Reprymenda Dęba

Generał Dąb-Biernacki, traktujący Wilno jak prywatny folwark, wezwał przed swoje marsowe oblicze naczelnika Jasińskiego. Zrugał go brutalnie „brudnemi słowy” za brak czujności i dopuszczenie artykułu Cywińskiego do druku. Jednocześnie zażądał natychmiastowego osadzenia Zwierzyńskiego i Cywińskiego w Berezie Kartuskiej oraz zlikwidowania redakcji „Dziennika Wileńskiego”. Ale Jasiński odmówił, tłumacząc, że gazetę zamknąć może sąd, a o skierowaniu do Berezy Kartuskiej decyduje minister spraw wewnętrznych. W odpowiedzi oburzony generał zaczął wrzeszczeć, iż to on, Dąb-Biernacki, jest w Wilnie władzą najwyższą. Cóż, pan generał nie miał i jednocześnie… miał rację. Nie miał, albowiem najwyższą władzą w Wilnie był wojewoda wileński; miał rację, gdyż wojewoda płaszczył się przed nim i pozwalał mu na wszystko. Zapytajmy wobec tego, kto piastował w tamtym czasie urząd wojewody? Otóż od 1935 roku wojewodą wileńskim był pułkownik dyplomowany, wolnomularz Ludwik Bociański – wyjątkowo antypatyczna postać w galerii sanacyjnych dygnitarzy.

Niezrównany gawędziarz i utalentowany pisarz, Michał Pawlikowski, w ten sposób scharakteryzował Bociańskiego: „Pan Bociański siedział cicho aż do czasu, gdy premierem i ministrem spraw wewnętrznych stał się pan Sławoj-Składkowski. Wtedy dopiero zaczęła się prawdziwa »soldateska«. Bociański w sposób obleśny podlizywał się wojsku. W rozmowie telefonicznej z generałem Dąb-Biernackim mówił z przymilnym uśmiechem do słuchawki: »Tu melduje się posłusznie Bociański«. Podlizywał się też dowódcy odcinka Korpusu Ochrony Pogranicza pułkownikowi Gaładykowi, który się szarogęsił w powiecie wilejskim jak we własnym podwórku (a tenże pułkownik Gaładyk wsławił się tym, że w roku 1939-1940, internowany w Kownie na szóstym forcie, rzucił się w celach homoseksualnych na żołnierza litewskiego, który sobie przykucnął w latrynie, obnażywszy pośladki). Podlizywał się również Bociański generałowi Skwarczyńskiemu, chyba najbardziej ograniczonemu spośród wszystkich piłsudczyków. Pan Bociański nie uznawał Litwinów i Białorusinów. W stosunku do Litwinów stosował różne chwyty skarbowo-policyjne. Białorusinów w ogóle nie uznawał za naród. Wprowadził do wileńskiej cerkwi garnizonowej język polski zamiast cerkiewno-słowiańskiego. Szkoda, że słabo znał historię i zapewne nie wiedział, że naśladuje Murawjowa, który na przykład litewskie książki do nabożeństwa kazał drukować »grażdanką«. Za panowania Bociańskiego prokuratura wileńska uległa sprostytuowaniu. Prokurator sądu okręgowego co dzień składał meldunki naczelnikowi wydziału społeczno-politycznego i od tegoż naczelnika dostawał wskazówki. Niezależne i buntownicze »Słowo« Stanisława Mackiewicza było solą w oku Bociańskiego. Gnębił »Słowo« wszelkimi sposobami. Skoro konfiskaty nie pomagały, starał się przekonać Bank Ziemski, aby cofnął „Słowu” subsydia w formie ogłoszeń licytacyjnych.

W niedalekiej przyszłości nienawiść miała doprowadzić do zesłania Stanisława Mackiewicza do Berezy [w marcu 1939 r. – S.S.]. Pan Bociański, »dwójkarz« z powołania, był tchórzem podszyty i nie tylko wychodził na miasto w towarzystwie szpicla, ale trzymał tego szpicla w sekretariacie w czasie urzędowania. Trochę zabawne było, jak pan Bociański codziennie z rana modlił się pod figurą w kościele Bonifratrów i jak mu przy tych modłach też wiernie szpicel asystował. Donosy, dotąd nieznane w Wilnie, stały się za pana Bociańskiego regułą urzędowania”. Sądzę, iż ten dłuższy cytat pozwolił Czytelnikom wyrobić sobie opinię na temat Bociańskiego, a zainteresowanych poznaniem innych faktów z jego działalności odsyłam do arcyciekawej książki Michała Pawlikowskiego (powieść „Wojna i sezon”).

Wróćmy jednak do dramatycznych wydarzeń z lutego 1938 roku. Wszystkich trzech aresztowanych najpierw przetrzymywano przez czterdzieści osiem godzin w celi jednego z wileńskich komisariatów. Do poszkodowanych nie dopuszczono lekarzy, ba! – nie pozwolono nawet opatrzyć otwartych ran. Decyzją Józefa Przyłuckiego – prezesa wileńskiego Sądu Apelacyjnego – Cywińskiego i Zwierzyńskiego po upływie dwóch dób wtrącono do więzienia. Ze względu na zły stan zdrowia przeniesiono ich do szpitala więziennego. Fedorowicza natomiast wypuszczono na wolność, a postępowanie przeciwko niemu umorzono. Władze traktowały Cywińskiego i Zwierzyńskiego jak najgorszych zbrodniarzy.

CZYTAJ DALEJ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here