REKLAMA INLINE

Irlandczycy, Niemcy, Chińczycy, Żydzi i oczywiście Anglicy! Wszystkie te nacje usiłują uzurpować sobie prawo do nazywania siebie budowniczymi Nowego Świata. I zapewne wszyscy po części mają rację. Amerykę zbudowali przecież dzielni pionierzy, ludzie aktywni, nie będący w stanie swojej przedsiębiorczości i zapału właściwie rozwinąć w starej ojczyźnie. Z całej Europy do Nowego Świata wyrywali się ludzie, by tu zacząć nowe życie, rozwinąć skrzydła, czego nie dano im zrobić w ich krajach. Czy to ze względu na ucisk religijny, czy na wyzysk podatkowy.

Jednak miejsce Polaków w tej mozaice jest szczególne. Nie będzie dużej przesady, jeśli stwierdzimy, że właśnie nasi rodacy stali się twórcami pierwocin amerykańskiego przemysłu. Jak to możliwe? Żeby się o tym przekonać, trzeba by poznać dzieje pierwszej kolonii białych osadników na kontynencie północnoamerykańskim – osady Jamestown w Wirginii.

Współczesny turysta zwiedzający specjalny park-muzeum na terenie dawnego osadnictwa w Jamestown jeszcze dziś podziwiać może pozostałości po pierwszych amerykańskich obiektach przemysłowych. Zobaczymy tu zarys fundamentów pierwszej amerykańskiej huty szkła, mydlarni, pierwszą studnię czy tartak. Myliłby się jednak ten, który przypisywałby wybudowanie tych pożytecznych urządzeń Anglosasom. Wybudowali je bowiem – ku pożytkowi ogółu kolonistów – przybysze znad Wisły.

Jamestown nazywane było kolonią śmierci. Ta osada stała się pierwszą kolonią angielską założoną na kontynencie amerykańskim, dzięki staraniom Londyńskiej Kompanii Wirginijskiej na północnym wybrzeżu zatoki Chesapeake w 1607 roku. Los chciał, że ten lichy fort, otoczony drewnianym ostrokołem, mimo wielu początkowych niepowodzeń przetrwał próbę czasu i dał początek nowemu narodowi.

Na początku XVII wieku Nowy Świat był niemal nieznany. Europejczycy marzyli o złocie, którego pełno było – jak wierzono – w nowo odkrytych krainach. W tych czasach największym mocarstwem nowego kontynentu była Hiszpania, która podbiła Meksyk i niemal całą Amerykę Południową. Katoliccy królowie hiszpańscy dzięki tym wyprawom byli bardzo bogaci, a także mieli pod swoją kontrolą niezmierzone terytoria. Wielu ludzi twierdziło, że w Ameryce Północnej będzie jeszcze więcej złota. Anglia, idąc za przykładem Hiszpanii, założyła handlową Kompanię Wirgińską, która miała jeden cel – zdobycie bogactwa. Wiele nadziei wiązano także ze znalezieniem północno-zachodniej drogi do Azji, która skróciłaby trasę do legendarnych bogactw Dalekiego Wschodu i zwiększyła konkurencyjność Anglików wobec Hiszpanów. Poza złotem poszukiwano też innych surowców strategicznych, sprowadzanych dotąd z Europy. Liczono także na zdobycie dużych rynków na towary angielskie, w szczególności na sukno, którego Anglia była największym producentem na świecie.

Pierwszy desant

W grudniu pamiętnego roku 1606 trzy statki: „Susan Constant”, „Godspeed” i „Discovery” pod dowództwem kapitanów Johna Smitha, Johna Martina, George’a Kenedella, Bartholomewa Gosnolda i Johna Ratcliffe’a wyruszyły z Londynu. Bezwietrzna pogoda zmieniła wyprawę w czteromiesięczną mordęgę. Na pokładzie było 108 Anglików oraz załoga. Niemal połowa z nich była angielskimi gentlemen, którzy nigdy nie pracowali fizycznie. Potomkowie angielskich rodów rycerskich patrzyli na resztę ludzi z wielką wyższością, a także często się sprzeczali i prowadzili zażarte rywalizacje polityczne. Jak wiadomo, marzyli o złocie i innych bogactwach czekających – jak wierzyli – za Atlantykiem. Nie wzięli jednak pod uwagę, że po wylądowaniu i opuszczeniu okrętów znajdą się w całkowicie obcym świecie, niczym na innej planecie. Oczywiście gentlemani nie zamierzali pracować fizycznie, a bez tego trudno było nawet marzyć, by osadnicy przeżyli choć pierwszą zimę w surowych warunkach. Jedyną osobą, która próbowała zmienić ten stan rzeczy i wpłynąć na zmianę ich nastawienia, był kapitan John Smith. Jednak stało się to przyczyną jego kłopotów i doprowadziło go niemalże do zguby. Oskarżono go bowiem o bunt i zakuto w kajdany. W swoim „Dzienniku” pisał, iż wyższy stan nie jest przygotowany tak jak on na trudy tej wyprawy. Wielu obawiało się także innego wroga – floty hiszpańskiej. Anglicy byli bardzo pewni swojej wyprawy i wyższości swojej kultury. Wierzyli, że to Indianie będą ich żywić w zamian za świecidełka, a jeśli by się zbuntowali, potraktują ich bronią. A tak naprawdę zabiło ich to, co nieznane. W ciągu czterech miesięcy początków osady połowa osadników umarła, a raj zamienił się w piekło.

 

„Wczesna historia Jamestown była żałosna. Pierwszy rzut osadników był źle dobrany; zdawali się dzielić na tych, którzy mogli pracować, i tych, którzy pracować nie chcieli”.

Samuel Morrison, historyk amerykański

 

Wcześniej istniały w Wirginii dwie osady, ale ani jedna nie przetrwała. Wielu historyków sądziło, że część osady Jamestown zmyła rzeka James, niszcząc jej tajemnice. Lecz na bagnach na wybrzeżu Wirginii wyłoniły się szkielety, które informują nas o mordach, głodzie i chorobach ludzi z osady. Słynny archeolog, dr Bill Kenso, twierdzi, że historia Jamestown to „bezcenne okno w czasie, miejsce owiane legendą. Historia bogatsza, niż przypuszczali archeologowie”. Sama osada jest najbogatszym stanowiskiem archeologicznym w Stanach Zjednoczonych.

czytaj też: Jak Węgrzy chcieli nam wydrzeć Morskie Oko?

Wiosną 1607 roku, statki dotarły do zatoki Chesapeake, wpłynęły w nią i żeglowały w górę rzeki James przez 17 dni, dopóki nie znaleziono właściwego miejsca pod założenie osady. Ku czci ówczesnego króla Anglii Jakuba I nazwano ją Jamestown. Nad samą rzeką James zamieszkiwało około 13 tysięcy rdzennych Amerykanów, którzy byli zjednoczeni pod dowództwem wielkiego Pawhatana, mimo to przyjezdni byli pewni, że znaleźli raj. Przed nimi znajdowały się łąki i wysokie drzewa. Spodziewali się, że Indian ucieszy ich przybycie – i dlatego też pozostawili broń w skrzyniach, by sprawiać wrażenie przyjaznych. Byli jednak w błędzie. Wódz wcześniej usłyszał przepowiednie, iż nadchodzą ludzie, którzy chcą wybić tubylców. Dlatego razem ze swoim wojskiem zaczął napadać na kolonistów. Jednym ze sposobów walki tubylców, była wojna partyzancka – wtapiali się w przyrodę i malowali ciała, aby przestraszyć wroga. Ich przewagą była szybkość używania łuku. Z czasem Anglicy w celach obronnych wybudowali mury obronne z drewnianych słupów. Powstały one w ciągu 19 dni, miały kształt trójkąta, a ściany były wysokości dwóch ludzi. Fort miał na celu zastraszyć Indian. Przybysze jednak mieli też najbardziej skuteczną broń, jaką była armata. Indianie bali się jej odgłosu i rozproszonego dymu.

 

Artykuł pochodzi z książki autora pt. "Na kraj świata", do nabycia
w księgarni internetowej wydawnictwa Biblioteka Wolności

W końcu nastało lato, a razem z nim przyszły upały, przez które trudno było znieść Anglikom wilgoć. Mieli zbyt ciężkie zbroje i już podczas budowy słupów obronnych zaczęli umierać. Z ponad setki zostało ich pięćdziesięciu. Skończyły się im także zapasy żywności. Roiło się w niej od robaków i często jedli zepsute jedzenie. Szybko wystąpiły przerażające objawy zatrucia: opuchlizna i wysoka gorączka. Chorowali prawdopodobnie na czerwonkę i tyfus brzuszny. To, co miało im przynieść ukojenie, dawało zupełnie coś przeciwnego – chodzi tutaj o samą rzekę James. W okresie przybycia Anglików panowała tam susza i rzeka stawała się coraz bardziej słona wskutek napływu wód z oceanu. Więc kolejną przyczyną ich śmierci było zatrucie słoną wodą – w organizmie została zachwiana równowaga i było za dużo soli w krwioobiegu, przez co mózg nie mógł prawidłowo pracować. Następowało odwodnienie, a wkrótce halucynacje, prowadzące nawet do obłędu Po kilku miesiącach kolonia w Jamestown stanęła na krawędzi zatracenia.

Życie pierwszych osadników było niezwykle trudne

Jesienią 1607 roku pierwsza kolonia amerykańska stanowiła osadę-widmo. Pozostało zaledwie pięćdziesięciu kolonistów, a ci, którzy przeżyli, zaczęli głodować; nie wychodzili w ogóle z fortu w obawie przed Indianami. Wśród nich znajdował się wspomniany wcześniej John Smith. Miał on talent do prowadzenia ludzi, potrafił utrzymać morale nawet w trudnych warunkach. Ostrożną dyplomacją, która ocaliła mu życie, odnalazł sposób na tubylców. Był nim handel. Smith zaczął badać ich zwyczaje i język, aby zwiększyć swoje możliwości negocjacyjne. Było oczywiste, że Indianie mogliby w każdej chwili zetrzeć ich z ziemi. Mimo to gra Johna opłaciła się. Tubylcom bardzo spodobały się kosztowności, różne ozdoby, jakie Anglicy przywieźli na wymianę. Szczególnie wódz Pawhatan był zadowolony z tej wymiany i nie mógł oprzeć się gadżetom. W swoim dzienniku Smith wspominał, iż poznał wtedy córkę wodza, Pocahontas, która ocaliła mu życie. Wstawiała się za nim u ojca, była ciekawa Anglików. Jednak historycy uważają, że Smith wyolbrzymił jej pomoc. Później została żoną Johna Rolfa, kolonisty, co sprawiło, że nastał pokój pomiędzy Indianami a Anglikami. Powracając do Johna Smitha: udało mu się kupić tyle żywności, by utrzymać kolonię przy życiu.

Kapitan kierował kolonią przez ponad dwa lata. Zauważył, że poszukiwanie złota nie ma sensu, skoro byli tam już tyle czasu i żadnych kruszców nie znaleźli. Kolejnym problemem był stan gentlemanów, którzy nie chcieli pracować. John namówił Kompanię Wirgińską, aby przysłała do Jamestown rzemieślników: cieśli, rybaków, kowali – ludzi bardziej przydatnych, aby poszerzyć osadę.

Polacy ratują osadę

We wrześniu 1608 roku ze statku „Good Speed” na ląd zeszło m.in. sześciu barczystych mężczyzn. Byli to Polacy, poddani króla Zygmunta III: Michał Łowicki, Zbigniew Stefański, Jur Mata, Jan Bogdan, Karol Źrenica i Stanisław Sadowski. Okazało się bowiem, że wśród poddanych króla Jakuba próżno szukać fachowych majstrów gotowych porzucić wygodne życie w Albionie. Takich udało się odszukać dopiero w dalekim Królestwie Polskim. Pomogły w tym kontakty handlowe Smitha, który przynajmniej dwukrotnie bywał uprzednio w porcie gdańskim. Polacy raźno zabrali się do pracy. Dzielni pionierzy razem z kapitanem Smithem w ciągu trzech tygodni wybudowali pierwszą fabrykę w Nowym Świecie – była to wspomniana huta szkła. Później udało im się uruchomić warsztat do wyrobu mydła oraz tartak. Według Johna Smitha, pierwsza angielska kolonia ocalała prawie w całości dzięki nim. Produkowany przez Polaków ług, potas, smoła i dziegieć eksportowano systematycznie na Wyspy Brytyjskie, choć produkcja ta była ilościowo mała, prawie symboliczna. Są źródła, które dorzucają nazwiska Henryka Bursztyna, Jana Skory, Tomasza Dęba, Edwarda Wygonia, Jana Kulawego, Tomasza Miętusa, Mateusza Kuty, Jana Leca i Jana Dajmonta, w dodatku z żonami i dziećmi. Pełnej listy Polaków z zapisów kompanii brytyjskiej w Jamestown, przekręcającej nazwiska obcokrajowców wręcz nie do poznania, nie udało się do końca odtworzyć. Faktem pozostaje, że w październiku 1608 roku, po długiej podróży morskiej bryg „Mary and Margaret” przywiózł nowych osadników do portu w Jamestown w Wirginii. Oprócz wspomnianej wytwórni szkła, w której najwięcej do powiedzenia musiał mieć Zbigniew Stefański, szklarz z Włocławka, krakowianin Jan Mata uruchomił produkcję mydła, na której najlepiej się znał. Stanisław Sadowski z Radomia posiadał wiedzę i doświadczenie w obsłudze tartaku, a Jan Bogdan z Gdańska znał się na budowie łodzi i żaglowców. W przeciwieństwie do brytyjskich kolonistów, którzy jako poddani korony brytyjskiej mieli dla niej po prostu pracować (czego nie robili zbyt pilnie – jak świadczą stare raporty), grupa polska i holenderska traktowana była daleko lepiej – jako wynajęci do konkretnych zadań „kontraktorzy”. Mieli oni obiecane pieniądze („36 szylingów miesięcznie”), które obok wyobraźni rozbudzonej wyprawą na daleki ląd, stanowiły zrozumiałą ich motywację. Czy je istotnie dostali i jak w rzeczywistości wyglądała ich przygoda, nie wiemy z braku jakiejkolwiek bardziej całościowej polskiej relacji.

Dobrzy fachowcy

Z zachowanych zapisków i pamiętników kapitana Johna Smitha wynika jednak kilka istotnych rzeczy. Nie narzeka on nigdzie na pracę Polaków ani nie żałuje swojej decyzji. Jeśli w sumie kolonia w Jamestown okazała się niewypałem, był to, jego zdaniem, nadmiar nierealnych oczekiwań w Londynie, a nie wina samych kolonistów. Pierwszy „zimny”, a potem „gorący prysznic” spadł już w pierwszych sezonach egzystencji kolonii. Szybko okazało się po prostu, że nie ma co jeść, a potem, że trudno będzie przetrwać małej osadzie, narażonej na nieuchronne ataki miejscowych Indian. Zapasy przywiezione na statkach okazały się wysoce niewystarczające, a nie zdołano w porę zadbać o uruchomienie takiego gospodarstwa, które mogłoby produkować wystarczająco dużo żywności dla rosnącej wciąż liczby kolonistów. Zimy przynosiły po prostu dotkliwy głód, w desperacji gotowano i spożywano skóry z pasów, butów czy ubrań. W dodatku swary i konflikty pomiędzy oficerami kierującymi Jamestown doprowadziły do serii bratobójczych starć, a raniony w nich kapitan Smith został odprawiony statkiem do Anglii w obawie utraty życia. Kapitan Smith słał charakterystyczne raporty do centrali Kompanii Wirginijskiej w Londynie: „Wynajęcie Polaków i Holendrów do wyrobu smoły, dziegciu, szkła czy ługu byłoby naprawdę celowe, gdy kraj tutaj się bardziej zaludnił i został zaopatrzony we wszystkie konieczne do życia rzeczy. Ale kierowanie tu siedemdziesięciu ludzi bez żywności nie było należycie doradzone i rozważone”. Pisał później, coraz wyraźniej zirytowany: „Jeśli zamierzacie dalej wysyłać tu ludzi, to tylko rolników, ogrodników i rybaków, kowali i murarzy, ludzi umiejących karczować drzewa (…)”.

Tymczasem kolonia powiększała swoją liczebność, a wraz z nowymi osadnikami wzrosła też liczba zaprzysięgłych wrogów Johna Smitha. Większość zazdrościła mu ogromnych osiągnięć. Miał nawet miejsce wypadek, który nadal owiany jest tajemnicą. Otóż gdy Smith drzemał, w jakiś sposób iskra dostała się do jego prochu i prawie nie urwała mu nogi. Wtedy to John postanowił wyjechać z osady, a ta ostatnia po dwóch miesiącach od jego wyjazdu ponownie wpadła w tarapaty. W 1610 roku, po śmierci Powhatana, jego przyrodni brat Opchanacanough rozpoczął ponownie wojnę z Anglikami. A żeby tego było mało, wraz z nowym ładunkiem z żywnością przywieziono plagę, która wtedy w Europie dziesiątkowała ludzi – dżumę. Jamestown stanęło na krawędzi wymarcia. Dodatkowo walki z tubylcami spowodowały niemal uwięzienie kolonistów w forcie. Z czasem zaczęto jeść wszystko – konie, koty, psy, jadowite węże. Według niektórych sprawozdań, koloniści uciekli się nawet do kanibalizmu (odkopywali trupy). Jeśli chodzi o sposób pochówku, chowano nawet dwie osoby w jednym grobie – w pośpiechu, ręce były skrzyżowane, nogi złączone. Odnaleziono nawet 72 szkielety na nieoznaczonym cmentarzu, niektóre były z okryciem, a według tradycji w Anglii nie chowano tak osób, a więc wiadomo było, że zmarły w skutek zarazy, a nie głodu. W maju 1610 roku do Jamestown przybyło 60 nowych rekrutów oraz żywność – i po trzech latach osada w końcu się rozrosła. Co prawda samemu Johnowi Smithowi nie udało się znaleźć drogi do Chin – ale za to znaleziono substytut bogactw legendarnego Wschodu. To drewno stało się prawdziwym bogactwem Nowego Świata. A złotem, którego nie mogli wcześniej odnaleźć, stał się tytoń, który podbił Europę i zachęcił do migracji na terytoria Ameryki Północnej.
Tak zakończył się pierwszy rozdział historii Polonii amerykańskiej. Kolejne miały być pisane już wkrótce.

Marek Skalski

 

 

1 KOMENTARZ

  1. Nareszcie coś o gospodarce, za to od razu pomniejszone w znaczeniu:
    ” Produkowany przez Polaków ług, potas, smoła i dziegieć eksportowano systematycznie na Wyspy Brytyjskie, choć produkcja ta była ilościowo mała, prawie symboliczna. ”
    Po pierwsze nie potas tylko potaż. Po drugie już od wczesnego średniowiecza Polska i Pomorze eksportowały smołę, węgiel drzewny i potaż NA MASOWĄ SKALĘ, a nie „symbolicznie”. Powód był prosty – Odra, Wisła i Bug umożliwiały ich spław. Ogromne piece do smoły i węgla drzewnego służyły jako punkty orientacyjne. Była to jedna z przyczyn potęgi gospodarczej Polski już od pierwszych Piastów (szkoda, że nawet Braun powtarza brednie o „masowym” handlu niewolnikami) oraz braku germanizacji księstw pomorskich.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here