Józef Kuraś. Dla jednych bandyta, dla innych bohater i wielki patriota. Kim był „Ogień”

Oddziałem partyzanckim, który najbardziej zapisał się w pamięci mieszkańców Spisza i Orawy, był bez wątpienia oddział Józefa Kurasia „Ognia”. Dla jednych jest bandytą, dla innych bohaterem, wielkim patriotą i ostatnim partyzantem Podhala. Szczególnie krytycznie podchodzą do niego Słowacy. Wydaje się, że jego działalności – zwłaszcza na Spiszu i Orawie, po obu stronach granicy – nie można rozpatrywać w oderwaniu od sytuacji, jaka panowała na polsko-słowackim pograniczu.

Słowacja była agresorem, który wraz z Niemcami zaatakował Polskę i zaanektował część jej obszaru, dokonując jego słowakizacji. 1 września 1939 roku o poranku oddziały słowackie przekroczyły naszą granicę bez wypowiedzenia wojny. Zajęły m.in. Zakopane i Nowy Targ. Rozpoczęła się okupacja polskiego Spisza i Orawy. Po zakończeniu wojny obronnej agresor z Berlina zorganizował paradę zwycięstwa w warszawskich Alejach Ujazdowskich. W tym samym czasie Słowacy paradowali w Zakopanem. W tryumfie brał udział m.in. minister obrony Słowacji generał Čatloš. Warto więc pamiętać, że Polska w 1939 roku została zaatakowana nie przez dwóch, ale przez trzech agresorów. 21 listopada 1939 roku polski Spisz i Orawę Hitler oficjalnie przekazał Słowacji. Terytorium 770 km2 (11 wsi orawskich i 15 spiskich) zamieszkiwało wtedy ok. 35 tys. ludzi. Wdzięczność za hojność niemieckiemu rządowi okazał m.in. ks. Józef Tiso. „Katolicki” prezydent Słowacji wysłał do Führera list z deklaracją „wierności III Rzeszy”.

Słowakizacja była prowadzona przez cały okres okupacji. Całe szczęście nie tak brutalnymi metodami, jakie przy wynaradawianiu zajętych obszarów stosowali Niemcy, ale równie skutecznymi! Prym wiedli oczywiście przedstawiciele administracji państwowej i kościelnej. Na miejsce polskich proboszczów i księży sprowadzano duchownych z różnych stron Słowacji. Polskich nauczycieli zmuszono do zejścia do edukacyjnego podziemia. Co ciekawe, wszystkie szkoły poddano nadzorowi słowackiej oświaty, a szkołom nadano… charakter placówek kościelnych. Utylizowano literaturę piękną, ale i zwykłe modlitewniki. Posuwano się przy tym do podstępów. Np. ogłoszono zbiórkę darów – w tym zwłaszcza książek – dla polskich jeńców wojennych. Wszystkie przyniesione w dobrej wierze woluminy spalono.

Dla „Ognia” Spisz i Orawa zawsze były terytoriami polskimi czasowo tylko okupowanymi przez Słowację. Działając na nich, starał się przypominać Słowakom, że Polska o te ziemie się upomni…

We wrześniu 1944 roku – jak podaje jego biograf Bolesław Dereń – przez dwa tygodnie brał udział w likwidacji kolaborantów proniemieckich na Spiszu. Do akcji przystąpił, gdy na Słowacji wybuchło antyniemieckie powstanie narodowe. W październiku 1944 roku „Ogień” wspólnie z partyzantami sowieckimi wziął udział w ataku na posterunki słowackiej straży granicznej w Nowej Białej i Trybszu.

W styczniu 1945 roku oddziały Armii Czerwonej wyparły ze Spisza i Orawy wojska niemieckie. 15 lutego wojewoda krakowski wydał zarządzenie o wprowadzeniu polskiej administracji na Spiszu i Orawie. Władzom terenowym nie udało się go jednak wcielić w życie. Zadecydował o tym sowiecki komendant wojenny, który uznał, że „spory graniczne trzeba odłożyć na czas powojenny”. Jednocześnie zezwolił on słowackiej milicji, by obsadziła granicę ustaloną na mocy porozumienia Niemiec i Słowacji w 1939 roku (!). Mówiąc kolokwialnie: komendantowi urzędującemu w Nowym Targu bardziej niż polski bimber smakowała słowacka śliwowica. Chciał też zbierać z tutejszej ludności kontyngenty na potrzeby Armii Czerwonej. Nie zniszczone okupacją i wojną wsie nadawały się bardziej do łupienia niż polskie miejscowości na Podhalu, z których Niemcy zabrali już wszystko, co tylko się do tego nadawało.

CZYTAJ DALEJ

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here