REKLAMA INLINE

Tatraverein Zakopane. Wyrok zapadł o wpół do siódmej. – Wygraliśmy – obszar sporny przyznany nam – granica grzbietem Żabiego – na końcu u spływu potoków granica ma być wytyczona w linii prostej. Telegram tej treści dotarł do siedziby Towarzystwa Tatrzańskiego 13 września 1902 roku. Był to formalny koniec kilkuwiekowego sporu o granicę państwową w Tatrach.

Granice między monarchiami w górach zwykle były płynne, nie do końca określone. Surowe warunki, brak dróg i osiedli nie zachęcały do zamieszkania. Tak było i na Podhalu, gdzie Tatry od tysiąclecia wyznaczały granicę między Królestwem Polskim i węgierską Koroną św. Stefana. Jeszcze na początku XVII wieku próbowano wyznaczyć tu szczegółowe rozgraniczenie jednak porzucono ten plan, gdyż Zygmunt III Waza uznał go za bezcelowy. Królestwo Polskie stało wówczas u szczytu swej potęgi. Także terytorialnie po zwycięskich wojnach z Rosją osiągnęło historyczne maksimum przekraczając milion kilometrów kwadratowych. Kto, w tej sytuacji, trudziłby się i wyliczał włóki lichej ziemi podgórskiej i stawiał wysoko na skalnym Podhalu kamienne słupy graniczne. Niestety historia zwykle jest przewrotna i to zaniedbanie miało się gorzko zemścić na Polakach już wkrótce, w dobie rozbiorów.

Galicyjskie zaniedbania

No właśnie, sto kilkadziesiąt lat później, zanim wojska Marii Teresy pomaszerowały na Kraków i Lwów, by utworzyć Królestwo Galicji i Lodomerii, ambitna Habsburżanka postanowiła przyłączyć do swego państwa ziemie sądecka i nowotarską. Co ciekawe pierwotnie tereny te przyznano Węgrom. Dopiero w 1772 roku już po przymuszeniu Polaków do ratyfikowania traktatu rozbiorowego połączono je z resztą Galicji. Węgrom jako pocieszenie oddano jedynie polski Spisz. Choć granicy formalnie w terenie nadal nie wyznaczono zwykło się uważać za nią kresy pastwisk górali z Zakopanego, pędzących swe owce aż po Rybi Staw. Umownie to tam kończyła się Galicja.

Przez następne kilkadziesiąt lat nikt nie zawracał sobie jednak zbytnio głowy Doliną Rybiego Potoku. Sytuacja zaczęła zmieniać się powoli pod wpływem – jak byśmy współcześnie powiedzieli – masowego rozwoju turystyki. Stopniowy napływ pierwszych gości z Galicji sprawił, że rychło odkryto piękno doliny Rybiego Stawu jak wówczas tatrzańskie jezioro nazywali zakopiańscy górale. Niewiele czasu upłynęło, by dolinę nazwano „najpiękniejszym zakątkiem polskiej ziemi”.

Konfliktowi o Morskie Oko i innym sporom 
granicznym poświęcona jest książka "Płonące granice"

Pamiętajmy jednak, że swą zasłużoną sławę Morskie Oko zyskało jednak już wcześniej – jeszcze przed zaborami. Osiemnastowieczni encyklopedyści, mozolnie i pracowicie przepisujący przeróżne często fantastyczne ciekawostki z cudzych dzieł dali Morskiemu Oku aurę miejsca groźnego i tajemniczego. W dziele Historia naturalis curiosa Regni Poloniae spisanego przez geografa Gabriela Rączyńskiego w 1721 roku czytamy:

 

„do osobliwości należy, że w tym największym wzniesieniu góry Carpat znajdują się ogromne jeziora, z których największe nazywa się Oculus Maris, w nim spotyka się szczątki okrętów. Jest to możliwe, że przychodzą tu ukrytym podziemnym przejściem”

 

Powtórzył to za nim ksiądz Benedykt Chmielowski w swych słynnych „Nowych Atenach” (1745-46) nieco tylko baśń modyfikując:

 

„na samym wierzchołku gór jest źródło, a raczej jezioro Oculus Maris nazwane, gdzie sztuki statków morskich wypływają – znać, że z morzem ma komunikacją”

 

Niektórzy umieszczali owo „Oculus Maris” aż na szczycie Babiej Góry (którą błędnie wówczas uważano za najwyższy szczyt Polski, głównie z tego powodu, że szczyt dość często osłonięty był chmurami), opowiadano, że pokazują się w nim ryby niezwykłe, bez wątpienia podziemnymi „meatami” do niego przypływające, że w dni pogodne jezioro nagle gwałtownie się burzy i że szczątki belek, resztki okrętów na brzeg wyrzuca. Najbardziej zadziwiająca legenda mówiła, że nawet jakiś kupiec wenecki utracił w burzy morskiej na  Adriatyku szkatułkę z kosztownościami, przybył do Polski i tu ją odzyskał wyrzuconą na brzeg tatrzańskiego jeziora.

 

Jezioro to, podług podania górali tatrzańskich, ma być nie do zgłębienia i łączyć się z morzem Adryatyckim. Pan jakiś płynąc morzem rozbił się w czasie okropnej burzy, życie jednak uratował straciwszy wszystkie swoje kosztowności. Długo w smutku pogrążony szukał ponad morskim brzegiem swojej szkatułki, pełnej drogich kamieni, ale nadaremnie. Podróżując po świecie odwiedzał także Tatry i głośne po wszystkich karpackich krajach Morskie oko. Płynąc pełcią (tratwą) po tem tajemniczem jeziorze, spostrzega nagle ową szkatułkę i kawały drzewa okrętowego. Wydobywają to juchasy; była zamknięta, nienaruszona, jak przy rozbiciu i kosztowności wszystkie zawierała.

 

Lucjan Siemieński, „Podania polskie, ruskie i litewskie”, Poznań 1845 r.

 

Nic dziwnego, że od początku dziewiętnastego wieku coraz liczniejsi goście pragną odwiedzić ową „perłę Galicji” jak nazywano Morskie Oko. Był tu nawet arcyksiążę Franciszek Karol, który jak pisano w 1840 roku „ugościnnił bór przy Oku”. Z tego powodu już w 1811 roku zarząd powiatu nowotarskiego, do którego należała przeważająca część polskich Tatr podjął decyzję o poprowadzeniu aż do jeziora porządnej drogi jezdnej, która umożliwiła odwiedzania jeziora konno i zaprzęgami.

W Polsce spór w Tatrach był bardzo uważnie śledzony przez całe
społeczeństwo

W 1827 roku, ówczesny właściciel wystawił koło jeziora pierwsze stałe schronisko. Był to zarazem pierwszy na ziemiach polskich stały schron dla turystów. Emanuel Homolacs zbudował solidną kamienną wiatę, która umożliwiała noclegi. Było to wielkie ułatwienie. Wcześniej turyści musieli korzystać z gościnności miejscowych pasterzy. Właśnie więc od 1827 roku można mówić o początku zorganizowanego ruchu turystycznego w polskich Tatrach i na ziemiach polskich w ogóle.

A turystów i to często bardzo dostojnych było nad Morskim Okiem coraz więcej. Jan Kanty Andrusikiewicz w 1842 roku zapisał w księdze pamiątkowej karczmy bukowińskiej, że kilka lat wcześniej goszcząc w schronisku Homolacsa nad Okiem przeczytał taki oto wierszyk:

 

Ksiądz Biskup Tarnowski Franciszek Ksawery,

Zwiedzając kościoły, zwiedził górne sfery.

Stanął dnia piątego Sierpnia i przy Oku,

Tysiąc ośmset szóstego trzydziestego roku.

Aby Państwo tych miejsc pasterza uczcili,

Nakładów i trudów żadnych nie szczędzili.

Uprzątniono z drogi jak można przeszkody,

I ten dom się dźwignął dla wszystkich wygody.

Tak zachwycające Tatry swoją ogromnością,

Są dziś przystępniejsze dziedziców grzecznością.

Kto zoczyć zdoła te ich dobre chęci

Niech utkwi ich imię wdzięcznej Twej pamięci.

 

W drugiej połowie XIX wieku gości nad Okiem było już tak wielu, że zrodziła się idea powołania społecznej organizacji – towarzystwa, które w swym statucie strzegłoby piękna gór polskich. Tak powstało w 1873 roku Towarzystwo Tatrzańskie. Znamienne jest, że pierwszym dziełem Towarzystwa był trud budowy schroniska nad Morskim Okiem. Sprawę sfinalizowano bardzo szybko i już w roku następnym budynek pierwszego schroniska turystycznego na ziemiach polskich był gotowy. W tym czasie, właśnie w latach siedemdziesiątych wyznaczono pierwsze regularne szlaki turystyczne, ustawiono mostki ponad Rybim Potokiem, w lecie organizowano przejażdżki dla turystów pełcią (tratwą) po Morskim Oku. Z roku na rok liczba odwiedzających czarowne jezioro rosła, pojawiały się relacje prasowe, wspomnienia etc. I nagle to wszystko niemal się skończyło… Niespodziewanie dla wszystkich właściciel sąsiedniego majątku już z za kordonu granicznego zażądał usunięcia postronnych turystów „ze swojej” ziemi.

czytaj też: CIOS Z POŁUDNIA. SŁOWACJA CICHYM AGRESOREM NA POLSKĘ WE WRZEŚNIU 1939 R.

Teraz żeby wyjaśnić genezę tego ponadnarodowego sporu trzeba by znowu cofnąć się o kilka stuleci…

 

Węgierskie roszczenia

I tak początki sporu o Morskie Oko sięgają aż XVI wieku. Pod koniec tego stulecia za panowania Stefana Batorego właściciele tak zwanego klucza niedzickiego, którego centrum znajdowało się po południowej węgierskiej stronie Tatr zaczęli rościć sobie pretensje do ziem położonych na północ od głównej grani tatrzańskiej, od stuleci uznawanych za polskie. Początkowo spór toczył się o obszary położone między rzekami Leśnicą i Białką, a więc na wschód od Morskiego Oka. Węgierscy magnaci rościli sobie pretensje do wiosek góralskich i terenów ich okalających: Białki, Brzegów, Bukowiny i Leśnicy. Spory toczyły się przez kilkadziesiąt lat. Głos w tej sprawie zabierał polski król Zygmunt III Waza i habsburscy cesarze. Nieporozumienia trwały do 1625 roku, kiedy sprawę ostatecznie załatwiono. Przez bisko 150 lat Węgrzy nie wyrażali żadnych roszczeń. Sprawa powróciła nagle i ze zwielokrotnioną siłą. W 1769 roku Maria Teresa zadecydowała o włączeniu powiatów sądeckiego i nowotarskiego wprost do Królestwa Węgier. Miał być to sławny kordon sanitarny, który odseparowałby domeny Habsburgów od pogrążonej w upadku Polski. Wprawdzie już trzy lata później cesarzowa swoją decyzję cofnęła i zagrabione już ziemie przyłączono – na powrót niejako – do Królestwa Galicji i Lodomerii jednak Węgrzy nie chcieli z nich łatwo rezygnować. Po 1769 roku pułkownikowi kwatermistrzostwa armii węgierskiej Seegerowi polecono sporządzić bardzo dokładne mapy polskiego Spisza i przyległych do niego ziem sądeckiej i nowotarskiej.  Do pomocy przydzielono mu radcę dworu Józefa Toroka. Seeger „prostował” granicę, zaś Torok popierał go „badaniami” w archiwach publicznych i prywatnych. W tym czasie polska granica w sposób „cudowny” cofnęła się w okolice Rysów i Żabiego jednak nadal obejmowała Morskie Oko i Czarny Staw pod Rysami.

W roku 1816 dwór wiedeński postanowił starostwo nowotarskie sprzedać w prywatne ręce. Państwo zakopiańskie nabył Węgier Emanuel Homolacs. W rękach jego rodziny polskie Tatry pozostały aż do 1869 roku. Po drugiej stronie gospodarzyli panowie na Jaworzynie – Palocsayowie. Właśnie w tym czasie w latach dwudziestych XIX wieku dwór jaworzyński ponawia roszczenia wobec ziem położonych w dolinie Rybiego Potoku. Argumentują, że skoro Rybi Potok to górny bieg rzeki Białki, która w dolnym biegu stanowi granicę dóbr Palocsayów i Królestwa Węgier, to właśnie wzdłuż biegu tego strumienia powinna biec granica. Należy ją więc przesunąć na zachód. Terytoria Palocsayów objęłyby tym sposobem połowę Morskiego Oka i Czarnego Stawu, zaś granica wiodłaby powyżej nich prosto na południe aż do szczytu Rysów.

Roszczenia Węgierscy panowie zgłaszają najpierw dyskretnie, jakby mimochodem, z  czasem coraz bardziej natarczywie. Po kilkunastu latach administracja węgierska traktuje je już jako słuszne i usprawiedliwione. Do przełomu dochodzi w 1859 roku, gdy wdowa po Emanuelu, Klementyna Homolacsowa zrzeka się wspomnianego obszaru na rzecz Palcsayów. Węgrzy triumfują. Nie na długo jednak, gdyż sąd w Nowym Targu unieważnia transakcję. Na jakiś czas sprawa przycicha…

 

Spór wybucha ze zwielokrotnioną siłą po 1879 roku, gdy tereny przylegające do Morskiego Oka nabył od węgierskich właścicieli Prusak, książę Chlodwig Hohenlohe-Schilligsfuerst, były kanclerz Niemiec, przez żonę, księżnę Sayn-Wittgenstein, właściciel olbrzymiej posiadłości ziemskiej w guberni pińskiej.

Był to człowiek wielkich wpływów, arystokrata, a zarazem i miłośnik przyrody. Nic dziwnego, że  ocenił należycie swoisty czar tatrzańskiej krainy i postanowił stworzyć sobie tam sobie bazę myśliwsko-wypoczynkową. Rybi Staw miał być perłą w jego górskim „królestwie”.  Książę zakupił dobra jaworzyńskie, poczynił ogromne inwestycje i w ten sposób, jak również dzięki wpływom politycznym, zainteresował ówczesny rząd węgierski stroną prawno-gospodarczą odwiecznego sporu. Przesunięto posterunki żandarmerii bliżej granicy galicyjskiej, a jaworzyński zamek Hohenlohego oddano pod opiekę zbrojnych hajduków, jakby liczono się z oblężeniem. Wkrótce też przyszło do nieporozumień sąsiedzkich z polskimi właścicielami a nawet do nieprzyjaznych wystąpień obu stron, zwłaszcza żandarmów i leśniczych węgierskich z jednej strony, i górali, przeważnie kłusowników – z drugiej.

Książęcy pełnomocnik zwrócił się do rządu węgierskiego z prośbą o rychłe załatwienie sporu. Chodziło o 300 morgów gospodarstwa, właściwie ekonomicznie bezwartościowego. W sierpniu 1883 mieszana komisja graniczna spisała protokół. Uzupełnienia aktów dokonało namiestnictwo galicyjskie dopiero po siedmiu latach.

Hohenlohe wkrótce zasłynął ze swych myśliwskich pasji. Z Afryki sprowadzał antylopy i gazele, zaś z Ameryki nawet… bizony. Podobno na bizony polował sam cesarz Wilhelm podczas wizyty w Jaworzynie. Hohenlohe na swoim terenie zrealizował – całkiem współczesne już – marzenia polskich przyrodników. Nie wpuszczał turystów, kazał strzelać do polskich górali, którzy łapali jego kozice.

Pamiętna licytacja

 

Z kolei polskie, skalne Podhale w tym czasie również znajdowało się w prywatnych rękach. Jak już wspomniano, w latach dwudziestych XIX wieku dawne polskie królewszczyzny rząd austriacki sprzedał węgierskiej rodzinie Homolacsów. Madziarscy właściciele rozwinęli hutnictwo metali na niezwykłą w tamtych czasach skalę. To za ich czasów właśnie powstała kopalnia w Kuźnicach. Cóż z tego, gdy interes wkrótce zaczął podupadać. Majątek zmieniał właścicieli kilka razy ostatecznie w 1888 roku zapragnął go kupić niejaki Józef Goldfinger, który otwarcie nosił się z zamiarem odsprzedania Morskiego Oka Niemcowi. Goldfinger był właścicielem sklepu kolonialnego w Nowym Targu, a zarazem dzierżawcą dwóch papierni w Zakopanem. Powszechnie spodziewano się, że w wyniku przejęcia przez niego tatrzańskich dziedzin eksploatacja lasów górskich zwiększy się niepomiernie. Przyszłość polskich Tatr zaczęła rysować się dość ponuro…

Na alarm uderzyli więc członkowie Towarzystwa Tatrzańskiego. Najpierw zwrócono się do marszałka krajowego Jana Tarnowskiego o wykupienie terenu przez władze państwowego. Okazją miałby być jubileusz 40-lecia objęcia władzy przez „miłościwie panującego Franciszka Józefa”. Po tym jednak jak nie uzyskano od władz zapewnień kupna, postanowiono zorganizować społeczną zbiórkę pieniędzy. Powołano specjalny komitet „Ochrona Tatr Polskich”, który rozwinął naprawdę szeroką, ogólnopolską akcję propagandową. Niestety efekty były więcej niż skromne. W ciągu dwóch miesięcy uzbierano raptem około 7000 złotych reńskich, gdy tymczasem tylko cena wywoławcza przekraczała kwotę 380 tysięcy złr. Podczas publicznej licytacji, która odbyła się w siedzibie starostwa nowotarskiego, w dniu 9 II 1888 roku dobra zakopiańskie nabył wspomniany Goldfinger deklarując cenę wywoławczą. Nie nacieszył się jednak swym nabytkiem, gdyż już wkrótce adwokat krakowski dr Józef Retinger zaskarżył transakcję i doprowadził w sądzie do jej unieważnienia, „zwalenia” jak wówczas mówiono. Doszło więc do kolejnej licytacji. Jej przebieg opisał w prasie niejaki K. Dobrzyński, w istocie sam Henryk Sienkiewicz, który w opis ten włożył niemal tyle pasji dramatycznej, co w swe sławne opisy bitew: grunwaldzkiej czy beresteckiej…

 

Krążyły wieści, ze do licytacji staną, prócz Towarzystwa Ochrony Tatr, Goldfinger, izraelita z nowego Targu, Kolischer, również izraelita, współzawodnik pierwszego, domniemany pełnomocnik księcia Hohenlohe – i rząd, który pod naciskiem opinii zdecydował się był podobno wystąpić do współzawodnictwa. Tymczasem, na krótko przed terminem, poczęto sobie powtarzać, że znajdzie się i piąty współzawodnik w osobie Władysława Zamoyskiego, właściciela Kórnika. Wieść sprawiła ogromne wrażenie. Robiono powszechne wota za Zamoyskim. Gdyby on zdołał się utrzymać, Zakopane przeszłoby w młode, energiczne i możne ręce, co dla ulubionej miejscowości mogłoby przynieść nieobliczalne korzyści i usunąć raz na zawsze groźbę przejęcia jej w obce władanie.

Tymczasem zapytywany hr. Wł. Zamoyski milczał. Obawy rosły z każdą chwilą. Przepowiadano, że ani Towarzystwo Ochrony Tatr, ani rząd nie będą mogli przelicytować Kolischera, a zwłaszcza Goldfingera, który mając sklep w Nowym Targu może z kupna ciągnąć znaczniejsze niż ktokolwiek korzyści choćby dlatego, że wszelką robociznę będzie płacił góralom towarami, zarabiając na nich i na udzielanym im kredycie sto na sto. Położenie było istotnie groźne. Goldfinger okazywał zupełną pewność, że się utrzyma. Pieniędzy nie mogło mu braknąć, bo worki wpółwyznawców stały dlań otworem. Zresztą Kolischer czy Goldfinger znaczyło to samo, co zamknięcie gór, wycięcie lasów, zniszczenie, rabunkowe gospodarstwo, wyzysk górali i upadek miejscowości.

(…) Towarzystwo, mając na czele ks. E. Sanguszkę i adwokata Markiewicza, wytężało ostatnie siły. Co do rządu wiedziano, że nie posunie się i nie może posunąć się nad pewną określoną cenę. Zguba zdawała się nieuchronna.

Na koniec nadchodzi dzień stanowczy. Tłumy zalegają salę. Serca biją niespokojnie. Wśród głębokiej ciszy jeden z urzędników odczytuje nazwiska tych, którzy złożyli wadium. Jest Goldfinger, jest Kolischer, rząd i Towarzystwo. Zamoyskiego nie ma. Stało się! Próżno oczy szukają go wśród publiczności na sali. Jest tylko adwokat Rettinger, na którego każdy patrzy z niechęcią i wyrzutem. On to , według opinii publicznej, dopuścił do licytacji, z której zwycięzcą wyszedł Goldfinger, wprawdzie licytacja nie była formalna i Rettinger zwalił ją potem, ale nikomu nie przychodzi do głowy, że zręczny adwokat może dlatego do nie j dopuścił, aby ją następnie z powodu nieformalności zwalić i przez to zyskać na czasie.

Tymczasem siedzi oto pod strzałami niechętnych spojrzeń, które odwracają się od niego dopiero wówczas, kiedy walka się rozpoczyna. Licytanci szybko przechodzą sumę 400 000 guldenów.

Czterysta pięć tysięcy! – woła Goldfinger

Czterysta sześć! – odpowiada Markiewicz w imieniu Towarzystwa.

Czterysta siedem! – brzmi głos pełnomocnika rządu.

Ośm – poprawia Kolischer

Śruba idzie w górę! Pot występuje na czoła.

Dziewięć, dziesięć, dwanaście, piętnaście!

Chwila milczenia!… Pełnomocnik rządu oświadcza, że ustępuje.

Wrażenie pognębiające! Towarzystwo nie przemoże takich dwóch potentatów jak Kolischer i Goldfinger. Jakoż przy czterystu siedemnastu tysiącach Markiewicz rozkłada ręce. Stało się! Z czterech licytantów pozostają tylko Kolischer i Goldfinger. Ale przypuszczenie, że działają w porozumieniu, okazuje się mylnym. Obaj licytują się zawzięcie i obaj robią wrażenie wyścigowych koni wytężających przed metą ostatnie siły. Idą przez jakiś czas „ dead head”. Lecz Kolischer zaczyna okazywać zmęczenie i widocznie robi bokami. Goldfinger „bierze” go.

Czterysta dwadzieścia cztery tysiące!

Czterysta dwadzieścia pięć!

Milczenie.

Czterysta dwadzieścia pięć, po raz drugi! – woła głos urzędnika.

Słychać tylko tik-tak zegara. Przechodzi jedna minuta i druga – po upływie trzech następnych własność zostanie przyznana Goldfingerowi.

Wtem na sali odzywa się głos Rettingera:

Za pozwoleniem! Składam wadium i staję do licytacji!…

Wrażenie nie do opisania. Między publicznością zrywają się szmery i cichną. Podziw miesza się z trwogą i nadzieją. Jakim sposobem Rettinger rozporządza tak ogromnymi sumami? Czy staje w swoim imieniu, czy jako pełnomocnik kogo innego? Pytania te pozostają bez odpowiedzi. Goldfinger blednie. Złowrogie przeczucie ścina mu serce. Przecież ten sam Rettinger zwalił już raz licytację. Zresztą wzbudza on w ogóle postrach między miejscowymi finansistami.

Tymczasem groźny współzawodnik składa wadium. Obliczanie i wpisanie sumy nie zabiera wiele czasu, są to bowiem cztery papierki po 10 000 reńskich każdy. Walka rozpoczyna się na nowo.

Czterysta dwadzieścia pięć tysięcy! – powtarza urzędnik.

I centa – dodaje z flegmą Rettinger.

Pot pokrywa czoło Goldfingera, ale walczy jak rycerz, który chce drogo sprzedać życie… chciałem powiedzieć: Zakopane. Sam przerażony, pragnie przerazić przeciwnika i postępuje po tysiąc reńskich. Rettinger natomiast zachowuje spokój głazu i na domiar wszystkiego igra okrutnie ze współzawodnikiem. Raz postępuje centa, potem rzuca od razu tysiącami guldenów, jakby pieniądze nie miały dla niego znaczenia – to znów ofiaruje centa więcej. Jest chłodny, pewien siebie i powolny. Walka staje się coraz straszliwszą.

Czterysta trzydzieści, czterdzieści, pięćdziesiąt!

Głos zamiera Goldfingerowi, gdy wreszcie wyrzuca z siebie słowa:

Czterysta pięćdziesiąt pięć tysięcy!

Czterysta szesćdziesiąt! – mówi nieubłagany Rettinger.

Po raz pierwszy!…

Cisza.

Po raz drugi.

Dłonie Goldfingera podnoszą się naraz ku niebu.

Jam założył papiernię w Zakopanem – mówi głosem „kupca weneckiego” z ostatniego aktu. – Jam zaczął eksploatować chłop… chciałem powiedzieć lasy!… i teraz… teraz… ustępuję!…

I po raz trzeci! – rozlega się suchy głos urzędnika.

Dramat skończony.

Jest tylko jeszcze mały epilog. Oto Rettinger wstaje i mówi:

Licytowałem własne imię, obecnie oświadczam, że działałem jako pełnomocnik hr. Władysława Zamoyskiego.

Sprawa nie mogła wziąć szczęśliwszego obrotu.

 Czytaj też: Jak król Jagiełło nie został władcą Cypru

I tak naprzeciw dumnego księcia Hohenlohe nie stanął skromny kupiec z Nowego Targu. Jego rywalem stał się potomek wielkiego polskiego rodu. Syn adiutanta Naczelnego Wodza polskiej armii czasów Powstania Listopadowego. Człowiek niezwykle pewny siebie i swych racji, który z dzieła ocalenia Morskiego Oka dla Polski uczynił pracę swojego życia.

Książe Hohelnohe w końcu trafił na godnego swej osoby rywala…

 

– Zamoyski kupił Zakopane za centa – wołali gazeciarze po licytacji 9 maja 1889 r. Jednak w rzeczywistości nabycie dóbr zakopiańskich było operacją kosztowną i wielce ryzykowną. Ale i nabywca był postacią szczególną. Nazywano Władysława Zamoyskiego „dziwnym hrabią”, „białym krukiem wśród arystokracji”, „Don Kichotem”, „żelaznym skąpcem”, „zbawcą Tatr”, „panem o hetmańskim obliczu”, ale i „wariatem z Kórnika”. Górale mówili o nim po prostu „polski władac”.

Urodził się w Paryżu 18 listopada 1853 r. Jego ojciec, gen. Władysław Zamoyski, uczestnik powstania listopadowego, był ważną figurą w polityce Hotelu Lambert. Marzył o wyższym wykształceniu wojskowym Władysława we Francji. Skończyło się na liceum, służbie zasadniczej w wojsku francuskim, gdzie Zamoyski junior zdobył stopień podporucznika, – i parokrotnym -nieudanym starcie do École Polytechnique. Nie miał też szczęścia w miłości; zresztą nie jest pewne, czy go z przekonaniem szukał. W latach 1879-81 odbył podróż do Australii i Oceanii. Jej owoc materialny – okazałą kolekcję eksponatów przyrodniczych i etnograficznych wraz z kompletnym szkieletem Aborygena – można do dziś oglądać w pałacu kórnickim, w Wielkopolsce.
Zamoyski żył samotnie. Dwumetrowego wzrostu wyglądał jak biblijny prorok i słynął z dziwactw. Zaprzysiągł podobno, że codziennie będzie spał na własnym biurku dopóki Polska nie odzyska niepodległości. Słowa ponoć dotrzymał. Mówiący archaiczną „emigracyjną” polszczyzną, słynny strasznymi napadami gniewu, szczery do bólu. Żył samotnie i miał niewielu przyjaciół. Od roku 1889 poświęcił się jednemu celowi – ocalić Morskie Oko dla Polski!

Hrabia Zamoyski wkracza do gry

Zamoyski wahał się do ostatniej chwili. By kupić Zakopane musiał zastawić cały swój majątek. Zadecydowało poparcie matki. Jadwiga Zamoyska pobłogosławiła syna, przyrzekając pomoc. Hrabia ruszył do Krakowa. Tam wydał dyspozycję adwokatowi Józefowi Retingerowi: „Jeżeli ani rząd, ani Towarzystwo Ochrony Tatr Polskich, ani żaden z patriotów Polaków Zakopanego nie kupi, masz Pan do licytacji przystąpić i za każdą cenę go nabyć”.
Retinger pojechał do Nowego Sącza, gdzie za kilka godzin miała rozpocząć się licytacja.

Kwotę 460 002 złr. i 3 centów Zamoyski zapłacił, zastawiając swój majątek kórnicki, a resztę pożyczył od matki. Miesiąc po licytacji Jadwiga Zamoyska zwierzała się w liście do swej siostry Elżbiety Czartoryskiej: „Dobrze, że się uratowało ten polski klejnot; myślę, że z czasem odpłaci się Zakopane za to, co się uczyniło dla ratowania go, ale obecnie jest on tylko wspaniałym kamieniem u szyi i trzeba będzie tęgo i żwawo pod wodą płynąć, ażeby z Zakopanem nie zatonąć. Nadzieja w Bogu, że pozwoli wybrnąć przyzwoicie”.

 

Niemal nazajutrz po licytacji i objęciu majątku przez Zamoyskiego pomagierzy Hohenlohego zorientowali się z kim mają do czynienia. Ponad Czarnym Stawem zobaczyli przybitą wielką tablicę: „Państwo Zakopane – rewir Bukowina”. Ten gest był w istocie wypowiedzeniem wojny. Rok później turyści polscy udający się na szczyt Rysów tablicy już nie znaleźli. To był jednak dopiero początek. Ponad Morskim Okiem rozgorzała mała, ale jak to u górali, zawzięta wojenka

I Tak, kiedy książęcy jegrzy ustawili nad Morskim Okiem słupy graniczne, hrabiowscy górale poprzewracali je. Kiedy węgierscy żandarmi próbowali zbudować budynek graniczny, Zakopiańczycy porąbali go siekierami. Wystawiony w tym samym miejscu prowizoryczny szałas został spalony. „Leśnym wolno było strzelać sarny i jelenie, górale kłusowali za kozicami, w czym im nie przeszkadzano. Chodziło bowiem o to, aby sąd powiatowy w Nowym Targu ukarał ich za kłusownictwo i przez to wykazał, że sporne terytorium należy do jego jurysdykcji. Podsądni otrzymywali niewielką stosunkowo karę oraz sute wynagrodzenie od zarządu dóbr” – wspominał jeden z przyjaciół Zamoyskiego.

Późną wiosną 1891 r. chłopi jaworzyńscy dokończyli jednak budowę. Odtąd stał tu posterunek żandarmerii, a obok na maszcie powiewała węgierska flaga. Pewnego dnia, a był to początek jesieni, żandarmi zostali zaproszeni na wesele do wsi Białka. Polscy górale, którzy od wieków łowili ryby w stawie nie mogli ścierpieć węgierskiej agresji. Gazda po królewsku ugościł bratanków, więc ich wizyta przeciągnęła się do nocy. „A noc była piękna, księżyc cudnie świecił nad Mnichem i widocznie zbyt dogrzewał, bo schronisko zapaliło się i zgorzało doszczętnie”.

W sierpniu 1894 z polecenia Hohenlohego na spornym terytorium znowu zbudowano koszary dla węgierskich żandarmów. W wigilię Bożego Narodzenia budynek spłonął. Sprawców nie wykryto. Osoba bliska Zamoyskiemu wspomniała o blaszance nafty, którą dnia jednego pomogła Zamoyskiemu na plecy załadować, gdy szedł do Morskiego Oka. »Do lamp w schronisku Staszica« powiedział hrabia widząc zdziwione spojrzenie. Później, podczas obrad sądu w Grazu hrabia – pytany, kto schronisko spalił – odrzekł: „Górale mówią, że słoneczko przygrzało”.
Rok później Hohenlohe ogrodził część swoich lasów w Dolinie Białej Wody płotem, który potem przeciągnął 800 metrów w głąb Żabiego na polską stronę. Wkrótce płotu już nie było. Interesy polskiego właściciela i stojący ponad nim polski interes narodowy pięknie splatał się tu z prywatnymi interesikami gazdów z Zakopanego czy Bukowiny, którzy nie mogli ścierpieć obcej ręki na halach od wieków uważanych za „swoje”.

 

Rozstrzygnięcia

Wojna partyzancka nie mogła jednak trwać w nieskończoność. Galicyjskie sądy przyznawały przecież rację Zamoyskiemu, węgierskie znowu Hohenlohemu. Dla wszystkich było jasne, że spór może rozstrzygnąć tylko jakaś instytucja będąca ponad organami państwowymi Austrii i Węgier. A więc sam cesarz! I stary Franciszek Józef spór ten rozstrzygnął. Zadecydował o powołaniu specjalnego trybunału. W jego skład wchodzić miał przedstawiciel Węgier, Galicji i trzeci tak zwany superarbiter. Po długich korowodach z ustaleniem składu sądu arbitrażowego trybunał zebrał się w końcu we sierpniu 1902 roku w austriackim Grazu (Grodźcu jak mówiono wówczas w Polsce pamiętając o słowiańskim rodowodzie tego miasta) . Pierwsza runda zdecydowanie należała do Polski. Polacy byli bowiem świetnie przygotowani. Oswald Balzer, ekspert strony polskiej (oficjalnie galicyjskiej) przedstawił argumenty historyczne, geograficzne czy etnograficzne. Łatwo udowodniono węgierskie fałszerstwa. Oto konkluzja wywodów profesora Balzera:

 

Wysoki Trybunał raczy uznać, że całe obecnie między Galicją a Węgrami sporne terytorium, ograniczone Potokiem od Rybiego, szczytem Rysów i grzbietem Żabiego, obejmującego parcele 2537, 2538, 2539, 2540 i 2541 katastru stałego galicyjskiego z roku 1846, stanowi część składową Królestwa Galicji i do niego prawnie należy.

 

 

Strona węgierska pewna sukcesu nie zadała sobie nawet trudu pozbierania dokumentów z archiwów. Przedstwiciel Madziarów ogranicza się do odpisów sentencji ostatnich wyroków sądów w Lewoczy czy Kieżmarku. Sędziowie nie są jednak skłonni wydać wyrok na podorędziu. Chcą ocenic sprawę na miejscu, w terenie. Po wizji lokalnej nad Morskim Okiem wyrok mógł być tylko jeden. Galicji przyznano niemal cały sporny obszar.

Oto tekst wyroku w dosłownym tłumaczeniu polskim:

 

Granica idzie od szczytu Rysów w kierunku północnym przez szczyt Żabiego, grań Żabiego i Siedem Granatów, aż do miejsca, gdzie grzbiet się kończy, spada i zaczyna się spłaszczać. Od tego miejsca idzie granica dalej do tego punktu Potoku Rybiego, gdzie od zachodu od góry Czuby mały potok wpływa do Potoku Rybiego, mniej więcej 700 m przed ujściem Potoku Rybiego do potoku Podupłazki. Od tego ostatniego punktu aż do ujścia tworzy koryto Potoku Rybiego granicę.

Obecni na sali sądowej Polacy wpadli w szał radości…

 

Prezydent Tchórznicki winszował hr. Zamoyskiemu, który w uczuciu niewypowiedzianego rozrzewnienia wprost ze łzami w oczach ściskać i całować począł prof. Balzera. – Walka nie była bynajmniej łatwa. Do południa jeszcze cały las chwiał się bardzo i szanse nasze były wcale nieświetne – woła z uśmiechem radca Korn. Tym, który rozciął węzeł gordyjski i wyrok pośrednio wydał był właściwie pułk. Becker [rzeczoznawca powołany przez trybunał, pułkownik armii szwajcarskiej – przyp. Red.] . Gdy mu Balzer po świetnym jego wywodzie rzeczoznawcy dziękował za trudy, Szwajcar chłodno odpowiedział: – Uczyniłem, co było obowiązkiem mego sumienia, i przedstawiłem moje uzasadnione poglądy. Gdyby słuszność była po stronie Węgrów, moje votum byłoby na ich korzyść wypadło. – Ale jakby pragnąc wrażenie swych słów dopiero co wypowiedzianych, rzuca prof. Balzerowi na pożegnanie: – „Gruessen Się mir die Polen! (…). Za chwilę w sali sądowej nie było już nikogo. Natomiast jęczeć poczęły druty telegraficzne, roznosząc na wszystkie strony wiadomość radosną.

 

„Kurier Warszawski” z dn. 16.IX.1902 r.

 

Zwycięstwo spowodowało radość w całym kraju. Wydawano pamiątkowe pocztówki, albumy, a moda na Zakopane jeszcze bardziej się wzmocniła.

Członkowie polskiej delegacji w dniu ogłoszenia wyroku
przez Cesarski Trybunał w Grazu

Choć formalnie teren sporny przypadł Galicji, to jednak wszyscy doskonale rozumieli, że w istocie chodzi tu o granice Polski, przyszłej Niepodległej. Profesor Balzer, który przezornie po ogłoszeniu wyroku udał się na urlop, jak wówczas mówiono na kurację do Dalmacji został zasypany dosłownie lawiną gratulacji. Pisali do niego przedstawiciele wszystkich warstw, wszystkich stanów i wszelkich prowincji polskich. Urzędnicy, prawnicy czy polscy posłowie do Sejmu Krajowego używali oględnych określeń zapewne w obawie przed represjami austriackiej zwierzchności. Tych obaw nie mieli już studenci polskiego Lwowa, którzy wystosowali zbiorowy adres do Balzera.

 

Wielmożny Panie Profesorze! Radości z powodu zupełnego zwycięstwa sprawy naszej taić nam się nie godzi: cieszymy się nie tak wielkością odzyskanych ziem – jak wielką wygraną idei sprawiedliwości, jak tryumfem nauki polskiej, przypominającym świetne obrony dawnej Rzeczpospolitej przed zaborczością chciwych sąsiadów – jak wielką świadomością i pełnym powagi stanowiskiem polskiego społeczeństwa w chwilach niecierpliwego oczekiwania, – jakkolwiek bynajmniej się nie łudzimy, że terytorium dotąd sporne odzyskała tylko podległa obcemu panowaniu dzielnica, a nie wolny naród polski. Gdy więc obecnie naród cały wyraża Ci Wielmożny Panie cześć i hołd, pozwalamy sobie i my imieniem polskiej młodzieży akademickiej złożyć Tobie, nie po raz pierwszy rzecznikowi i obrońcy naszych prawi godności narodowej, wyznanie głęboko przejmujących nas uczuć.

 

W końcowym przemówieniu prof. Oswald Balzer wniósł zastrzeżenie do wyroku przedkładając, iż jego przyjęcie nie może być zamknięciem drogi do rozpatrzenia w przyszłości kwestii przynależności państwowej Doliny Białej Wody i Doliny Jaworowej, odebranych Polsce w wyniku rozbioru. Sąd w Grazu uznał się wszakże za niekompetentny dla rozstrzygnięcia tej sprawy. Te piękne tereny niestety nigdy do Polski nie powróciły. Podobne książe Hohenlohe chciał sprzedać państwo jaworzyńskie po pierwszej wojnie światowej rządowi RP. Polski minister miał odpowiedzieć, że szkoda polskich pieniędzy na „kupę kamieni”. Ostatecznie majątek kupili Czesi. I tak dziś prastara granica na Polskim Grzebieniu pozostaje tylko marzeniem…

Marek Skalski

Artykuł jest fragmentem książki „Płonące granice”. Do nabycia w naszej księgarni internetowej.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here