Znak rządowy w Nanchang: „Dla potęgi i bogactwa narodu, aby rodziny były szczęśliwe, proszę używaj planowania rodziny”.

Polityka planowania urodzin to chiński program społeczny, nazywany potocznie polityką jednego dziecka i wprowadzony przez chińskie władze w latach 1978-1980 w celu ograniczenia liczby ludności. Dla jednych był to warunek wyciągnięcia Chin ze stanu ubóstwa, dla drugich największa w świecie humanitarna katastrofa – i co ciekawe, uważają tak nie tylko nadgorliwi redaktorzy niechętnych Chinom zachodnich mediów, ale wielu Chińczyków – niekoniecznie wyalienowanych ze społeczeństwa intelektualistów.

Ta polityka się skończyła w 2015 roku, gdy plenum KC KPCh zadecydowało o zmianie przepisów, a dokładnie: zwiększyło normę do dwojga dzieci na małżeństwo. Chiński parlament uchwalił odpowiednie przepisy umożliwiające małżeństwom posiadanie drugiego dziecka po uprzednim złożeniu odpowiedniego podania. Warto zauważyć, że cały proces odchodzenia od polityki jednego dziecka trwał etapami, mimo że jej negatywne skutki były coraz bardziej widoczne. Zapewne władze nie chciały jedną decyzją zmienić ostatecznie stanu rzeczy, bo to mogłoby zostać odebrane jako przyznanie się do porażki, czyli do utraty twarzy.

Im więcej poddanych, tym lepiej

Każdy władca chce mieć jak najwięcej poddanych, dlatego też długoletni przywódca ChRL, Mao Zedong, mający w Chinach taki status i pozycję polityczną, jakich mogliby mu pozazdrościć chińscy cesarze, nie zgadzał się na wprowadzenie państwowej kontroli czy regulacji urodzin. Nie był w tym myśleniu odosobniony. Np. inny ambitny komunistyczny dyktator, Nicolae Ceauşescu z Rumunii, który zresztą częściowo wzorował na polityce Mao i flirtował z Chinami, w ogóle prawnie zabronił aborcji. Kiedy jednak do władzy doszli pragmatycy z Dengiem na czele, to uznali, że przejawem racjonalności będzie właśnie ograniczanie urodzin, bo tylko tak będzie można osiągnąć dobrobyt. Celem polityki jednego dziecka było powstrzymanie nadmiernego, zdaniem władz, przyrostu naturalnego oraz umożliwienie większej liczbie rodziców zajęcia się praca zawodową. Władzę uważały, że nie dopuszczając do urodzenia się ćwierci miliarda dzieci w okresie do 2000 roku, unikną ponoszenia gigantycznych kosztów wychowania takiej liczby dzieci, co umożliwi znacznie szybszy rozwój kraju, a wypracowany dochód zostanie podzielony przez mniejszą liczbę osób.

Ta ingerencja czy beztroskie podejście do praw natury może szokować w Europie, choć i u nas, w Unii Europejskiej, argument „prawa naturalnego” nie jest przesadnie mocny, ale w Chinach plany ingerencji władz w naturę mają długą tradycję. Wystarczy przypomnieć postać Pierwszego Cesarza, który – kiedy huragan przeszkodzić mu w składaniu ofiar na jednej ze świętych gór – kazał ściąć wszystkie drzewa na szczycie owej góry, a sam szczyt pomalować na czerwono, tak jak to czyniło się z przestępcami, którym golono głowy i malowano je na czerwono.

Demograficzne paradoksy

Niezmiernie interesujące są statystyki przyrostu naturalnego w Chinach. Mogą one być pewnego rodzaju zaskoczeniem dla demografów, ale też wskazówką umożliwiającą korygowanie potocznych opinii. Najwyższy przyrost naturalny w ostatnim półwieczu, wynoszący 2,79%, Chiny osiągnęły w 1966 roku – a więc w pierwszym roku tzw. rewolucji kulturalnej, kiedy tłumy hunwejbinów rozprawiały się z partyjnym aparatem – i utrzymywał się przez cały okres jej faktycznego trwania (formalnie Mao zakończył „rewolucję” w 1969 r.) i jeszcze w 1971 roku wynosił 2,75%. Może to być niemałym zaskoczeniem, ponieważ był to okres chaosu, postępującej anarchizacji życia społecznego i narastających problemów gospodarczych, a więc czas, który teoretycznie nie sprzyja prokreacji. Podobnie zresztą było w czasach stanu wojennego w Polsce, kiedy ludzie zniechęceni otaczającą rzeczywistością zabrali się do poprawy wskaźników demograficznych.

CZYTAJ DALEJ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here