Mianem samarytanizmu gospodarczego określano w II RP przejmowanie przez państwo upadających przedsiębiorstw prywatnych. Sprawa ta wywoływała ostre polemiki pomiędzy zwolennikami tego zjawiska, wywodzącymi się spośród środowisk sanacyjnych i lewicowych, a jego przeciwnikami, którzy hołdowali poglądom liberalizmu gospodarczego.

Zwolennicy samarytanizmu podkreślali, że państwo, przejmując upadające zakłady prywatne, czyni tak ze względów społecznych i gospodarczych. Dzięki samarytanizmowi nie likwiduje się miejsc pracy. Pracownicy oraz ich rodziny mają źródło utrzymania i nie muszą korzystać z pomocy socjalnej. Stopa bezrobocia nie ulega powiększeniu, a nastroje społeczne nie ulegają radykalizacji. Pracownicy otrzymujący regularne pensje przyczyniają się do ożywienia popytu. Poza tym każde funkcjonujące przedsiębiorstwo, produkując towary bądź oferując usługi, płaci państwu podatki, przyczyniając się tym samym do wzrostu bogactwa narodowego.

Przeciwnicy samarytanizmu twierdzili zaś, że każde przedsiębiorstwo prywatne, które nie radzi sobie w warunkach gospodarki rynkowej, powinno upaść. Sztuczne podtrzymywanie przez państwo tych zakładów prowadzi do opłakanych skutków. Według liberałów, każde przedsiębiorstwo państwowe – w odróżnieniu od prywatnych – korzysta z systemu ulg, dotacji skarbowych i przywilejów. Nie ma to nic wspólnego z zasadami gospodarki wolnorynkowej. Przedsiębiorstwa państwowe są gorzej zarządzane (z reguły przez nomenklaturę sanacyjną) i mniej rentowne od prywatnych. W wyniku tego wpłacają o wiele mniej pieniędzy do skarbu państwa niż spółki prywatne, które de facto utrzymują przedsiębiorstwa państwowe.

Takich właśnie argumentów używał rząd, kiedy pomagał będącym w poważnych tarapatach Zjednoczonym Zakładom Włókienniczym K. Scheiblera i L. Grohmana SA w Łodzi. I takich właśnie argumentów używali przeciwnicy pomocy rządu dla Scheiblera i Grohmana. Sprawa elektryzowała nie tylko Łódź i Polskę, ale była dość głośna w Europie, przynajmniej w kręgach przemysłowców. Zakłady Scheiblera i Grohmana, zatrudniające ok. 10 tys. robotników, prosperowały w miarę pomyślnie do wybuchu wielkiego kryzysu gospodarczego. Wtedy przedsiębiorstwo zaczęło mieć kolosalne trudności i aby sobie z nimi poradzić, starano się usilnie o kredyty. Gdy żaden z banków prywatnych już nie chciał ich dawać, zwrócono się o pomoc do rządu. Rząd, szermując hasłami samarytanizmu gospodarczego, wyraził zgodę. 16 maja 1930 roku Komitet Ekonomiczny Ministrów podjął decyzję, aby Bank Gospodarstwa Krajowego (największy bank państwowy) udzielił firmie kredytu w wysokości 22.250.000 złotych. Pomoc na niewiele się zdała, a sytuacja finansowa zakładów była coraz gorsza. 30 czerwca 1931 roku saldo debetowe tej spółki wynosiło 22.076.000 złotych. Bankowi Polskiemu była ona winna ok. 9 mln zł, a oprócz tego znaczne sumy wierzycielom prywatnym. Karol Scheibler i Henryk Grohman załamują ręce i proszą rząd o dalsze wsparcie. Władze nie pozostają głuche na apele i udzielają firmie gwarancji w wysokości 1 mln $ oraz 6 250 000 franków szwajcarskich; tolerują także zaległości podatkowe przedsiębiorstwa. Cierpliwość rządu skończyła się jednak w 1933 roku, gdy BGK przejęło 55% akcji spółki.

Działalność zakładów w ciągu tych trzech lat otrzymywania pomocy państwowej wyrządziła w przemyśle włókienniczym wiele szkód. Chcąc wyciąć konkurencję, Scheibler i Grohman stosowali „ramsze”, czyli sprzedawali poniżej kosztów wytwarzania. Miało to druzgocący wpływ na rynek włókienniczy, gdyż „ramsze” obniżyły ogólny poziom cen, nie tylko poniżej kosztów produkcji Scheiblera, ale także poniżej kosztów produkcji wszystkich wytwórców. Łódź ogarnęła plaga upadłości – i właśnie wtedy powstało powiedzenie: „Scheibler i Grohman położyli pół Łodzi”. Charakterystyczne, że sanacja, przekazując fabryce ciężkie miliony zabrane polskim podatnikom, miała usta pełne frazesów o ratowaniu kilku tysięcy miejsc pracy. Owszem, uratowano je, lecz przy okazji w wyniku nieuczciwej konkurencji stosowanej przez Scheiblera i Grohmana pracę straciło 20 tys. osób! Wynika z tego, iż dla gospodarczych dyletantów robotnicy od Scheiblera i Grohmana to byli „ci lepsi”, którym trzeba pomagać, a pracownicy innych fabryk to byli „ci gorsi”, którym pomagać nie trzeba.

Ponadto cała ta afera przyczyniła się do powstania tzw. przemysłu anonimowego. W przemyśle tym anonimowy przedsiębiorca-oszust nie wykupywał świadectwa przemysłowego, nie płacił podatków, nie inwestował w maszyny, nie budował fabryki, nie wydzierżawiał nieruchomości, nie odprowadzał składek na ubezpieczenia społeczne; ów anonimowy przedsiębiorca kupował od hurtownika bawełnę za gotówkę, nie ujawniając swojego prawdziwego nazwiska, oddawał bawełnę do wyprzędzenia, potem ją odbierał i sprzedawał pokątnie. „”Anonim” zaś nazywa się powszechnie w Łodzi – tłumaczył w reportażu Józef Mackiewicz – fabryczka anonimowa, nie płacąca ani podatków, ani świadczeń, ani świadectw. Często w prywatnym domu. Dziedzińce łódzkie są zapchane wozami, tragarzami, materiałem, surowcem, krzyk, rwetes. Kto będzie wiedział, dla kogo to jedzie bawełna, wwożona wprost dorożką. I te małe fabryczki, te „żydowskie” anonimy, najbardziej i najboleśniej wyzyskują robotnika. A robotnikiem tym jest w 90 procentach chrześcijanin” – wyjaśniał przy okazji Mackiewicz fenomen gwałtownego wzrostu nastrojów antysemickich w Łodzi.

Jak już raz sanacyjne państwo wkroczyło na drogę interwencji w przemyśle włókienniczym, tak nie potrafiło z tej drogi już zejść. Przemysł wełniany, bawełniany, lniarski, jutowy, jedwabniczy – wszystkie one zaznały „dobrodziejstw” interwencji państwa. Z całego szeregu przykładów ingerencji władz przedstawmy tylko cztery.

CZYTAJ DALEJ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here