Wigilie na Syberii… Te, w których uczestniczyłem, oczywiście nie wyglądały tak, jak na znanym obrazie Jacka Malczewskiego. Zmieniły się czasy, ustąpiła (zelżała, zmieniła jakość?) niewola, a odległą Ojczyznę mocno przybliżały telefon i internet. Także stół świąteczny nie był pusty, choć czasem znajdowały się na nim rzeczy w Polsce raczej nie spotykane: wypytywany przed wspólną Wigilią przez rodaków zza Uralu, jakie potrawy są w ten wieczór obowiązkowe, wymieniłem naturalnie rybę – i 24 grudnia wszyscy przynieśli konserwy ze szprotkami, okrągłe i płaskie jak magazynki do pepeszy.

Ale tak samo szeleściło sianko pod obrusem, tak samo niecierpliwie vano pierwszej gwiazdy (zabłysła sześć godzin wcześniej niż nad Wisłą), panował niepodzielnie ten sam wyjątkowy nastrój Nocy Narodzin, ta cała esencja polskości. A wszystko to w oprawie syberyjskiej: płonący od księżyca śnieg aż po horyzont, dalej tajga drzemiąca, a z każdej strony wiorsty, wiorsty, zamrożone fale Bajkału itp. Kto chce, może uważać taki pejzaż za szczególnie romantyczny. Ale przecież to nie scenografia była najważniejsza, ale duch tej wyjątkowej pory.

Wysłuchiwałem wówczas opowiadań polskich sybiraków: o potajemnej Wieczerzy sprzed 60 lat w jednej z bijskich komunaiek, którą zdemaskował sąsiad milicjant, zaciekły bolszewik, po czym… zaproszony, przyłączył się do świętujących, a kilka miesięcy później przyjął chrzest, i jeszcze o tym, jak lwowiacy wywożeni na Syberię w 1947 roku, aby uczcić przyjście na świat Zbawiciela, łamali się w zimnym wagonie gdzieś pośród kazachstańskich stepów nie opłatkiem, ale podzielonym na malutkie porcje czarnym przydziałowym chlebem. Dla kontrastu mąciły myśli aktualne troski, bo właśnie wysłane z Polski podarki dla członków tutejszego stowarzyszenia nie trafiły na miejsce przeznaczenia, ale wylądowały w sąsiedniej miejscowości na pólkach sklepu zaopatrywanego w „europejski” towar przez pewnego prominenta z kręr gu syberyjskiej Polonii.

Najsilniejsze wspomnienie związane ze Świętami Bożego Narodzenia pozostało mi jednak z podróży do Irkucka. Zaparkowałem auto przy zajeździe pod Aczyńskiem; większą część drogi z Ałtaju miałem już za sobą, ale psia pogoda zniechęcała tego dnia do dalszej jazdy. Od razu przypętał się chłopak najwyżej może dwunastoletni, jeden z tych, co to kręcą się zawsze w takich miejscach, oferując doprowadzenie samochodu do porządku. Zaniedbana, bezprizorna dzieciarnia. Zdaje się, że tego blondynka spotkałem tutaj już wcześniej, wołano na niego Waśka.

Kiedyś widziałem, jak złośliwy kierowca zerwał mu z głowy czapkę i trzymając ją w wystawionej przez okno auta ręce zmuszał chłopca do pościgu za samochodem, to zwalniając, to znowu przyspieszając. Najpierw, ku uciesze gawiedzi, jeździł w kółko po placu; Waśka rzucał sję na swoją własność, klnąc wniebogłosy, a wtedy żartowniś naciskał gaz. Widzowie ryczeli ubawieni, a niektórzy z nich zachęcali chłopaka okrzykami. W końcu auto odjechało, Waśka wytrwale biegł za nim szosą. Po paru kilometrach znudzony oprawca wyrzucił niepotrzebne mu trofeum.

Teraz Waśka miał na głowie tę samą czapkę, zwykłą, tanią, włóczkową, pełną dziur i niesamowicie wyświechtaną, podobnie jak reszta lichego odzienia chłopaka. W kąciku jego ust ćmił się niedopałek. Poleciłem mu przetrzeć światła i szyby w aucie, a sam wszedłem do kafejki.

CZYTAJ DALEJ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here