Przez cały okres dwudziestolecia międzywojennego państwo polskie bardzo mocno ingerowało w politykę celną i cenową. W latach 1918-1922 było to usprawiedliwiane wojną polsko-bolszewicką i walkami o polskie granice. Po roku 1922 próbowano z taką polityką zerwać, lecz z marnym skutkiem, no a gdy w 1926 roku sanacja dorwała się do władzy, nastąpiły czasy rozbuchanego etatyzmu i omnipotencji państwa, które ingerowało we wszystkie dziedziny życia gospodarczego, w tym także w cła i ceny.

Dla sanacyjnych ekonomistów nie ulegało wątpliwości, że nasze państwo powinno osiągać w handlu zagranicznym dodatni bilans. Traktowano to jak aksjomat, jak dogmat nie podlegający żadnej dyskusji. Opozycja wykpiwając takie podejście, używała w polemikach określenia „fetysz dodatniego bilansu handlowego”; zarzucano sanacji kurczowe trzymanie się doktryny merkantylistycznej rodem z XVI i XVII wieku; przestrzegano, że dodatni bilans handlowy wcale nie musi być dobry dla rodzimej gospodarki. Utalentowany pisarz, Andrzej Bobkowski, w 1940 r. przebywając we Francji, tak wspominał przedwojenną polską gospodarkę: „wiecznie dodatni bilans handlowy kosztem eksportu tego, co było najkonieczniejsze, kosztem wywozu broni, której zabrakło na własną obronę.” Żadne argumenty nie były jednak w stanie przekonać rządowych ekonomistów. Dodatni bilans w handlu zagranicznym musiał być osiągnięty, a skoro tak, zaczęto w polityce celnej stosować całą paletę instrumentów, takich jak kontyngenty, kwoty przywozowe i wywozowe, premie eksportowe, protekcjonizm celny, dumping.

Zatrzymajmy się na dłużej przy tym ostatnim instrumencie. Najprościej tłumacząc, dumping polega na sprzedaży swoich produktów za granicę po cenach niższych niż na rynku krajowym (lub nawet po cenach niższych od kosztów ich wytworzenia). Jednym z towarów eksportowanych przez Polskę po cenach dumpingowych był cukier. Podatek od 100 kg cukru wynosił do 1935 roku 43,50 zł, co rzecz jasna windowało jego cenę. W 1930 roku za kilogram cukru w handlu detalicznym należało zapłacić ok. 1,40 zł (czyli w przeliczeniu na dzisiejsze złotówki, ok. 14 zł). Oczywiście sprzedaż zaczęła wyraźnie spadać. Z jednej strony mamy mnóstwo reklam i plakatów z tamtych lat z hasłem „Cukier krzepi” (nb. Melchior Wańkowicz, autor tego sloganu reklamowego, otrzymał za niego niezłą sumkę 5 tys. zł), zachęcających do zwiększenia spożycia cukru, a z drugiej strony mamy taką wysoką, zaporową, odstręczającą od kupna cenę. Czym wytłumaczyć ową sprzeczność? Dumpingiem. Otóż polski rząd wymyślił sobie, że trzeba koniecznie poprawić bilans handlu zagranicznego i wobec tego należy sprzedawać cukier za granicę po… 17 gr za 1 kg! Przemysł cukrowniczy (państwo poprzez kontyngentowanie produkcji i zbytu w pełni kontrolowało ten przemysł) musiał jakoś powetować sobie straty na eksporcie. Tymi którzy mieli pokryć te straty, byli polscy konsumenci. Wyszło więc na to, że biedny jak mysz kościelna Jan Kowalski (roczny dochód per capita to 666 zł), zostawał sponsorem bogatego Johna Smitha (roczny dochód per capita w Wielkie Brytanii to 3682 zł). W taki oto sposób sanacyjny rząd zatroszczył się o dobry nastrój Johna Smitha podczas codziennego, popołudniowego ceremoniału five o’clock. Ażeby, broń Boże, nie przyszło Kowalskiemu do głowy słodzić swojej herbaty sacharyną, władze wprowadziły przepisy pozwalające sprzedawać słodziki wyłącznie diabetykom, za zezwoleniem urzędów skarbowych. Doprowadziło to do rozkwitu przemytu sacharyny z Niemiec, zaciekle tępionego przez dzielnych chłopców ze Straży Granicznej.

CZYTAJ DALEJ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here