Czasami lubię fantazję i science fiction. Bez wyobraźni ani rusz. Wyobraźnia szaleje, wyświetla wizje tego, co ma być; tego, czego nie może wyobrazić sobie naukowiec zakotwiczony w obecnym stanie wiedzy. I nie tylko. Na przykład czasami nawet jeśli istnieje pewna technologia, brak jest wyobraźni, aby technologię taką wdrożyć w życie tak i tam, gdzie rzeczywiście stałaby się użyteczna. Każdy chyba wie o wynalezieniu prochu i druku przez Chińczyków. Ale dopóki nie przetworzyła tego cywilizacja zachodnia, nie było tak spektakularnych rezultatów.

Albo mniej znany przykład: bodaj w XVI wieku Turcy osmańscy wymyślili silnik parowy. Jego funkcją było obracanie barana nad ogniem na uczcie u wezyra czy innego arystokraty. I tyle. Dopiero 100 lat później wynaleziono go ponownie (pierwszy patent miał Hiszpan w XVII wieku); upłynęło jeszcze kolejne stulecie, zanim zastosowano go w angielskiej kopalni. Ktoś musiał sobie to wyobrazić. Coś wspaniałego.

Gdy na naszych seminariach omawiamy Wielkie Nieznane, zawsze zachęcam studentów, aby użyli miecza wyobraźni (the sword of imagination) – jak nazywał to Russell Kirk. Dotyczy to przestrzeni, cyberprzestrzeni i innych zakątków, czasami czarnych dziur desperacji i przemocy, gdzie najlepiej sięgać wyobraźnią. Na przykład dałem jednemu swemu cyberwojownikowi zadanie, aby pokazał, jak można popełnić masowy mord za pomocą gier komputerowych on-line. Doszliśmy do wniosku, że na razie można takimi grami szerzyć propagandę, a nawet zmobilizować bractwo do akcji – głównie w przestrzeni wirtualnej, ale być może i poza nią. Tutaj trzeba by już większej manipulacji. No i przede wszystkim można ćwiczyć się w zabijaniu. Programy komputerowe pozwalają odtworzyć wirtualnie środowisko rzeczywiste, na przykład paryskie dzielnice, ulice. Podejrzewa się, że w taki właśnie sposób kalifaccy terroryści przygotowywali się do niedawnej rzezi we Francji. Też trzeba mieć wyobraźnię.

Czasami uciekam się do fikcji literackiej, aby wytłumaczyć koncepcje abstrakcyjne. To zrozumiałe. Dla anglosaskiej publiczności nie ma niczego lepszego niż „Rok 1984” czy „Folwark zwierzęcy” Orwella. No, ale leniuchy nie chcą czytać. Ostatnio zadaję im w związku z tym opowiadanie „Harrison Bergeron” pióra Kurta Vonneguta – ze zbioru nowel pt. „Welcome to The Monkey House” (Random House, New York, 2006), w polskim tłumaczeniu „Witajcie w małpiarni”. Harrison Bergeron jest indywidualistą, wybitnym człowiekiem, wręcz geniuszem, ale żyje w świecie zdominowanym przez miernoty.

CZYTAJ DALEJ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here