W małej chatce myśliwskiej, opodal mostu prowadzącego do Karagaju przez rzekę Koksę, malowniczą bardzo latem, lecz ponurą w porze zimowej, wczesny mrok rozświetlał tylko żółty ogień w kominku. Brzozowe polana trzaskały miło, ale nastrój panował jakiś ciężki, melancholijny, czas bowiem był wprawdzie zaledwie poobiedni, lecz już, jak to w grudniu, przedwieczorny, a na dworze – gęsta zadymka.

Karagaj nawet według wyobrażeń mieszkańców prowincjonalnej bądź co bądź Republiki Ałtaju leży gdzieś na krańcach świata. Istotnie, aby do niego dotrzeć, należy znacznie oddalić się od zachodniego szlaku komunikacyjnego (jednego z dwóch wiodących przez obszar górskiego Ałtaju), który prowadzi do podnóża Biełuchy.

Po drodze do Karagaju mija się osadę Bannoje, wsławioną kilkanaście lat temu brawurową akcją rosyjskich antyterrorystów, którzy pojmali tu Edwarda „Edzia” Limonowa, pisarza epatującego swoją odmiennością, a zarazem enfant terrible świata polityki, założyciela partii nacjonalno-bolszewickiej. Pejzaż tej okolicy jest zimą wyjątkowo posępny: monotonne pagórki porośnięte tajgą, podobne do siebie kubek w kubek, urozmaicone tylko nieco wijącą się pomiędzy nimi szeroką rzeką Koksą, z której nurtem płyną zwały lodowego śryżu o stalowoszarej barwie.

Myśliwi

Mieszkańcy Karagaju i jego okolic przez dobre dwie dekady na przełomie stuleci zajmowali się przemytem. Za najbliższym górskim grzbietem znajduje się Kazachstan. Od czasu zawiązania przez to państwo przed paroma laty unii celnej z Rosją większość z nich straciła zajęcie, toteż w wiosce bieda aż piszczy. Sytuację ratują trochę myśliwi, bowiem zwierzyny w okolicy jest w bród: pospolite są sarny, jelenie, dziki, ale także wilki i niedźwiedzie, które występują tu wręcz w nadmiarze.

Zdarza się nawet, że jesienią dwa misie walczą o miejsce w zbyt małym barłogu, jakim jest ciasna grota albo niewielki wykrot. Silniejszy z nich następnie rozpiera się jak panisko w swoim zimowym apartamencie, a ten, który przegrał walkę, jeśli jest już za bardzo senny czy też zmęczony, wsuwa się tylko częściowo do barłogu, jaki musiał odstąpić rywalowi. Niekiedy jedynie symbolicznie „przykłada” samą głowę, co daje mu złudzenie, że jest bezpieczny w zimowym legowisku, podczas gdy jego korpus tkwi na zewnątrz gawry. Zwierzę w tej groteskowej pozycji zapada w sen zimowy i jeśli nic mu nie przeszkodzi, budzi się z niego dopiero wiosną.

CZYTAJ DALEJ

1 KOMENTARZ

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here