Ze ściśle tajnego pisma naczelnika ds. NKWD ZSRS P. Iwanowa do tow. A. Ja. Wyszyńskiego wynika, że w trakcie wywózek z Kresów od 1940 do 1941 roku władze sowieckie zamierzały przywieźć do obwodu archangielskiego 17 tys. deportowanych. Tymczasem nie wiadomo, dlaczego przywieziono 42 tys., czyli znacznie więcej! W efekcie nawet ten sowiecki funkcjonariusz przyznał w przywoływanym piśmie, że warunki, do których przybywają przesiedleńcy, są skrajnie nieodpowiednie. W kwaterach na jedną osobę przypadało od 1,5 do 2 m2. Mieszkali oni zaś w 81 wsiach w 24 rejonach. W składzie 400 rodzin mało kto nadawał się do ciężkiej pracy. Prawie w każdej rodzinie byli inwalidzi i dzieci.

Rodzina Barbary Powroźnik z Bilewiczów została zesłana do Uksory, pasiołku nad rzeką Uksorą, w rejonie szenkurskim, 300 km od Archangielska. Zamieszkali w kącie izby o powierzchni 14 m2, w której zakwaterowano trzy wielodzietne rodziny. Pani Barbara szybko dowiedziała się, że życie każdego zesłańca zależy od pozyskania w tajdze normy drewna. Wynosiła ona 3,6 m2.

– Kto wykonał normę wyrębu drzewa w lesie, ten otrzymał 600 gramów chleba dziennie i zapłatę, wynoszącą 3 ruble 50 kopiejek – wspomina Pani Powroźnik. – Drwale przekraczający normy dostawali 800 gramów chleba dziennie. 400 gramów chleba przysługiwało dzieciom i starszym niepracującym. Na 200 gramów chleba mogły liczyć osoby uchylające się od pracy. Za zarobione pieniądze można było dokupić chleba, ale to był drogi rarytas. Kilogram kosztował jednego rubla. W stołówce można było kupić też zupę. Lepsza, składająca się z kaszy i 10 gramów mięsa, kosztowała 2 ruble i 50 kopiejek. Tańsza zupa składała się z 20 gramów solonego dorsza i kosztowała 1 rubla i 80 kopiejek. W praktyce można było kupić tylko tę gorszą zupę, bo lepszej starczało tylko dla naczalstwa.

Rano jedliśmy zazwyczaj suchy chleb popijany wrzątkiem. Początkowo z cukrem, ale po pewnym czasie po cukrze zostało tylko wspomnienie. Dorzucaliśmy więc do wrzątku sól, a czasem landrynki. Na obiad jedliśmy sup z piati krup – jak mówili Rosjanie. Rzadko zdarzały się też gęstsze rarytasy, jak zupa z buraków pastewnych, kapuśniak, grochowa czy owsianka. Zupy mięsne, gotowane na jakiejś padlinie, było czuć na kilometr. Śmierdziały, a na ich powierzchni pływały robaki. Te wyrzucaliśmy, a resztę zjadaliśmy. Na kolację ponownie piliśmy wrzątek z solą i ewentualnie zjadaliśmy resztę pozostałego chleba.

Z miesięcznej pensji lesorobom potrącano zapłatę za odzież roboczą. Za walonki mama zapłaciła całą swoją miesięczną płacę. W efekcie przez miesiąc głodowaliśmy. Warunki pracy były bardzo ciężkie. O szóstej rano dzwonek obwieszczał wszystkim Polakom, że mają się stawić na placu przed kantorem. Najpierw sprawdzano listę obecności. Następnie rozdzielano dorosłych do pracy.

Każda brygada składała się z trzech osób i brygadiera odpowiedzialnego za wykonanie normy. Wyrąb prowadziło kilka brygad naraz. Cztery osoby rąbały las siekierami, podcinały pilami, trzy następne rąbały powalone drzewa, obcinały ich gałęzie i paliły je na miejscu. Lesorobi musieli często dochodzić do miejsca pracy. Do uczastka Głuchar maszerowali 11 km. Do uczastka Tarnowo – 18 km. Skierowanych na tamten odcinek po jakimś czasie zakwaterowano w specjalnie zbudowanych barakach. Dzieci podlegały tym samym rygorom co dorośli. Gdy dorośli szli do pracy, dzieci wędrowały do szkoły. Komendant ośrodka chodził po barakach i sprawdzał, czy wszystkie dzieci poszły do szkoły.

Wypadki i gruźlica

Plagą zesłańców pracujących w lesie były wypadki. Mama Barbary na zesłaniu, która pracowała wówczas przy spławianiu drewna, miała wypadek, w efekcie którego omal nie straciła nogi. Śmiertelne wypadki wśród lesorobów były niestety na porządku dziennym. Z grupy zesłańców z Nowogródczyzny wypadkowi w lesie uległ tata Edzia Czykirskiego. Ścinane drzewo przygniotło go tak, że miał połamane żebra i pęknięte płuco. Zmarł w męczarniach w baraku, dusząc się własną krwią. W lesie zamarzł pan Wienski. Któregoś dnia nie wrócił z lasu. Jak brygada wracała z lasu, przypomniał sobie, że przy ognisku zostawił swój kociołek. Wrócił po niego, mówiąc, że do brygady zaraz dołączy. Niestety nigdy tego nie uczynił. Brygada była już w baraku, a pan Wienski przepadł jak kamień w wodę. Władze zarządziły poszukiwania, ale nikogo nie znalazły. Dopiero wiosną, gdy stopniały śniegi, 200 metrów od ogniska znaleziono szczątki człowieka w polskim kożuszku i butach z cholewami, oparte o drzewo. Piszczele rąk podtrzymywały kociołek. Naczelnik ośrodka ukręcił łeb sprawie. Zimy dla Polaków były w ogóle najcięższe. Słabi tracili siły. Zaczynało się zapalenia płuc, po których wycieńczone organizmy atakowała gruźlica, od której nie było ratunku.

Oprócz dzieci polskich, do szkoły uczęszczały także dzieci rosyjskie, należące do rodzin naczalstwa. Należały one do organizacji pionierskiej, wyśmiewały się z popów, księży i religii.
– W jeszcze gorszej sytuacji była moja czternastoletnia siostra Wandzia i liczący 15 lat brat Czesio – wspomina Barbara Powroźnik. – Oni do szkoły już nie chodzili. Od razu przeznaczono ich do ciężkiej pracy. Wandzia początkowo była nosiwodą. Wlokła się czasem dwa, trzy razy dziennie po 5 km w jedną stronę. Na ramionach miała koromysło, do którego były przyczepione dwa drewniane wiadra z wodą, przeznaczone na kipiatok dla lesorobów. Zimą miała trochę lżej, bo mogła topić śnieg, latem musiała wodę nosić. Po roku Wanda została sprzątaczką baraków na uczastku Tarnowo.

Każdy barak zamieszkiwało około stu osób. Sprzątanie tylko pozornie było lżejszą pracą. Samo szorowanie wszystkich podłóg za pomocą miotły i przepalonego kamienia z bani wcale nie było łatwym zajęciem. Wiązało się to też z koniecznością nanoszenia dużej ilości wody. Zimą do jej obowiązków należało także narąbanie i przyniesienie drewna i napalenie w nim we wszystkich barakach. Tę prace wykonywała przez cały rok. Tu niestety opadła szybko z sił. W jej pięknych, długich włosach szybko zagnieździło się robactwo. Mama kępkami wycinała jej włosy. Siostra wciąż była głodna. Nie mogła spać z głodu, skubała po okruszynce swój pajok, który nie nasyciłby nawet małego dziecka. Zdecydowała się więc pójść do roboty przeznaczonej dla dorosłych. Zaczęła pracować jako swozczik. Zwoziła koniem drzewo z lasu, które sama musiała zamocować. Dobrze, jeżeli trafiła na porządnego Polaka czy Rosjanina, który pomógł jej załadować drewno.

CZYTAJ DALEJ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here