakiś mundur, obojętnie wojskowy , czy harcerski, był mordowany. Byli wściekli, że ktoś ośmielił się stawić im opór, zadając przy tym ciężkie straty. Sami przyznali się, że Polacy zniszczyli ich 19 czołgów.

Sowieckie T-26 - takie czołgi niszczyli obrońcy Grodna

Obrońców Grodna w sowieckiej prasie określono mianem:”bandytów”, „swołoczy”, „spsiałymi szlachcicami”, „podłymi wrogami”, „którzy ośmielili się podnieść rękę na Armię Czerwoną”. Nazywano ich także „bandytami kierowanymi przez niedobitych oficerów”. W moskiewskiej „Prawdzie” napisano, że „odpor rodnoj Krasnoj Armii” dali „bandy liczące około trzech tysięcy złożone z polskich oficerów , żandarmów, którzy zamknęli się w twierdzy, koszarach i kościołach”. „Prawda” nie napisała, że większość obrońców Grodna stanowili cywile, a przede wszystkim uczniowie szkół i harcerze. Później, gdy Sowieci się umocnili w mieście, zaczęli dalej wyszukiwać podejrzanych Polaków, którzy ich zdaniem mogli być dla nich niebezpieczni i aresztować na masową skalę. Mnie się udało szczęśliwie wymknąć z miasta i wrócić do Druskiennik. Po jakimś czasie doszło do mnie, że NKWD interesuje się moją osobą. Postanowiłem się czekać, aż mnie aresztują, tylko przedostać się przez granicę sowiecko- niemiecką do Warszawy , gdzie miałem rodzinę. Udało mi się przedostać przez granicę do Małkini , a z niej pociągiem dojechałem do Warszawy Zrobiłem to jako pierwszy z rodziny. Mama z siostrą pozostały w Druskiennikach. I one musiały się jednak stamtąd wynieść. NKWD zaczęło przeprowadzać rekonesans , przygotowując listy osób przeznaczonych do wywózki. Przystąpiło również do aresztowań rodzin wojskowych, a zwłaszcza oficerskich. Mama z siostrą tuż przed wielką falą wywózek ludności polskiej do Kazachstanu zdążyła pójść na drugą stronę Niemna do niepodległej jeszcze Litwy. Na litewskim brzegu mieliśmy znajomych państwa Szymkowskich, posiadających swój mająteczek. Za długo w nim nie mieszkały, bo wkrótce Sowieci wkroczyli na Litwę, włączając ją do ZSRR. Mama z siostrą postanowiły uciekać przez zieloną granicę do  Gubernatorstwa. Na Litwie zostać nie mogły, bo NKWD ustaliło, że są uciekinierkami z Druskiennik i pojechałyby na „białe niedźwiedzie”. By przedostać się do Generalnego Gubernatorstwa  mama z siostrą przekroczyły granicę w rejonie Suwałk, które były przyłączone do Prus Wschodnich. Tu niestety zostały złapane przez Niemców i osadzone w więzieniu. Na szczęście udało im się wysłać list do naszych dalekich krewnych w Niemczech- Pappenheimów. Był to arystokratyczny ród, mający duże wpływy w Niemczech. Podjęli oni interwencję u władz niemieckich  i mama z siostrą zostały zwolnione. Gdyby nie to, trafiłyby do obozu. Gdy wyszły na wolność, przyjechały do Warszawy.

Marek A. Koprowski

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here