Premier i minister spraw wewnętrznych Felicjan Sławoj-Składkowski. To on mianował starostów fot. domena publiczna

Jednym z częściej powtarzanych przez propagandę sanacyjną sloganów było hasło „pracy państwowotwórczej”. Za pomocą tego sloganu sanatorzy tłumaczyli i przyczyny majowej rebelii, i konieczność zamykania ust opozycji, i „rządy przyjaciół”, i panoszące się kolesiostwo, a nawet tuszowanie afer. Oczywiście na „pierwszej linii pracy państwowotwórczej” znajdowali się dygnitarze i wyżsi urzędnicy, do których zaliczamy również starostów. To właśnie oni, starostowie, stanowili ekspozyturę sanacyjną w terenie.

Niestety, wielu spośród nich, zamiast świecić przykładem, zajmowało się nabijaniem własnej kabzy i łamaniem prawa. Gdyby nie upór i uczciwość inspektorów Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, dociekliwość i odwaga dziennikarzy prasy opozycyjnej oraz niezłomność i bezstronność pracowników wymiaru sprawiedliwości, którym sanacja nie zdążyła jeszcze przetrącić kręgosłupów, opinia publiczna nie zdawałaby sobie sprawy z tego, jakież to efekty przynosiła „praca państwowotwórcza” takich starostów jak Edmund Koślacz, Franciszek Biolik, Eugeniusz Rogawski i Henryk Wąs.

Koślacz zawsze się znalazł i zdefraudował
Kariera pierwszego z nich, Edmunda Koślacza, rozpoczęła się w momencie odrodzenia polskiej państwowości. Najpierw przez rok (1919-1920) piastował urząd prezydenta Siedlec, a w latach 1920-1927 (z roczną przerwą – 1922-1923) był starostą powiatu siedleckiego.

W czasie zamachu majowego zdecydowanie opowiedział się po stronie legalnych władz, o czym świadczył pewien epizod odnotowany we wspomnieniach ówczesnego premiera, Wincentego Witosa:

„Starosta siedlecki p.Koślacz bardzo wcześnie zawiadomił ministerstwo [spraw wewnętrznych – S.S.], iż część garnizonu siedleckiego ładuje się na wagony i (…) zamierza jechać do Warszawy na pomoc Piłsudskiemu. Prosi o rozkaz ministerstwa, gdyż jest w stanie przeszkodzić wyjazdowi, a co najmniej wstrzymać go na kilka godzin”.

Ale ministerstwo nie wydało żadnego rozkazu, bo minister Stefan Smólski zażywał wywczasów, z których przezornie nie planował szybko powrócić. Nie zrażony nieobecnością Smólskiego, Koślacz skontaktował się telefonicznie z samym Witosem „powtarzając swoją propozycję i zapewniając jej powodzenie”.

Przed udzieleniem odpowiedzi Witos poprosił o opinię ministra kolei, Adama Chądzyńskiego. „Sprawa nagliła, p.Koślacz stał przy telefonie, a minister Chądzyński” – skarżył się Witos – „zachował się jakoś dziwnie i nienaturalnie. Nagliłem o natychmiastowe oświadczenie, gdyż każda minuta może decydować. Ten, zamiast dać mi odpowiedź, oddalił się, w czasie mojej nieobecności zwołał fachowców na naradę, jakby to było w czasach największego spokoju”.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here