Tuż przed godz. 22 cała banda, rycząc „Pierwszą Brygadę”, udała się pod redakcję „Gazety Warszawskiej” i wybiła szyby w lokalu dziennika (to już drugi raz w ciągu dwóch dni). Bojówkarze wpadli w jakiś trans niszczenia i zdemolowali pomieszczenia administracyjne innego endeckiego czasopisma – gazety „A.B.C.”. Żeby przyspieszyć chuligańską operację, całą tę rozkrzyczaną ponad stuosobową hałastrę przewieziono ośmioma ciężarówkami pod siedzibę Zarządu Głównego Stronnictwa Narodowego przy Al. Jerozolimskich 17.

Drzwi wejściowe wyważono łomami i bagnetami i ot, tak sobie, a może dla dodania wandalom ideowego zapału oddano kilka strzałów w powietrze. Po 30 minutach wszystkie pokoje wyglądały tak, jakby przeszła przez nie trąba powietrzna. Wybito 40 szyb w oknach i drzwiach, rozbito biurka i szafki, połamano krzesła i fotele, pogruchotano zegary ścienne, uszkodzono powielacze i maszyny do pisania, zniszczono aparaty telefoniczne, potłuczono lampy. Sanacyjni troglodyci nie oszczędzili nawet krzyża wiszącego na ścianie, sztandaru SN oraz reprodukcji dzieł Jana Matejki: „Kazania Skargi”, „Rejtana” i „Bitwy pod Grunwaldem”.

Część z 300 tysięcy ulotek wyrzucono na ulicę przez pozbawione szyb okna, a część upchnięto do kilkunastu skrzyń (wraz z drukami i dokumentami partyjnymi), które załadowano na ciężarówki. W gmachu znajdowały się redakcje dwóch prawicowych czasopism: „Zorzy” i „Myśli Narodowej”, więc żeby dopełnić dzieła zniszczenia, dokonano demolki i tutaj, rabując na odchodnym archiwalne numery tych tygodników.

Z wieszaków ukradziono – zapewne z bezinteresownej miłości do Józefa Piłsudskiego i innych sanatorów większego i mniejszego sortu – palta nocnych stróżów. I na tym, można by rzec, „element ideowy” zakończył „pracę państwowotwórczą”. Całej tej akcji przypatrywał się… przedstawiciel policji.
Naturalnie władze Stronnictwa Narodowego wystosowały odpowiednie pisma do ówczesnego ministra spraw wewnętrznych, generała Felicjana Sławoja Składkowskiego (z pewnością także pośrednio do jego pryncypała, premiera Józefa Piłsudskiego).

W dwóch listach przedstawiono dokładnie przebieg wydarzeń w Warszawie z 4 listopada i zwrócono się „do Pana Ministra, jako do stróża spokoju i bezpieczeństwa publicznego w państwie: 1) by po ustaleniu zachowania się organów bezpieczeństwa publicznego pociągnął winnych do odpowiedzialności na właściwej drodze; 2) by wydał stosowne zarządzenia, aby władze bezpieczeństwa na przyszłość spełniały swe obowiązki w zakresie zapewnienia obywatelom Rzeczypospolitej w okresie przedwyborczym spokoju i wolności obrad”.

Zarząd Główny SN prosił również generała Składkowskiego „o wydanie energicznych zarządzeń celem wykrycia sprawców napadu, o którym wyżej mowa i spowodowanie pociągnięcia ich do odpowiedzialności karnej”. Nie wiadomo, czy pan minister czytał te listy, czy ich nie czytał.

Wiadomo natomiast, że pomimo licznych dowodów i zeznań wielu naocznych świadków, nikogo nie pociągnięto do odpowiedzialności – ani bandytów, ani służb porządkowych – co jest poniekąd zrozumiałe, ponieważ klika sanacyjna chroniła swoich ludzi. Według sanatorów, funkcjonariusze policji postąpili słusznie, nie interweniując, nie broniąc uczestników wiecu przed agresją bandytów, tym samym de facto przyzwalając na bezprawie i biorąc w nim udział.

Gdyby tylko jakiś policjant postąpił tak, jak powinien, tzn. zgodnie z rotą przysięgi z 1928 roku – „przepisów prawa strzec pilnie, wszystkich obywateli kraju w równym mając zachowaniu” – od razu z hukiem zostałby wylany na bruk.
Wydarzenie w stolicy z 4 listopada były na tyle bulwersujące, iż mało kto zwrócił uwagę na dwa inne „drobne” incydenty wymierzone w SN, które miały miejsce tego samego dnia.

Otóż w Kościanie po rewizji przeprowadzonej przez 16 policjantów opieczętowano i zamknięto lokal wydawnictwa narodowej „Gazety Polskiej”. W Inowrocławiu zaś aresztowano redaktora naczelnego endeckiego „Dziennika Kujawskiego” za „agresywny ton artykułów, skierowanych przeciwko obecnemu rządowi”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here