Konferencja pracy w 1919 roku.

Choć II Rzeczpospolita należała do grupy najbiedniejszych krajów europejskich, szczyciła się posiadaniem najbardziej postępowego ustawodawstwa socjalnego. Władze z dumą podkreślały, że w sferze ubezpieczeń społecznych świat powinien wzorować się na Polsce. Jeszcze nie mieliśmy wytyczonych granic, a już chwaliliśmy się ośmiogodzinnym dniem i 46-godzinnym tygodniem pracy. Dla porównania: w 1919 roku Międzynarodowa Organizacja Pracy uchwaliła konwencję (zwaną waszyngtońską), ustanawiającą jako normę międzynarodową ośmiogodzinny dzień i… 48-godzinny tydzień pracy.

11 stycznia 1919 roku Naczelnik Państwa wydał dekret o obowiązkowym ubezpieczeniu na wypadek choroby, uzupełniony następnie zapisami ustawy z maja 1920 roku. System ubezpieczenia chorobowego oparto na za sadach: powszechności, terytorialności, przymusu oraz samorządności. Utworzono kasy chorych. Składka na ubezpieczenie chorobowe stanowiła 6,5 proc. zarobku. W 3/5 była płacona przez pracodawcę, a w 2/5 przez pracownika. Zasiłek chorobowy wynosił 60 proc. pensji, gdy ubezpieczony przebywał w domu, a 40 proc., gdy na skutek choroby trafił do szpitala. Świadczenie wypłacano przez 26 tygodni. Jeżeli choroba była wynikiem wypadku przy pracy, zasiłek był płatny aż do wyzdro wienia. Pracownice, które urodziły dziecko, miały prawo do zasiłku w wysokości 100 proc. przez osiem tygodni. Taki był początek ubezpieczeń społecznych w Polsce. Potem poszło z górki: wprowadzono ubezpieczenie wypadkowe, emerytalne robotników, emerytalne pracowników umysłowych oraz od… bezrobocia.

Przedsiębiorcy wszczęli larum przeciw tak rozbudowanym przywilejom socjalnym, argumentując, że nie może tak być, aby w kraju wyniszczonym działaniami wojennymi, kraju biednym, przyznawać takie przywileje pracownikom, a koszty tego przerzucać w głównej mierze na pracodawców. Spowoduje to podniesienie kosztów pracy – odczują to boleśnie konsumenci (wzrost cen towarów będzie nieunikniony, bo przecież przemysł nie czerpie swych dochodów z powietrza), odczuje to cała polska gospodarka, która nie będzie mogła skutecznie konkurować z gospodarkami innych państw. Nie raz i nie dwa przemysłowcy zwracali się do władz z sensownymi propozycjami rozwiązania tego problemu. Na przykład Andrzej Wierzbicki, prezes Lewiatana, w imieniu przemysłowców zaproponował w czerwcu 1924 roku na forum Rady Gospodarczej przy Ministerstwie Skarbu, w jaki sposób uniknąć przesilenia gospodarczego: „Przemysłowcy gotowi byli zrezygnować z przetrzymywania rosnących zapasów towarów w składach fabrycznych” – wspominał Wierzbicki – „kosztem uruchomienia nowych kredytów i powolnej likwidacji składów, zdjąć z rynku nadmiar towaru z epoki inflacyjnej, przeprowadzając demonstracyjnie radykalną, ostateczną, jednorazową zniżkę cen poniżej kosztów własnych, zgodzić się na „spalenie towarów”, jeżeli jednocześnie robotnicy zgodzą się na przedłużenie czasu pracy i dostosowanie go do norm europejskich w granicach konwencji waszyngtońskiej. Lecz i tym razem nawet za cenę „spalenia towarów” nie uzyskaliśmy poparcia premiera (Władysława Grabskiego – S. S.) ani zgody stronnictw robotniczych”.

Problem czasu pracy był sprawą istotną – polski robotnik pracował w ciągu roku o 25 dni krócej niż robotnik francuski, włoski czy belgijski. „Gdy w listopadzie 1924 roku” – snuje dalej swoje wspomnienia Wierzbicki – „minister pracy i opieki społecznej Darowski wykazał w komisji pracy niemożność utrzymywania nadal w Polsce najkrótszego czasu pracy w przemysłowej Europie, (premier) zdymisjonował go natychmiast i zastąpił go Sokalem, który się szczycił, że Polska ze wszystkich państw orbis terrarium najdalej poszła w prawodawstwie socjalnym. Przecież nie mógł się łudzić, że Polska, która w wielkim wysiłku odbudowała stan przedwojenny swego przemysłu, zdoła w tych warunkach nadążyć z modernizacją swych warsztatów pracy”. Z powyższych słów trzeba chyba wysnuć dość smutną konstatację, że ten i kolejne rządy II RP zachowywały się tak, jakby wyznawały dewizę: niech się w cholerę załamuje produkcja, byleby tylko zachować zdobycze socjalne!

Administracja w służbie… zdrowiu?

Poziom usług medycznych oferowanych przez ambulatoria i szpitale w ramach systemu ubezpieczenia chorobowego był na tyle niezadowalający, iż pracownicy, przymusowo uszczęśliwiani płaceniem składek na kasy chorych, dokładali wszelkich starań, aby leczyć się gdzie indziej, prywatnie. Narzekano – i nie bezpodstawnie – na wysokie składki i duże koszty administracyjne kas chorych. Na przykład badania przeprowadzone przez Towarzystwo „Liga Pracy” w 1932 roku wykazały, że koszty funkcjonowania kas chorych przeliczone na głowę ubezpieczonego Francuza stanowiły 0,34 proc. w jego rocznych dochodach; Brytyjczyka – 1,84 proc., Niemca – 2,47 proc., Węgra – 2,98 proc., Czecha i Słowaka – 4,5 proc., Austriaka – 5,76 proc., Polaka – aż 9,46 procent!

CZYTAJ DALEJ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here