W wieku 77 lat zmarł Stanisław Pietrow. Człowiek, który nie uwierzył komputerom i być może dzięki temu udaremnił początek nowej wojny.

 

Stanisław Pietrow urodził się 7 września 1939 roku, kilka dni po wybuchu II wojny światowej. Na szczęście daleko od wojennej zawieruchy – we Władywostoku. Gdyby jego rodzina mieszkała w tym czasie w Kijowie czy Mińsku, historia świata mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej.

Jako syn wojskowego, Stanisław zdecydował się na karierę w armii i w 1972 roku skończył wojskową uczelnię techniczną w Kijowie. Prosto stamtąd trafił do ośrodka dowodzenia Sierpuchow-15, w którym 11 lat później miał podjąć najważniejszą decyzję swojego życia.

Pietrow służył w pełnych napięcia czasach zimnej wojny. Początek lat 80. to stan wojenny w Polsce i interwencja „ograniczonego kontyngentu” wojsk radzieckich w Afganistanie. Po drugiej stronie żelaznej kurtyny Ronald Reagan i Margaret Thatcher publicznie zapowiadali wtedy zaostrzenie kursu przeciwko ZSRR.

 

Zestrzelony Boeing

W tej atmosferze 1 września 1983 roku radzieckie lotnictwo zestrzeliło Boeinga 747, który lecąc z Nowego Jorku do Seulu, miał naruszyć przestrzeń powietrzną kraju w pobliżu Sachalinu. Na pokładzie znajdowało się 269 osób, w tym członek amerykańskiej Izby Reprezentantów Larry McDonald – nikt nie przeżył.

Po tej katastrofie w USA rozpętała się medialna histeria, wymierzona przeciwko Moskwie. Napędzała ją zresztą także bardzo niezręczna polityka informacyjna Kremla, który na kilka dni po katastrofie nabrał wody w usta, a potem bardzo niezręcznie tłumaczył się z incydentu.

Wczesnym rankiem, 26 września 1983, Stanisław Pietrow najprawdopodobniej powstrzymał wybuch wojny nuklearnej. 44-letni wówczas pułkownik dyżurował w tajnym centrum dowodzenia pod Moskwą, gdzie radzieckie wojsko za pomocą systemu wczesnego ostrzegania monitorowało zachodnie bazy rakietowe. Nagle zabrzmiał alarm sygnalizujący, iż Amerykanie wystrzelili w kierunku ZSRR rakiety balistyczne. Czas lotu miałby wynosić niewiele ponad 20 minut, a na decyzję, czy zareagować, pułkownik miał zaledwie kilka minut. Pietrow przeczuwał, że ostrzeżenie może być błędne.

              Stanisław Pietrow zmarł w maju tego roku w wieku 77 lat

Ostatecznie zameldował, że to awaria systemu. W innym wypadku, rozpocząłby się atak, a to jak można przypuszczać, rozpoczęłoby III wojnę światową. Alarm nastąpił w trakcie najbardziej napiętego okresu zimnej wojny. Pietrow wyjaśnił później, że była to decyzja instynktowna, oparta na jego nieufnym stosunku do systemu ostrzegania i małej liczbie teoretycznie „wystrzelonych” pocisków.

Kilka minut po północy 26 września, na ekranie pojawił się sygnał ostrzegawczy o starcie rakiety w USA. Pietrow wspominał, że natychmiast zerwał się z krzesła i zaczął podniesionym głosem wydawać rozkazy podkomendnym, żeby nie pozwolić im na panikę.

 

Dlaczego tylko jeden pocisk?

Pocisk był jeden i to było bardzo dziwne. Stanisław Jewgrafowicz połączył się z dowództwem i wspólnie uznali, że musi to być błąd komputera. Jeśli Amerykanie chcieliby zniszczyć ZSRR, musieliby uderzyć na znacznie większą skalę.

Gdy tylko podpułkownik odłożył słuchawkę, na komputerze pojawiły się czerwone litery, które informowały o kolejnych czterech pociskach. Jeśli byłyby prawdziwe, Pietrow miałby 30 minut, zanim uderzyłyby w cele i około 15, żeby zdążyć odpowiedzieć na atak.

czytaj też: Co by było gdyby Napoleon pokonał Rosję? Alternatywna historia!

Wojskowy oczywiście nie mógł samodzielnie wystrzelić pocisków nuklearnych w stronę USA. Zgodnie z procedurami powinien natychmiast powiadomić ówczesnego generalnego sekretarza Jurija Andropowa, byłego szefa KGB. To on mógł „nacisnąć czerwony guzik”.

Jaką decyzję podjąłby gensek, gdyby w środku nocy obudził go telefon z informacją – Amerykanie atakują? Czy starczyłoby czasu, żeby wyjaśnić mu sytuację, wytłumaczyć, że odczyty komputera mogą być błędne? Że pięć pocisków, wystrzelonych z jednej bazy to podejrzanie niewiele, jak na atak nuklearny na ZSRR? Tego Pietrow wolał nie sprawdzać.

Stanisław Jewgrafowicz znał się na systemach komputerowych lepiej niż przeciętny dyżurny. To oznaczało także, że wiedział, jakie one potrafią być omylne. Po latach powiedział dziennikarzom: „komputer to z definicji idiota, cokolwiek mógł przyjąć za start rakiety”.

 

Nie zadzwonił do Andropowa

Zamiast skorzystać ze specjalnej linii na Kreml, podpułkownik posłał jednego z żołnierzy do sali obok, żeby ze zwykłego telefonu poinformował wszystkich zainteresowanych, że atak to fałszywy alarm. Czemu nie pobiegł sam? Jak wspominał, z nerwów nie mógł ustać na nogach.

Decyzja okazała się słuszna, żadnych rakiet USA w stronę ZSRR nie wystrzeliwało. Późniejsze śledztwo wykazało, że do błędu satelity doprowadziło słoneczne światło, odbite od chmur. Lukę w systemie szybko załatano, a całe wydarzenie utajniono.

        Rosjanie mieli potencjał, żeby odpowiedzieć na "atak" Amerykanów. 
                Na szczęście Pietrow nie zadzwonił do Andropowa

Podpułkownik Pietrow, zamiast nagrody, dostał naganę za niewypełniony dziennik bojowy. Sam potem mówił, że kogoś ukarać było trzeba, a przecież nie twórców systemu OKO. Niedługo później oficer odszedł z armii, by opiekować się poważnie chorą żoną.

Rola pułkownika w powstrzymaniu nuklearnego armageddonu została ujawniona dopiero po kilkunastu latach od owych wydarzeń. Na początku lat 90. o tych wydarzeniach po raz pierwszy opowiedział generał-pułkownik Wotincew, ten sam, który udzielił Stanisławowi Jewgrafowiczowi nagany za dziennik bojowy. Od tego zaczęło się nowe życie byłego analityka.

czytaj też: Tajemnica carskiego sarkofagu

Wywiady, nagrody, także pieniężne, listy od zwykłych ludzi, a nawet film dokumentalny „The man who saved the world” z Kevinem Costnerem. Podpułkownik Pietrow zawsze jednak skromnie odmawiał bycia nazywanym bohaterem. Mówił, że znalazł się po prostu we właściwym miejscu o właściwym czasie.

Fałszywy alarm przypuszczalnie nastąpił na skutek błędnego rozpoznania przez satelitę promieni słońca, odbijających się od chmur. Program komputerowy, który miał przefiltrowywać takie informacje, musiał zostać poprawiony. – Jesteśmy mądrzejsi niż komputery. To my je stworzyliśmy – powiedział Pietrow w wywiadzie dla „Ser Spiegel” w 2010 roku.

Pułkownik Pietrow odszedł z wojska w 1984 roku. Otrzymał pracę jako straszy inżynier w instytucie badawczym, który stworzył system wczesnego ostrzegania. Później przeszedł na emeryturę, by zaopiekować się chora na raka żoną. Pietrow zmarł 19 maja na przedmieściach Moskwy, jednak w tamtym czasie wiadomość nie była podana do wiadomości publicznej. Informację o śmierci, potwierdził jego syn, Dmitrij.

1 KOMENTARZ

  1. Czy autor tekstu przed opublikowaniem w ogóle go chociaż jeden raz czyta?
    „Pietrow zmarł 19 maja na przedmieściach Moskwy, jednak w tamtym czasie wiadomość nie była podana do wiadomości publicznej. Informację o śmierci, potwierdził jego syn, Dmitrij.”
    „wiadomość podana do wiadomości publicznej” – to polszczyzna?????
    „w tamtym czasie” – w jakim czasie????? 17 maja 2017 roku? To jakiś dziwny czas?
    Redakcjo, litości nad czytelnikami!!!

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here