Pisaliśmy ostatnio o Kalifacie, o jego ohydnych praktykach, o zbiorowych egzekucjach. Specjalizuje się w tym szczególnie Państwo Islamskie (ISIS). Sam Osama bin Laden ostrzegał przed ekstremizmem ISIS – jak wynika ze zdobytych w jego kryjówce dokumentów. Nie chodziło li tylko o konkurencję między dżihadystami. Sprzeciw Osamy budziło nie mordowanie chrześcijan, lecz podkładanie bomb pod meczety. Stąd rozkazał oddziałom Al-Qaidy odciąć się od ISIS. Zresztą Osama odrzucił też i akces somalijskiego Al-Szabaab do Al-Qaidy bowiem młodzi kalifatyści mordowali muzułmanów. ISIS natomiast przygarnęło Al-Szabaab. I argumentuje teologicznie, że przecież kalifatyści wykonują dosłownie to, co nakazuje im Koran.

Tylko Barack Obama i jego administracja nazywają ISIS not Muslim. Nota bene zaprzeczając, że islam ma wpływ na ISIS, Obama porównał „ekstremizm” tej organizacji do Świętej Inkwizycji i krucjat. Pomijając brak wiedzy wydmuszkowego intelektualnie prezydenta na temat tych spraw, Obama popełnił błąd logiczny. Trudno zrozumieć jest bowiem wyprawy krzyżowe i zwalczanie heretyków bez odniesienia się do religii – w tym wypadku chrześcijańskiej. Ale dla Białego Domu ISIS nie ma nic wspólnego z religią, szczególnie z religią muzułmańską. To jest właśnie dysonans poznawczy.
ISIS zaczynało od terroryzmu, ale teraz jest ruchem powstańczym, rebelianckim. Terroryści w zasadzie nie potrzebują poparcia ludności, rebelianci – tak. Terroryści chcą wymusić zmiany, a niekoniecznie interesuje ich władza. Rebelianci chcą przejąć władzę. Wojny powstańcze, partyzanckie, rebelianckie są zwykle wars of choice rather than wars of necessity (Ryan C. Agee i Maurice K. Cuclos, „Why UW: Factoring in the Decision Point for Unconventional Warfare”, Naval Post Graduate School, Monterey, CA, 2012, str. 4). Rebelie jako wojny domowe są zwykle rewolucjami. Rebelie w odpowiedzi na okupację przez siły cudzoziemskie są przedsięwzięciami reakcyjnymi. Zwykle mają na celu wyrzucenie okupantów i przywrócenie stosunków sprzed inwazji.

ISIS jest bardzo nowoczesne, jeśli chodzi o stosowanie mediów społecznościowych i propagandy. Podstawowe pięć zasad propagandy to:

1. ukazanie wizerunku siły i zwycięstwa jako zdeterminowanych teologicznie, aby przyciągnąć wiernych;
2. połączenie ekstremalnej przemocy z jej religijnym usprawiedliwieniem jako drogi do Kalifatu, co ma przyciągnąć elementy psychopatyczne i skłaniające się do gloryfikacji siły;
3. manipulowanie percepcją ludzi we wrogich krajach, tak aby stworzyć atmosferę poparcia dla akcji zbrojnej, a jednocześnie wpływać na nich, aby myśleli, że akcja taka nie ma powodzenia; w ten sposób można ukazać wroga jako agresora, a jednocześnie podminować jego wolę walki;
4. obwinianie „syjonistów” i „krzyżowców” oraz ich „pachołków” za każdy akt przemocy, szczególnie te popełniane przez ISIS, które naturalnie należy opisywać zawsze jako samoobronę, również w przypadkach ekstremalnych – jak masakry w kościołach czy spalenie żywcem jordańskiego pilota;
5. stworzenie takiej narracji, która ukazywałaby walkę z ISIS jako atak na wszystkich muzułmanów. Szczególnie ważne w tym kontekście jest podkreślanie strat cywilnych powstałych w trakcie walk (tzw. collateral damage).

Internet dał ISIS globalną mównicę, co opisują Jessica Stern i J. M. Berger („ISIS: The State of Terror”, Harper Collins, New York, 2015). Za pomocą internetu – przez e-mail, Facebook, YouTube, Twitter, chat rooms i inne platformy – szerzy swą ideologię, rekrutuje bojowników oraz zwabia dziewczyny. Szczególnie te samotne. Propaganda skierowana na Zachód jest podlana sosem romantycznej przygody i słusznej sprawy. Badacz Michael Vlahos nazwał to sacred romance of Islam (w: „Fighting Identity: Sacred War and World Change”, Praeger, Westport, CT, 2009). Zresztą rozróżnia się między informacjami kierowanymi do kobiet oraz do mężczyzn. Z jednej strony twardość i walka, z drugiej ciepło i dobro. Bardzo ważnym elementem propagandowym jest ciągłość historyczna. ISIS stworzyło przekaz, który pokazuje, że organizacja ta kontynuuje glorię i chwałę Kalifatu od zarania, od proroka Mahometa. I wszystko w takt religii.

Dla facetów może trochę tego romantyzmu na polu walki jest, chyba że szefowie zdecydują, iż muzułmańskiego pochodzenia turyści z Zachodu nadają się jedynie na zamachowców-samobójców. Dla kobiet prawie zawsze przygoda kończy się tak samo: przymusowe małżeństwo, gettoizacja i do garów. Jest to szczególnie szokujące dla dziewczyn o niemuzułmańskich korzeniach, które straciły swoją samoidentyfikację religijną i narodową w moralnie relatywnym świecie Zachodu.

CZYTAJ DALEJ

4 KOMENTARZE

  1. Autor pomija jedno. To nie muzułmanie są scenarzystami i reżyserami wydarzeń. On są aktorami. Czasem świadomymi granej roli, ale czasami zwykłymi kukiełka.
    Sam „kalif” został wypuszczony z amerykańskiego obozu, a potem spotkał się z amerykańskim zbrodniarzem senatorem Johnem McCainem. Są zdjęcia.
    Autor jako mieszkanie USA, uznaje konieczność autocenzury.

    • BZDURA. Islam od 1400 lat robi ZAWSZE DOKŁADNIE TO SAMO. Robił to nawet w czasach, gdy nikt jeszcze nie miał pojęcia o istnieniu kontynentu Ameryki, a większość ludzi sądziła, że Ziemia jest płaska.

      USA nic nie musiały robić aby muzułmanie wykonywali LITERALNIE to, czego wymaga od nich Koran.

    • Chodakiewicz nazwal Snowdena zdrajca, ktorego nalezy zastrzelic, oraz nasmiewal sie z Rona Paula (za to popieral popieranego przez Goldmana Sachsa Teda Cruza). To wystarczy aby wiedziec kim jest ten pan i po ktorej stronie stoi, bo tego typu narracja to typowe neokonserwatywne mydlenie oczu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here