Ledwo tylko Dąb-Biernacki 14 lutego 1938 roku zapoznał się z artykułem, zapałał świętym oburzeniem wobec Cywińskiego i kazał natychmiast zwołać odprawę wyższych oficerów ze wszystkich pułków stacjonujących w Wilnie i w pobliżu miasta, których sztandary zostały odznaczone krzyżami Virtuti Militari. Oficerom nakazano przybyć w mundurach z odznaczeniami oraz z bronią krótką i szablami. Podczas odprawy w kasynie 1. Pułku Piechoty wojskowych powiadomiono, że w „Dzienniku Wileńskim” obrażono godność Piłsudskiego, a wobec tego wszyscy winni popełnienia tej niesłychanej zbrodni muszą ponieść konsekwencje. Szybko utworzono siedem patroli i trzy bojówki (na ich czele postawiono oficerów sztabowych odznaczonych krzyżami Virtuti Militari), które miały dokonać napaści na Cywińskiego, Aleksandra Zwierzyńskiego (redaktora naczelnego „Dziennika Wileńskiego”) i Zygmunta Fedorowicza (zastępcę redaktora naczelnego). Wszystkie patrole i bojówki otrzymały do dyspozycji samochody ciężarowe. Bojówkarzom przykazano dotkliwie pobić trzech redaktorów i zabroniono wyzywać ich na pojedynek, gdyż według Dęba-Biernackiego „takie kanalie utraciły zdolność honorową”. Żaden z obecnych na odprawie oficerów nawet się nie zająknął, nie zwrócił uwagi generałowi, iż wykonanie jego rozkazu okryje hańbą polską armię.

Brutalny atak

Docent Stanisław Cywiński spędzał popołudnie 14 lutego w swoim mieszkaniu przy ulicy Trockiej 11 w gronie rodzinnym, z żoną i z czternastoletnią córką. Nagle rozległo się łomotanie do drzwi. Okazało się, że na klatce schodowej stało pięciu oficerów. Gdy jeden z nich zwrócił się do uczonego: „Pan ośmielił się obrazić Marszałka Piłsudskiego”, pozostała czwórka rzuciła się na bezbronną ofiarę, którą zaczęto okładać pięściami i kopać. Ciosom towarzyszyły ryki: „Ośmieliłeś się, bydlaku, obrazić Komendanta!”. Żona i córka stały jak sparaliżowane. Wkrótce bandyci wybiegli z mieszkania, pozostawiając na podłodze leżącego zakrwawionego i nieprzytomnego Cywińskiego. Po odzyskaniu przytomności Cywiński został odprowadzony przez żonę na pogotowie (według innej wersji pogotowie przyjechało na Trocką 11) i tutaj udzielono poszkodowanemu pierwszej pomocy. Po opatrzeniu ran (liczne siniaki, połamane żebra, bardzo poważne obrażenia oka i głowy) personel pogotowia namawiał rannego do pozostania w szpitalu. Na próżno; na nic zdały się też prośby i zaklęcia żony. Cywiński powziął nieodwołalną decyzję, aby niezwłocznie udać się do redakcji gazety i tam napisać do najbliższego wydania list otwarty w sprawie brutalnej napaści.

Bojówki w redakcji

W tym samym czasie pozostałe dwie bojówki czatowały pod mieszkaniami Zwierzyńskiego i Fedorowicza. Kiedy po upływie godziny mężczyźni nie pojawili się w domu, dowodzący akcją podjęli decyzję o skierowaniu obu bojówek do redakcji „Dziennika Wileńskiego”. Tam żołnierze wpadli w szał demolowania pomieszczeń biurowych i bicia wszystkich, którzy tylko nawinęli się pod pięści i obcasy. Skatowano Fedorowicza i Zwierzyńskiego („Bito go w ten sposób” – zeznawał jeden ze świadków – „że kilku trzymało Zwierzyńskiego za ręce, a jeden z oficerów okładał go kolbą rewolweru po twarzy i po głowie. W czasie tego bicia stłuczono binokle Zwierzyńskiemu”). Dziarscy obrońcy granic dotkliwie pobili dziennikarza Dariusza Żarnowskiego i gońca Poborskiego. Solidnie oberwał jakiś student; biedak gęsto się tłumaczył, że był tu przypadkowo, ale to mu nie pomogło: „Przebywa w biurze tego szmatławca, więc musi być winny, endeckie nasienie!” – zapewne do takich błyskotliwych konkluzji doszli bijący oficerowie. Nie żałowano razów i kopniaków kobietom znajdującym się w redakcji: dozorczyni Dawidowiczowej i pracownicy biura Zofii Kownackiej. Po raz drugi solidny „łomot spuszczono” Cywińskiemu, mimo że do biura wszedł, słaniając się na nogach, spowity w bandaże niczym mumia egipska. Bandyci zniszczyli sprzęt biurowy oraz drukarski, a następnie dumni z wykonanej roboty opuścili pomieszczenia redakcyjne.

Pobitym pomocy udzielili lokatorzy kamienicy. Po 10 minutach do zdemolowanej redakcji wpadł oddział policji na czele z samym panem starostą grodzkim (pan starosta przywitał się z bojówkarzami stojącymi na ulicy i podziękował im za obywatelską postawę), który aresztował pobitych (nie udzieliwszy im żadnej pomocy) – Cywińskiego, Fedorowicza i Zwierzyńskiego – po czym opieczętował lokal! Zaiste, jakąż trzeba było się wykazać tępotą i bezdusznością, żeby prężyć się na baczność i strzelać kopytami przed byle oficerkiem – półbogiem z kasty rządzącej, a potem gnać w podskokach na jego rozkaz i aresztować skatowanych ludzi, ofiary przestępstwa! Jak na zawołanie jawi mi się przed oczami obraz Wojciecha Kossaka „Wspomnienie lat dziecinnych”, gdzie widzimy jakichś Czerkiesów czy Kozaków szarżujących na bezbronny tłum warszawiaków, strzelających do okien, bijących nahajkami i płazujących szaszkami. Temu bezprawiu przygląda się stojący na chodniku wyprężony na baczność i salutujący carski stupajka. Polacy pod zaborami lubili się naśmiewać z tępych i przekupnych policjantów rosyjskich, pogardzali nimi. Ale w czymże, pod jakim względem, pytam się, był lepszy ten wileński policjant aresztujący ranne ofiary bandyckiej napaści od carskiego „krawężnika”?!

CZYTAJ DALEJ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here