Tadeusz Wiejowski – więzień nr 220 obozu w Auschwitz jako pierwszy udowodnił, że ucieczka z niego jest możliwa. To była brawurowa akcja!

Był upalny sobotni poranek 6 lipca 1940 r. W obozie w Auschwitz, który do niedawna nazywano Oświęcimiem,  nic nie wskazywało na to, że akurat tego dnia wydarzy się coś nadzwyczajnego. Poranny apel więźniów przebiegał jak każdego dnia. Jednak dla Tadeusza Wiejowskiego, więźnia z numerem 220, tamten dzień zadecydował o dalszym życiu.

Gra toczyła się o to, czy jego skrupulatnie przygotowany plan ucieczki z obozu się powiedzie. Po apelu Wiejowski niepostrzeżenie wślizgnął się do jednego z pokojów w bloku nr 15, gdzie urzędowali obozowi elektrycy: Józef Patek, Emil Kowalewski, Stanisław Mrzygłód, Jerzy Muszyński i Bolesław Bicz. W izbie elektryków Wiejowski natychmiast ściągnął swój obozowy pasiak i nałożył roboczy kombinezon przyniesiony mu przez Patka. Potem jeszcze wsunął na swoje prawe ramię opaskę cywilnego pracownika obozu.

             Tadeusz Wiejowski w mundurze żołnierza Wojska Polskiego 

 

Gdy to zrobił, Patek zapytał go, czy jest gotowy. Wiejowski tylko skinął lekko głową. Następnie wraz z piątką elektryków wyszedł z izby w bloku nr 15 i wszyscy spokojnie maszerowali w kierunku bocznego wyjścia z obozu od strony krematorium. Gdy wreszcie minęli bramę, natychmiast skierowali się w stronę pobliskiej stacji kolejowej. Tam Patek wcisnął jeszcze Wiejowskiemu w jedną rękę trochę pieniędzy, a w drugą zawiniątko z jakimś jedzeniem i na koniec uścisnął mu dłoń na pożegnanie. Gest ten wykonali również pozostali elektrycy. Wiejowski  rzucił na odchodne: „Dziękuję za wszystko” i zniknął. Była dokładnie godzina dziesiąta.

 

20 godzin apelu

Po południu, kiedy słońce było jeszcze wysoko na niebie, w obozie w Auschwitz niespodziewanie rozległo się potężne wycie obozowych syren. Na plac przed blokiem numer 1 natychmiast zgoniono ponad 1300 więźniów. Wszyscy stali w rzędach wyprężeni na baczność jak struna. Przed nimi pojawił się kierownik obozu Karl Fritzsch wraz z grupą esesmanów. Byli  wściekli, ale żaden z więźniów nie wiedział z jakiego powodu. W pewnym momencie Fritzsch wrzasnął: „Gdzie jest więzień nr 220?!”.

                        Brama obozu Auschwitz-Birkenau

Wśród stojących na placu zapanowała wówczas przeraźliwa cisza. Jednak Fritzsch już dobrze wiedział, że więźnia nr 220 w obozie nie ma. Jego nieobecność zauważono już w czasie obiadu, którego za karę więźniom w ogóle nie wydano. Zaraz potem ściągnięto wszystkie komanda więźniów, jakie pracowały poza terenem obozu i esesmani rozpoczęli śledztwo.

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here