Cała afera rozpoczęła się w grudniu 1937 roku (choć wtedy nic jeszcze tego nie zapowiadało), gdy na półkach księgarskich pojawiło się nowe dzieło utalentowanego reportażysty, dziennikarza i publicysty, pupilka reżimu sanacyjnego – Melchiora Wańkowicza.

Mistrz reportażu zatytułował je „COP – ognisko siły” i opisał w nim budowę Centralnego Okręgu Przemysłowego. W tej propagitce będącej pochwałą ekonomicznej polityki sanatorów znalazła się m.in. zacytowana opinia Józefa Piłsudskiego: „Polska jest jak obwarzanek, to warte co po brzegach, a w środku nic”. Wazeliniarski ton tej książki tak zirytował współpracownika endeckiego „Dziennika Wileńskiego”, docenta Uniwersytetu Wileńskiego, historyka literatury i doktora filozofii, Stanisława Cywińskiego, iż ten nie bacząc na to, że wszak nie jest specjalistą od spraw ekonomicznych, postanowił chwycić za pióro i napisać ciętą recenzję publikacji Wańkowicza.

30 stycznia 1938 roku czytelnicy „Dziennika Wileńskiego” (gazety na pewno nie zasługującej na miano opiniotwórczej, wychodzącej w dość niskim nakładzie 1500 egzemplarzy) mogli wśród wielu ironicznych uwag pod adresem Wańkowicza przeczytać również zdanie, które już wkrótce miało zmienić spokojne życie autora recenzji w koszmar: „Wańkowicz daje szereg żywych obrazków tego, co widział i czego nie widział, a co ma podobno powstać w tym sercu Polski, zadając kłam słowom pewnego kabotyna, który mawiał o Polsce, że jest jak obwarzanek: tylko to coś warte, co jest po brzegach, a w środku pustka”. Wówczas nikt na to zdanie nie zwrócił uwagi; nikt – nawet Marian Jasiński, naczelnik Wydziału Społeczno-Politycznego Urzędu Wojewódzkiego w Wilnie, do którego obowiązków należało kontrolowanie artykułów przed drukiem. Tekst całej recenzji, zawierającej także owo fatalne zdanie, ukazał się w gazecie bez żadnych ingerencji cenzorskich.

Spóźniona reakcja

Minęły dwa tygodnie, aż tu raptem w lutowym numerze „Narodu i Państwa”, czasopiśmie Związku Naprawy Rzeczypospolitej, mocno lewicującej sanacyjnej organizacji, został wydrukowany artykuł anonimowego autora pod tytułem „Plugastwo słowa”. Artykuł ten był po prostu obrzydliwym donosem na Cywińskiego. „W dniach ostatnich wpadło nam w ręce wyjątkowe w małostkowej niedojrzałości plugastwo. Człowiek [mowa o Cywińskim – S.S.] o poważnych walorach naukowych pozwala sobie na doczepianie do Wielkiej Postaci [oczywiście chodzi o Piłsudskiego – S.S.] błazeńskich epitetów [autor ma na myśli słowo „kabotyn” – S.S.], czyniąc to w podstępny i ukryty sposób” – anonimowy dziennikarz demaskował Cywińskiego – „mający zapewnić bezkarność popełnionego w ten sposób wykroczenia przeciwko duchowi poszanowania Historii Własnego Państwa i Narodu. (…) [Cywiński – S.S.] pohańbił pamięć Tego” – grzmiał anonim – „którego trumnę Prezydent odprowadził na Wawel”. Kim był ów anonimowy autor? Tego na sto procent nie wiemy, ale autorstwo tekstu przypisywano bądź Wańkowiczowi, bądź jego przyjacielowi, redaktorowi naczelnemu dwutygodnika „Naród i Państwo”, Bolesławowi Srockiemu. Wańkowicz i przed wojną, i w czasie wojny, i po wojnie gorliwie zaprzeczał, jakoby napisał „Plugastwo słowa”. W każdym razie redakcja czasopisma, usłużnie zakreśliwszy czerwonym ołówkiem fragmenty szkalujące Cywińskiego, przesłała egzemplarz „Narodu i Państwa” inspektorowi armii w Wilnie, gen. Stefanowi Dębowi-Biernackiemu. Wybór adresata był nieprzypadkowy, ponieważ generała śmiało możemy nazwać fanatycznym piłsudczykiem do entej potęgi. Krążyły o nim bardzo niepochlebne opinie wypowiadane szeptem, no bo przecież wiadomo, komu zawdzięczał swoje stanowisko…

CZYTAJ DALEJ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here