Grzelak: Słoneczne plaże nad oceanem krwi. Lenin jest w Rosji wiecznie żywy! Co z ofiarami represji politycznych z czasów sowieckich?

Prezydent Rosji, który 30 października odsłonił w Moskwie monument poświęcony ofiarom represji politycznych z czasów sowieckich, dostrzega także jasne strony przewrotu bolszewickiego oraz jego następstw. Co więcej, jako ich głównego beneficjanta wskazuje Zachód. – Odpowiedzią na wyzwanie ze strony ZSRS stały się liczne na Zachodzie osiągnięcia XX wieku – powiedział Włodzimierz Putin. Następnie spróbował uściślić, że ma na myśli „nie tylko geopolityczne zwycięstwa w następstwie tak zwanej zimnej wojny” (nie wyjaśnił jednak, o co dokładnie mu chodzi), ale przede wszystkim „wzrost poziomu życia, uformowanie się silnej klasy średniej, reformy rynku pracy i sfery socjalnej, powstanie i gwarancje praw człowieka, włącznie z prawami mniejszości narodowych i prawami kobiet, likwidację segregacji rasowej, która jeszcze kilka dekad temu była haniebną praktyką w wielu krajach, włącznie z USA”. Takie stwierdzenia padły zupełnie poważnie.

Zgodna rodzina braterskich narodów

Skoro władca Kremla rozpad ZSRS uznaje za największą katastrofę geopolityczną XX stulecia, oczywiste jest, iż powstanie państwa bolszewickiego traktuje jako jedno ze szczytowych dokonań ludzkości. Absurdalność wypowiedzi Putina dla Rosjan wcale nie jest taka oczywista i uderzająca. Propaganda bolszewicka piała na cały glob z zachwytu nad ojczyzną proletariatu, wysławiając jej osiągnięcia i ogólną wspaniałość, ale nabierali się na to tylko zapiekli lewicowi maniacy. W porównaniu ze zniewoleniem panującym w reżimie komunistycznym nawet niezbyt zasobne i praworządne kraje wolnego świata biły na głowę jakością życia czerwoną awangardę postępu.

Poziom życia, mierzony dobrobytem ludności, był zdecydowanie wyższy w Rosji carskiej niż w państwie, jakie ją zastąpiło. Klasa średnia, która zresztą do tej pory formuje się z wielkimi trudnościami w większości krajów posowieckich, na Zachodzie istniała już w XIX wieku, wbrew dwubiegunowej wizji społecznej Karola Marksa. O prawach człowieka nie ma co nawet wspominać, bo stale upominali się o nie sowieccy dysydenci, a co do segregacji rasowej – wystarczy przypomnieć operację polską NKWD, wysiedlenie Tatarów z Krymu czy choćby dość powszechne nawet dzisiaj wśród „prawdziwych Rosjan” (lub tych, którzy za takich się uważają) pogardzanie przedstawicielami rdzennych narodów Azji, Kaukazu czy Nadwołża. Słowianie wschodni już w przedszkolu wiedzą, kto to są chacziki (od ormiańskiego imienia Chaczatur), czurki (pniaki), czyli głównie Uzbecy i reprezentanci innych ludów środkowoazjatyckich, czy też czuczmeki – mongoloidalni mieszkańcy Syberii, termin wywodzony jest od azteckiej (!) nazwy Meksyku.

Sowieccy urzędnicy już w latach dwudziestych wymyślili kancelaryzm „osoba narodowości żydowskiej”, kładąc przy okazji podwaliny pod konstrukcje frazeologiczne współczesnego języka politycznej poprawności. Wprawdzie sporo przedstawicieli nacji określanej tym terminem uważało, że jest on właściwie jedynie synonimem wyrażenia „żydowska morda”, niemniej pod koniec formalnego istnienia Związku Sowieckiego, wraz ze wzrostem przestępczości popełnianej przez przedstawicieli narodów mieszkających w cieniu Elbrusa, według tego samego wzoru neutralizacji językowej utworzono w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych pojęcie „osoba narodowości kaukaskiej”. Podróżujący mniej więcej w tym samym czasie po USA „czyści” Rosjanie nie posiadali się z oburzenia, gdy definiowano ich jako caucasian.

Motor postępu

Także wzmianka o prawach kobiet brzmi jak szyderstwo, bo czerwone władze najpierw wprawdzie pozwoliły przez kilka lat popisywać się Aleksandrze Kołłontaj „emancypacją”, ale potem wybiły jej i innym towarzyszkom z głów feministyczne mrzonki, a sowieckim paniom pokazały, gdzie ich miejsce, zaganiając na wielkie budowy komunizmu lub do kołchozowych mleczarń. Los, jaki zgotowało im bolszewickie państwo, nie był do pozazdroszczenia, a dowodzą tego choćby wspomnienia tych kobiet, które w obskurnych roddomach (szpitalach położniczych) wydawały na świat swoje dzieci – w warunkach bardzo często urągających elementarnej ludzkiej godności. Naturalnie egzegeci Włodzimierza Putina są jak zawsze gotowi odwrócić kota ogonem i dowieść, że jego wypowiedź trzymała się kupy, bo przecież, jak wiadomo, potrzeba jest matką wynalazku, a potrzeba wojenna (w konflikcie otwartym czy choćby zimnym) tym bardziej.

Ale tą metodą można też doszukiwać się jasnych aspektów wojny rozpętanej przez III Rzeszę i Związek Sowiecki. Człowiek, który znalazł się w opałach, zwykle poczyna obmyślać fortele, aby wydostać się z kabały. Stres pobudza go do wytężonej pracy umysłowej, a czasami także i fizycznej, co istotnie w pewnych obiektywnych kategoriach, mocno oderwanych od realiów, można uznać za zjawisko pozytywne. W praktyce zalety takiej sytuacji dostrzeże jedynie osobnik o wyjątkowo oryginalnej umysłowości.

Wychodzi zatem na to, że Zachód ma wypadkom, które rozegrały się w Rosji sto lat temu, sporo do zawdzięczenia. Jest zatem rosyjskim dłużnikiem. Włodzimierz Putin pod Ścianą Bólu, pomnikiem komunistycznych zbrodni, przyznał, że „nie można zapomnieć ani usprawiedliwić represji”. Scharakteryzował również bolszewicki terror: – Każdemu mogły być przedstawione wymyślone i całkowicie niedorzeczne oskarżenia, miliony ludzi napiętnowano jako wrogów ludu, rozstrzelano albo uczyniono kalekami, przeszli oni przez męczarnie więzień, obozów i zsyłek.

CZYTAJ DALEJ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here