Nie możecie być gnuśni, leniwi czy głupi. Należy po prostu spakować się i wynieść się na zachód, południe, lub gdziekolwiek, i zacząć wszystko od nowa. Wyruszmy stąd, tak jak nasi dziadowie i przodkowie, którzy mieli odwagę wyrwać się z beznadziei w jakiej żyli w Starej Europie. Te życzliwe rady wcale nie są skierowane do mieszkańców jakiejś mieściny w Serbii, południowej Polsce, czy na Ukrainie. Masowy eksodus może być jedyną szansą dla mieszkańców upadających miast w… Stanach Zjednoczonych.

Jaki jest najlepszy i błyskawiczny sposób, by wywiedzieć się, że miasto w którym gościmy nie znajduje się w stanie wstępnego rozkładu? Najlepiej spytać tubylca o to co jest najlepszego w jego miejscu zamieszkania. Jeśli w pierwszej trójce odpowiedzi znajdzie się dumny komunikat o „posiadaniu światowej klasy orkiestry symfonicznej” to jest już pewne, że mamy do czynienia z nieodwracalnymi symptomami powstawania miasta-widma.

Aksjomat ten odkrył Nick Gillespie z amerykańskiego magazynu „Reason” podczas swego badawczego pobytu w mieście Cleveland w stanie Ohio. Mieszka tu blisko pół miliona mieszkańców. Miasto było jednym z największych portów nad Wielkimi Jeziorami, chlubiło się wielkim, silnie rozwiniętym i bardzo zróżnicowanym przemysłem. Przez dziesięciolecia rozwijało się dynamicznie i usiłowało dotrzymać kroku pobliskiemu Chicago. Tyle tylko, że z lat świetności pozostały już tylko wspomnienia. Teraz jest świadectwem ekonomicznej degradacji, radykalnego zmniejszenia liczby ludności, upadku zamożności. Jednak spacerując ulicami, rozmawiając z ludźmi i to niezależnie od tego czy są oni bezdomnymi, właścicielami barów czy urzędnikami, niemal zawsze można usłyszeć chełpliwe: mamy światowej klasy orkiestrę symfoniczną!

 

Cieniutka słomka

To jest jedyna cienka słomka, której mieszkańcy kurczowo chwytają się byleby tylko nie poczuć, że toną wraz z całym Cleveland. Ostatni powód do dumy, do porównania się z sąsiadami z innych miast. Utrata miejsc pracy, gospodarcza stagnacja, ponure wyludnianie się zarówno śródmieścia jak i podmiejskich sąsiedztw rezydencjalnych wywołują taki sam efekt psychologiczny jak nadmierne podatki, gąszcz niezrozumiałych przepisów i korupcja w służbach publicznych. Doprowadzają do depresji utraty przedsiębiorczości, rezygnacji.

Mieszkańcy upadających miast są niczym zombisi, żywi ludzie-trupi. Doradzanie im, by puścili to wszystko w diabły i czmychnęłi czym prędzej mija się z celem. Pozostaną bierni i w oczekiwaniu na jakiś cud. Zawsze można usłyszeć jakiś wariant spodziewanej poprawy sytuacji. – Jeśliby tylko zainwestował tu Standard Oil albo Boeing… Jeśliby tylko zmieniła się pogoda…, jeśliby tylko Czarnuchy, Portorykańczycy, Włosi, Żydzi lub bohunks ( skrót od Bohemians + Hungarians = Czesi lub Węgrzy, określenie wschodnioeuropejczyków) nie zniszczyli wszystkiego i wynieśli się stąd jak najszybciej –takie usprawiedliwiania słychać na okrągło.

                 Czy amerykańskie miasta czeka degradacja?

I nie jest trudno zrozumieć dlaczego pewne miasta bankrutują. Powód jest prosty: rośnie w nich przestępczość. Upada poziom usług i szkolnictwa, a za to rośnie skala podatków i innych obciążeń finansowych. Codzienne kłopoty i koszty przewyższają możliwości i korzyści z pobytu w takich przeklętych miejscach. I wtedy przedsiębiorczy ludzie, ci którzy mają jeszcze nadzieję, zaczynają uciekać gdzie indziej. Wpierw powoli pojedynczo niczym krople wody, potem cienką strużką, aż wreszcie biorą drapaka w masowym eksodusie.

czytaj też: Żydowska Ziemia Obiecana na Antypodach. Czy to się mogło udać?

Ratunkiem dla tych umierających miast może być mentalna zmiana jego mieszkańców.

2 KOMENTARZE

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here