Spotkanie z niedźwiedzicą

Zimą wywózka drzewa odbywała się sprawniej, drogami zwanymi lepiankami. Były to specjalnie przygotowane, oblodzone tory, po których jeździły wysoko załadowane sanie z drzewem. Lepianki nocą, w czasie największego mrozu, polewano wodą z beczkowozu.

Czesio, brat Barbary, też pracował. Zaczął od noszenia poczty. Trasa listonosza wynosiła 18 km w jedną stronę. Zimą przemieszczał się na nartach, przywiezionych jeszcze z Polski, ubrany w gimnazjalny mundurek. Czasem matka dożywiała go na uczastku Tarnowo. Najczęściej jednak był głodny. Wracał śmiertelnie zmęczony, oblodzony, przemarznięty i płakał jak dziecko, którym w istocie był. W efekcie marszów z pocztą dostał żylaków i musiał zmienić pracę. Wraz z Edziem Czyrskim wytyczał tzw. prostieki, czyli proste linie pod wyrąb lasów. Chłopcy znaczyli drzewa specjalnym toporkiem zaopatrzonym w metalową matrycę pokrytą farbą. Nadzorował ich brygadzista Rosjanin. Dziennie przemierzali dziesiątki kilometrów przy trasowaniu linii pod wyręb lasu, wytyczając tzw. kwadraty. Pewnego razu natknęli się na niedźwiedzicę z młodymi. Porzucając brygadzistę, salwowali się ucieczką, a na końcu wspięli się na drzewo.

Dzieci w tamtych czasach musiały także sobie radzić. Zwłaszcza gdy ich rodziców przeniesiono na inne uczastki i zostawiono je same w Uksorze. By przeżyć, musiały wykazać się sprytem, żywotnością, inteligencją. Część wyspecjalizowała się w podbieraniu okrawków chleba ze sklepu, w którym na ladzie leżało całe mnóstwo. Ustawiali się w kolejce, w której panował zawsze wielki tłok. Wystarczył szybki ruch ręki w odpowiedniej chwili i okrawki były ich. Starsze kobiety, ubrane w szerokie płaszcze, kożuchy, duże chusty, wynosiły pod osłoną ubrania całe bochenki. Ta „idylla” trwała niestety krótko. Komendantura obozu szybko zorientowała się, że chleb jest podkradany, i w sklepie stanął wartownik z karabinem.

Zdesperowani ludzie kradli wszystko, co nadawało się do jedzenia. Zwłaszcza psy i koty. Któregoś dnia zginął pies komendanta, później następne psy i koty. W lecie na mokradłach szukali żab. Chłopcy polowali również na ptaki, które po pewnym czasie bały się nawet przelatywać nad naszymi barakami. Śmierć zbierała wśród Polaków ogromne żniwo. Początkowo pogrzeby były rzadkie, ale z czasem stały się codziennością. Nie było nawet jednego dnia bez pogrzebu.

Nie było dnia bez pogrzebu

– Z naszego baraku jako pierwszy zmarł na zapalenie płuc pan Anderle, osierocając trójkę dzieci – wspomina Pani Barbara. – Następnie zmarła 17-letnia córka pana Masiaka. Po niej odeszli panowie Bublej i Strokowski, gajowy spod Nowogródka, żona pana Mordusewicza spod Mołczadzi, żona pana Jurczaka, która zostawiła pięcioro dzieci. Umierały też liczne niemowlęta, m.in. roczny synek, jedyne dziecko pani Trejlibowej, a także młodziutkie dziewczyny, głównie na febrę i zapalenie płuc.

Pamiętam, że w jednym z grobów została złożona zalakowana butelka ze spisem nazwisk zmarłych Polaków. Wykonały go moja mama i pani Zakrzewska. Ta ostatnia była jedną z liderek polskiej społeczności w pasiołku Uksora. Trafiła tam, tak jak my, z Międzygórza. Jej mąż, zawodowy oficer, kapitan Wojska Polskiego, dostał się do niewoli i ślad po nim zaginął. Oboje byli po studiach i pochodzili z Warszawy. Pani Helena była kobietą w średnim wieku, bezdzietną i ciężko chorą na serce – i dlatego nie pracowała. Cały swój wolny czas poświęcała opiece i wychowaniu oraz nauczaniu polskich dzieci. Prowadziła zajęcia z rachunków, śpiewu i literatury ojczystej. Dzieci pisały wypracowania na kawałkach gazet, zdobywanych z dużym trudem.

Pani Helena wpajała wszystkim miłość do utraconej ojczyzny, organizowała harcerstwo, przygotowywała spektakle teatralne. Całą działalność dydaktyczną opierała na swojej pamięci, nie miała bowiem żadnych pomocy naukowych, podręczników czy książek. Pewnego dnia, gdy nie poszłam do szkoły, ponieważ nie miałam walonek, a w polskich trzewikach wychodzenie zimą na 40-stopniowy mróz nie miało sensu, mama przed wyjściem zadała mi lekturę, czyli czytanie „Potopu” Henryka Sienkiewicza, który podczas wywózki udało się jej wrzucić do węzełka. Mama kazała mi nauczyć się pierwszej strony na pamięć. Tak się zaczytałam, że ocknęłam się dopiero, gdy czyjeś ręce odebrały mi książkę. Poderwałam się z pryczy i struchlałam, przede mną stał komendant, który kartkował zabroniony mi „Potop”. Spodziewałam się czegoś najgorszego. Komendant nie patrzył jednak na mnie, tylko przerzucał kolejne strony książki. Nie widział nic poza nią. W pewnym momencie jego oczy zaszkliły się łzami, przycisnął książkę do serca, potem oddał mi ją i zapytał grzecznie: – Zacziem ty siewodnia w szkołu nie paszła? – Siewodnia silnyj maroz, a u mienia niet walenkow – odpowiedziałam. Odwrócił się i poszedł, nie krzyczał, nie groził. Uspokoiłam się i zaczęłam z powrotem czytać. Wieczorem o wszystkim powiedziałam mamie, która wróciła z pracy. Późnym wieczorem, gdy w baraku kończyła się modlitwa, prowadzona przez Helenę Zakrzewską i moją mamę, niezauważenie wszedł do naszego baraku komendant. Niepewnie podszedł do mamy i poprosił o pożyczenie książki, którą widział dziś u mnie. Mama zdziwiona zapytała: „A pan umie czytać po polsku?”. Ten odpowiedział, że tak, a także że jest Polakiem. Mama zdumiała się jeszcze bardziej i zapytała go: „Co pan tu robi?”. „To samo co pani!” – odpowiedział. „Nazywam się Franciszek Łoziński” – przedstawił się. „Wywieziono mnie z rodzicami z Kamieńca Podolskiego w 1930 roku. Rodzice nie żyją, umarli na posiołku Czarnyj”.

Prosił o zachowanie tajemnicy i książkę szybko schował za pazuchą. Od tej pory komendant nie był dla nas „obcy”, tylko „swój”. Nasza sytuacja uległa pogorszeniu po wybuchu wojny niemiecko-sowieckiej. Wcześniej mogliśmy bowiem otrzymywać od krewnych listy i paczki. Czuliśmy się całkowicie odcięci od świata. Polepszyło się nam, i to znacznie, po układzie Sikorski-Majski, na podstawie którego dla Polaków ogłoszono amnestię. Przestaliśmy być przestępcami i wragami naroda.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here