Premier Józef Piłsudski fot. domena publiczna autor: Witold Pikiel

Dziesięć dni z kampanii wyborczej w 1930 roku

Kampanię wyborczą do parlamentu w 1930 roku oraz tzw. wybory brzeskie (na ten temat pisałem szerzej w „NCz!” nr 47/2015) na ogół kojarzymy z bezprawiem sanacyjnej ekipy rządzącej wymierzonym przede wszystkim w opozycyjny Centrolew. Nie całkiem słusznie, albowiem sanatorzy nie zapomnieli o swoim starym wrogu, czyli endecji. Ostro prześladowano także i chadecję, która w wyborach wystartowała niezależnie od Centrolewu.

Sądzę, że warto przyjrzeć się metodom stosowanym przez sanację wobec przeciwników z prawej strony sceny politycznej. Z bardzo obfitego materiału wybrałem tylko garść przykładów – i to tylko z dziesięciu dni (koniec października oraz pierwsza dekada listopada) kampanii trwającej dwa i pół miesiąca

W środę 29 października

działacz chadeckiego Katolickiego Bloku Ludowego, Stanisław Spasiński, wyjechał z Warszawy samochodem na objazd powiatu opoczyńskiego. Towarzyszyło mu dwóch kolegów i szofer. We wsi Drzewica policjanci zatrzymali auto i skonfiskowali ulotki Katolickiego Bloku Ludowego. Pan komendant posterunku wrzeszczał na Spasińskiego, że „na jego terenie nie będą mu się wozić jakieś antysanatory i siać wrogą propagandę”.

Spasiński tłumaczył, iż ulotki wydrukowane w Warszawie Komisariat Rządu uznał za jak najbardziej legalne. W końcu po kilku godzinach przekonywania pan komendant zadzwonił do swojego przełożonego, starosty opoczyńskiego. Pan starosta po czterech godzinach rozterek w końcu polecił panu komendantowi oddać ulotki. Nieprzewidziany postój w Drzewicy trwał – bagatela – „zaledwie” dziewięć godzin.

O godzinie 21 Spasiński wraz z towarzyszącymi mu osobami wyruszył w dalszą drogę. Ledwie atoli ujechali parę kilometrów, kiedy w lesie natknęli się na stojące w poprzek duktu auto. Naturalnie Stasiński kazał szoferowi zatrzymać samochód i wtenczas spomiędzy drzew wyskoczyło dziesięciu zbirów. Napastnicy bili ofiary kolbami rewolwerów (cała czwórka miała rany głowy, a szofer także złamaną rękę), darli i rozrzucali ulotki oraz zdemolowali samochód: rozbili reflektory, szyby, poprzecinali opony. Banda odjechała (swoim autem i rowerami) w stronę Drzewicy. Śledztwo, rzecz jasna, nie zdołało ustalić, kim byli bandyci.

W czwartek 30 października

w nocy w poczekalni klasy trzeciej na dworcu w Wilnie czterech oficerów napadło na Piotra Kownackiego, korespondenta „Gazety Warszawskiej” i redaktora „Dziennika Wileńskiego”. Kownacki w swoich artykułach próbował prześwietlić majątki niektórych sanatorów i poruszał kwestie niejasności finansowych związanych z tym problemem (m.in. pisał o dworku Piłsudskich w Pikieliszkach, majątkach byłego premiera majora Kazimierza Świtalskiego i generała Stefana Dęba-Biernackiego). Pewnie dlatego oficerowie okładający kułakami dziennikarza krzyczeli: „Już więcej nie będziesz szkalował Pana Marszałka, łobuzie!”. Kownacki cudem wyrwał się z rąk wojskowych i zdołał wsiąść do odjeżdżającego pociągu.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here