Społeczeństwo II RP było w przeważającej mierze społeczeństwem wiejskim – w 1939 roku ok. 70% ludności mieszkało na wsi. W 1938 roku z rolnictwa utrzymywało się 21,1 mln osób, czyli 61% całej ludności. II RP przez cały okres swojego istnienia, pod względem struktury gospodarczej, była krajem wybitnie rolniczo-przemysłowym.

Według ustaleń docenta Ferdynanda Zweiga, na wsi w Polsce, w okresie wielkiego kryzysu gospodarczego, było od 5 do 5,5 mln tzw. ludzi zbędnych, czyli nie posiadających własnej ziemi lub też wegetujących z rodzinami na karłowatych gospodarstwach. Podobne dane dotyczące przeludnienia agrarnego Polski podał w 1989 roku profesor Wojciech Roszkowski: 5,5 mln osób w 1938 roku. Jak władze starały się rozwiązać ten olbrzymi problem społeczno-gospodarczy? Postanowiono przeprowadzić reformę rolną. Do 1938 roku, na podstawie ustawy o dobrowolnej parcelacji większych majątków, podzielono ok. 2,7 mln ha ziemi. Niestety proces rozdrobnienia gospodarstw chłopskich postępował nadal, a przeludnienia agrarnego nie zlikwidowano. Powiedzmy wprost: nawet parcelacja całej większej własności prywatnej w rolnictwie nie mogła rozwiązać problemu przeludnienia agrarnego. W 1938 roku w rękach ziemiaństwa znajdowało się 4,6 mln ha ziemi, podczas gdy do upełnorolnienia całej ludności wiejskiej potrzeba było ponad 7,6 mln ha. Radykalna reforma rolna przyniosłaby krajowi same nieszczęścia – np. w związku z tym, że majątki ziemskie były o wiele wydajniejsze od drobnych gospodarstw, zabrakłoby na polskim rynku ok. 0,7 mln ton zboża i spowodowałoby to likwidację eksportu zbóż. Za tym poszłaby zwyżka cen żywności i podniesienie kosztów utrzymania. Ponadto budżet państwa utraciłby ok. 200 mln zł wpływów, ponieważ wielkie majątki ziemskie były najbardziej opodatkowane spośród wszystkich gospodarstw wiejskich.

Ameryka zamyka drzwi

Jeśli nie reforma rolna, to może emigracja za chlebem? Tak, emigracja mogła rozwiązać problem przeludnienia, lecz tak się nie stało z powodu wprowadzenia przez Stany Zjednoczone w czasie wielkiego kryzysu gospodarczego tzw. kwot imigracyjnych (inne bogatsze państwa poszły za przykładem USA), co drastycznie ograniczyło napływ przybyszów, w tym także z Polski. Jedynym realnym sposobem likwidacji przeludnienia agrarnego była deregulacja gospodarki, zdjęcie gorsetu nałożonego na prywatną inicjatywę, zmniejszenie podatków i biurokracji, likwidacja monopoli, uczynienie z Polaków narodu przedsiębiorców. Zbędni na wsi znaleźliby pracę w fabrykach, warsztatach rzemieślniczych, w handlu i usługach. Z przyczyn ideowych taka droga rozwoju gospodarczego była obca socjalistycznym, sanacyjnym doktrynerom i ignorantom. „Zaraz, zaraz!” – krzyknie w tym miejscu jakiś epigon piłsudczyzny. „Przecież to sanacja stworzyła potężny Centralny Okręg Przemysłowy”. A wiedzą Państwo, ile osób zatrudniono w zakładach COP? 100 tysięcy. Jeśli przyjmiemy, że wśród tych 5,5 mln zbędnych osób na wsi znajdował się milion mężczyzn, których można by zatrudnić w fabrykach, no to Kwiatkowski musiałby zainicjować powstanie 10 takich COP-ów. Tymczasem w ciągu 13 lat rządów sanacji powstał tylko jeden, a pieniądze na ten cel państwo bezwzględnie ściągało od podatników i prywatnych przedsiębiorców, przyczyniając się tym samym do zlikwidowania Bóg wie ilu miejsc pracy w prywatnych fabrykach i warsztatach.

Lewica u steru

Spośród wszystkich sanacyjnych ministrów rolnictwa najdłużej urzędującym szefem tego resortu (od 1934 do 1939 roku w czterech kolejnych gabinetach; w sumie aż sześciokrotnie piastował tę funkcję) był Juliusz Poniatowski – legionista i zaprzysięgły piłsudczyk – znany z lewicowych poglądów. Karierę lewicowca rozpoczął już w wieku 19 lat, kiedy to w 1905 roku zorganizował pierwszy w Lubelskiem strajk rolny, w Jaszczowie – majątku… swojego ojca! Nie chcąc, aby majątek popadł w ruinę, ojciec wyszukał dla syna posadę administratora w dobrach hrabiego Antoniego Rostworowskiego i w ten sposób pozbył się warchoła. Rostworowski dał stanowisko rządcy Poniatowskiemu juniorowi pod warunkiem, iż ten nie będzie szerzył propagandy socjalistycznej wśród pracowników folwarku. Jako minister rolnictwa Poniatowski zaangażował się w powstanie Państwowego Instytutu Kultury Wsi oraz opiekował się uniwersytetami ludowymi, gdzie przez wszystkie przypadki odmieniano takie słowa jak „postęp” czy „kolektyw” i zajmowano się zwalczaniem na wsi „zgubnych wpływów Kościoła i kleru”. Przebąkiwano również o wielkich dochodach Poniatowskiego (nie do końca legalnych), bowiem Ministerstwu Rolnictwa podlegało Towarzystwo Zachęty do Hodowli Koni (prowadzące totalizator wyścigów konnych), dysponujące rocznym budżetem (60 mln zł) większym od budżetu niejednego wielkiego przedsiębiorstwa państwowego! Ale tylko „przebąkiwano”, ponieważ Towarzystwo nie podlegało żadnej kontroli (także prokuratorskiej) i żadnej krytyce.
Niektóre poglądy i wypowiedzi prominentnych sanatorów, uznawanych za autorytety w dziedzinie rolnictwa, wręcz szokują dyletantyzmem i zupełnym oderwaniem od rzeczywistości. Pochylmy się na momencik nad przemówieniem sejmowym generała Lucjana Żeligowskiego z 19 lutego 1936 roku. Żeligowski w swoim wystąpieniu postulował nie tylko drastyczną obniżkę cen niektórych artykułów (np. cena cukru miała być niższa od ceny buraków cukrowych), ale przede wszystkim zaskoczył Wysoką Izbę fantastyczną tezą, że Polska, aby zapewnić szczęście społeczeństwu, musi być krajem „czysto rolniczym i zupełnie wyrzec się przemysłu”. Polska – według generała – powinna naśladować… Chiny! Jedynym parlamentarzystą, który odważył się zaprotestować, był Andrzej Wierzbicki, prezes Lewiatana. Najpierw wywołał wesołość posłów, oświadczając: „Posiadam dokument, który dowodzi, że ze wszystkich posłów, jacy są w tym Sejmie, jestem najbliższy Panu Generałowi Żeligowskiemu… najbliższy wiekiem. Metryka jest tym dokumentem”, a następnie celnie zareplikował, pytając retorycznie: „Gdzież jest przyszłość Dalekiego Wschodu – czy w małej Japonii, czy w olbrzymich Chinach?”.

CZYTAJ DALEJ

5 KOMENTARZE

  1. Bardzo ciekawy jest wątek prześladowania chłopów przez urzędników-idiotów. Stosunek do prywatnej własności nie uległ niestety zmianie. Nadal najważniejszy jest urzędnik i jego „mądre” zarządzenia. Nasza szlachta nie chciała być przedsiębiorcami, wolała urzędy. Przejął to od niej lud. I nadal jesteśmy biedakami Europy.

  2. Za industrializacji Polski w czasach Edwarda Gierka za to o mało nie wpadnięto w drugą skrajność bo całkiem poważnie rozważano koncepcje likwidacji rolnictwa w Polsce i zatrudnienia wszystkich ludzi w przemyśle. Zakładano że potrzebną żywność się sprowadzi za dewizy uzyskane z eksportu produktów przemysłu maszynowego i wydobywczego. Ktoś jednak doszedł do wniosku że co będzie jak nikt nie będzie chciał sprzedać żywności bo będzie na świecie jakiś nieurodzaj. A co do II RP to problem rozwoju gospodarczego leżał po prostu w braku kapitału na rozwój większych przedsiębiorstw przemysłowych. Drobne firmy ledwo przędły i nijak nie były w stanie się rozwinąć ograniczane na dodatek bardzo niską siłą nabywczą społeczeństwa spowodowaną niskimi zarobkami spowodowanymi niską wydajnością pracy i ogromną podaż rąk do pracy. Takie typowe błędne koło. No właśnie kanały ucieczkowe nadwyżek ludności czyli Ameryka dla Galicji i zaboru rosyjskiego zostały zablokowane z powodu narastającego bezrobocia w USA i tym samym założenia blokad administracyjnych. Ludzie i tak kombinowali kupowali sobie naprzykład niewykorzystane niemieckie limity emigracyjne w Prusach Wschodnich i wyjeżdzali wtedy do USA na fałszywych niemieckich papierach, albo po prostu płynęli do Meksyku i przedostawali się wtedy bez trudu przez granicę meksykańsko – amerykańską. Dziś wysoko skapitalizowane i rozwinięte gospodarki potrzebują na tyle niewiele zwykłych niekwalifikowanych robotników że dla gospodarki i bezpieczeństwa socjalnego USA jest pilną sprawą postawienie muru na granicy z Meksykiem i zablokowanie napływu desperatów z z południa i w tym nadciągających aż z bankrutującej Brazyli. Ludność z zaboru pruskiego też została zablokowana administracyjnymi i również gospodarczymi problemami w możliwościach podejmowania pracy w Niemczech. I tak na terenie całej II RP nazbierało się miliony ludzi zbędnych bez szans na pracę w Polsce i bez szans na emigrację. Dopiero po rozkręceniu keynesizmu w hitlerowskich Niemczech gwałtownie wzrosło tam zapotrzebowanie na siłę roboczą i już na początku 1939 władze niemieckie zgłaszały zapotrzebowanie na setki tysięcy pracwoników rolnych i nawet potencjalnie miliony pracowników przemysłowych z terenu Polski. Władze polskie kategorycznie się sprzeciwiły takim propozycjom. Jednakże już wkrótce praca sama przyszła do ludności na terenie byłej Polski. Na terenach wcielonych do Rzeszy większość zakładów została potężnie doinwestowana, postawiono ponadto wiele nowych zakładów. W moich okolicach produkowano w tylko 1 ogromnej fabryce 1/5 całego zapotrzebowania na materiały wybuchowe, w innych zakładach produkowano całe segmenty Ubootów, itp, itd. Ponadto w prasie na okrągło leciały ogłoszenia o naborze do szkół mechaników lotniczych, kierowców ciężarówek, ponadto w gazetach zaroiło się od ogłoszeń żałobnych. Więc problem bezrobocia zniknął. W Generalnym Gubernatorstwie wkrótce po zajęciu okupacyjnym bezrobocie się strasznie srożyło, bo szereg zakładów zostało rozkradzionych i zamkniętych. Generalnie plan dla Generalnego Gubernatorstwa zakładał zaoranie przemysłu niemal do zera. Jednakże życie a konkretnie alianckie bombardowania terenu Niemiec wymusiły przenosiny dużej ilości produkcji na wchód również za granice Rzeszy. W GG w 1944 było już kilka tysięcy filii niemieckich firm. Szkoda tylko że często była to produkcja zorganizowana na zasadzie pracy przymusowej za drutami. Choć chyba nie wszędzie, planowany do zaorania polski COP został w czasie wojny rozbudowany i pracował pełną parą, kiedyś rozmawiałem z ludzmi pracującymi po tamtych zakładach w czasie wojny i na tamtą pracę i warunki finansowo socjalne nie narzekali.

  3. Taka chałupa jak na ilustracji to pstryknięta dzisiaj z jakiejś prywatnej posesji stylizowanej na tradycyjne wzory. A w rzeczywistości nawet szlacheckie dworki w II RP były w zdecydowanie gorszym stanie. Tak do końca się nie da naśmiewać z poczynań władz II RP ponieważ były niezmiernie ograniczone możliwości działania. Kraj był przeludniony , w takim USA były stany o większej powierzchni niż Polska, zresztą są do dzisiaj , gdzie ludność nie dobija nawet do 10 mln. A mimo tego cała gospodarka rolna polegała tam na wypaleniu lasu , uprawach prze kilka lat , a potem na porzuceniu wyjałowionej ziemi i udaniu się do miasta na zapomogę bo pracy też już nie było w okresie międzywojennym, tak podają pamiętniki polskicj emigrantów z Ameryki. W Polsce cała II poł. XIX w. do I wojny to była masowa emigracja do Ameryki i północnej i południowej i do zachodnich Niemiec i wschodnich zresztą też. Ta emigracja została nagle zahamaowana najpierw w 1914 a defintywnie po 1929 roku. I żaden rząd bez dostępu do kapitałów by mimo największej deregulacji wolnego rynku nic nie wskórał na biedę.

    • 1914r? Przeciez polowa niemiec byla zaludniona prze ludzi mowiacych po poldku, a dwa to to ze polowa niemiec to Polska. A trzy to germania to Słowianie zarzadzani przez debili saxonczykow

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here