Do domu pani Marii Kapusty w Sławucie trafić jest stosunkowo łatwo. Wystarczy przed kościołem skręcić w boczna uliczkę prowadzącą w środek dzielnicy prywatnych domków, by po kilkuset metrach trafić do jej gościnnych podwoi. Cieszy się z każdych odwiedzin, bo po śmierci męża w 2007r. , z którym przeżyła wspólnie prawie sześćdziesiąt lat mieszka sama, choć często odwiedza ją mieszkająca obok siostra. W tej niemal „burżujskiej dzielnicy” mieszka od 1958r. , kiedy to wraz z nieżyjącym już mężem zbudowali w niej dom. Wcześniej od ślubu w 1952r. tułali się z mężem po wynajmowanych kątach. Jej mąż Karol, którego wspomina jako dobrego i porządnego człowieka uznał, że rodzina powinna być na swoim. Urodziła mu dwie córki. Mieszkają w Kijowie i Czerniowcach.

Decyzja o zaangażowaniu się w działania na rzecz odrodzenia rzymskokatolickiej parafii św. Doroty była dla pani Marii zupełnie naturalna. I to bynajmniej nie tylko dlatego, że była już na emeryturze i władze nic nie mogły jej zrobić. Choć wyszła za Ukraińca, zawsze czuła się Polką i tworzyła z nim polska rodzinę. Był on bowiem bardzo dobrym , porządnym człowiekiem. Ślub brali rzecz jasna w kościele w Połonnem i czuli się katolikami. Władza radziecka zrobiła też wszystko, żeby umocnić w niej polskość, która i tak w jej rodzinie była ostatecznie silna. Urodziła się w 1930r. w rodzinie Rapacewiczów od pokoleń mieszkającej w Krągliku , wsi na polanie wśród lasów, zasiedlonej przymusowo przez rząd carski rodzinami polskimi pochodzenia szlacheckiego, nadając im tu po trzy dziesięciny ziemi. Oprócz Rapacewiczów w Krągliku mieszkali: Nietykszowie, Ejsmontowie, Jezierscy, Huczyńscy, Sieniawscy i Wojciechowscy.

                        ks. Stanisław Szyrokoradiuk pierwszy oficjalny proboszcz w Sławucie

Już tylko same nazwiska tych rodzin wskazywały, że ich przyznawanie się do polskości było historycznie uzasadnione. Krąglik nie był też jakąś pojedynczą wioską , w której mieszkali Polacy. W jego pobliżu były polskie wsie takie jak: Grudniawka, Majdan, Wiły i Broniki. 18 km na północny wschód leżało miasteczko Berezdów oplecione wianuszkiem polskich wsi. Gdy pani Maria urodziła się w 1930r., Krąglik nie nazywał się już Krąglik, ale Kruhlik. Była ósmym z kolei dzieckiem swych rodziców. Gdy przyszła na świat, jej najstarszy brat miał jedenaście lat. Urodził się w 1919r. Pod względem dzietności rodzina Rapacewiczów nie była bynajmniej wyjątkiem. Od pokoleń tutejsze rodziny miały po dziesięcioro i więcej dzieci. Przyjście do władzy bolszewików niewiele początkowo w życiu mieszkańców Krąglika zmieniło. Dopiero na przełomie lat dwudziestych i trzydziestych zaczął się koszmar.

Nie chcieli iść do kołchozu

-Moi rodzice do kołchozu nie chcieli wstąpić za żadną cenę- wspomina pani Maria.– Początkowo usiłowano zmusić rodziców , by ci dobrowolnie wstąpili do kołchozu. Ojciec jednak oświadczył, że nie da się złamać. Władza użyła więc kija. W 1935r. w asyście milicji banda komsomolców zabrała nam cały majątek, konia, krowę, dwie świnie, kilka kur i wszystkie narzędzia rolnicze, przekazując je do kołchozu. Otrzymaliśmy również dokument informujący, że nasza ziemia przechodzi na własność kołchozu. Ojciec w dalszym ciągu oświadczył, że do kołchozu pracować nie pójdzie. Imał się różnych zajęć, by utrzymać naszą gromadkę. Jeździł do Szepetówki. W 1936r. cała nasza rodzina została wywieziona do Kazachstanu. Zrobiono to w bardzo brutalny sposób, nawet jak na sowieckie zwyczaje. Nie pozwolono nam niczego zabrać. Pojechaliśmy na stację w tym co mieliśmy na sobie. Ojciec zdążył tylko od budy odpiąć psa, takiego czarnego Burka i z nim razem pojechaliśmy na zesłanie…Jechaliśmy w towarowym wagonie, w którym były tylko drewniane półki, na których spaliśmy. Jako sześcioletnie dziecko niewiele z tego rozumiałem, pamiętam tylko , że wszystko mnie interesowało i ze swojej pryczy rozglądałam się i obserwowałam świat przez szpary w ścianach wagonu.

Przywieźli nas do stacji Taincza w północnym Kazachstanie. Stamtąd wywieziono ciężarówkami w goły step. Wszystko w przyszłej miejscowości trzeba było zbudować od podstaw. Zakwaterowano nas tymczasowo w wojskowych namiotach i kazano kopać sobie ziemianki. Warunki życia w namiotach było koszmarne. W każdym z namiotów mieszkało bowiem po kilka rodzin. Wszyscy tam chorowaliśmy. Gdyby nie to, że cudem dostaliśmy się do jakiegoś szpitala, to pewnie wszyscy byśmy umarli. Przed zima udało nam się jakoś zagospodarować. „Toczka” czyli punkt, w którym nas wysadzono przekształciła się w posiołek Leonidówka. Przypisany został do poczty Mnogocwietna i rejonu Kellerowka. Większym ośrodkiem z bazarem, na którym można było coś sprzedać, była Taincza. Z czasem jakoś życie się ułożyło.

Przyzwyczailiśmy się do warunków. Ojcu przy pomocy starszych braci udało się jakoś zarobić na rodzinę. W 1938r. urodził mi się kolejny brat. Mimo, że żyliśmy w reżimie ostrej komendantury , to jednak dzięki zaradności ojca i braci jakoś powoli stawaliśmy na nogi. Za produkty sprzedane na bazarze w Tainczy, kupiliśmy krowę, która stała się dla naszej rodziny prawdziwą matką karmicielką. Z tamtych czasów zapamiętałam też, jak zimą z 1939 na 1940r. przywieźli do naszej miejscowości żony polskich oficerów w dziećmi. Strasznie to przeżywały, bo były całkowicie nieprzystosowane do życia na zesłaniu. My pochodziliśmy ze wsi, byliśmy zaprawieni do trudów życia, one zaś często nie pracowały wcześniej fizycznie, a w domach miały gosposie. Dla nich np. już palenie w piecu krowim łajnem było strasznym przeżyciem, a jego zbieranie na stepie do worka, który następnie musiały brać na plecy prawdziwym koszmarem.

Obok nas przez ścianę mieszkała jedna z nich pani Łukomska z pięciorgiem dzieci. Strasznie biedowali, często jedli raz dziennie. Jak mieliśmy co jeść, dzieliliśmy się z nimi. Dzięki temu wszyscy przeżyli. Bardzo ciężko było zwłaszcza podczas wojny radziecko- niemieckiej w latach 1941- 45. Moje starsze rodzeństwo zostało zmobilizowane do tzw. „Trudowoj Armii”, zajmującej się w Kazachstanie m.in. pracą w kopalniach węgla. „Wragow naroda” nie powoływano bowiem do służby w Armii Czerwonej. Oczywiście tylko początkowo. Gdy straty na wojnie rosły i nie było czym ich uzupełniać , mojego najstarszego brata z „Trudowoj Armii” powołali na front. Pamiętam też, że każdy „trudosposobny” musiał płacić tzw. „wojennyj nałog” czyli specjalny podatek na prowadzenie wojny. Wynosił on czterysta rubli. Było to poważne obciążenie. Każda rodzina musiała przecież ponosić normalne obciążenia. My mieliśmy krowę, więc z tytułu jej posiadania musieliśmy oddawać miesięcznie 150 litrów mleka.

By zdobyć pieniądze

By zdobyć pieniądze na zapłacenie podatku, rodzina Rapacewiczów musiała sprzedawać produkty z ogródka, a także ser, śmietanę i jajka. Mogła to uczynić tylko na bazarze w Tainczy odległej o 25 km. Jeden dzień trzeba było do tej osady przy stacji kolejowej iść, następnie w niej przenocować, by rankiem wyruszyć na targowisko, sprzedać produkty i ruszać w drogę powrotną, by wieczorem wrócić do domu. Pani Maria choć była wtedy kilkuletnia dziewczyną, pomagała matce w tych bazarowych wyprawach. Stały się one dla nich łatwiejsze od 1943r. , gdy do wsi w której żyła rodzina Rapacewiczów zesłano pierwszych Czeczenów.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here