Chińczycy z wielkim powodzeniem sobie z nimi radzą, stosując metodę kija i marchewki. Kij to bezwzględna walka z terroryzmem – tak bezwzględna, jak potrafi to robić bezpieka państwa rządzonego przez partię komunistyczną. Marchewka to wielkie inwestycje w Xinjiangu, mające zdecydowanie poprawić poziom życia ludności i odciągnąć ją od spraw politycznych. Do tego dochodzi intensywna sinizacja ujgurskich elit, np. w postaci oferowania wspaniałych warunków rozwoju zdolnej ujgurskiej młodzieży na chińskim wybrzeżu, oraz – i to może jest najważniejsze – prowadzenie bardzo konsekwentnej akcji zasiedlania Xinjiangu, w którym w tej chwili Chińczyków (Hanów) jest prawie tyle samo co Ujgurów. Nie ulega wątpliwości, że jeśli ChRL utrzyma stabilność wewnętrzną, Chińczycy poradzą sobie z ujgurskim terroryzmem.

Terroryzm w Azji Południowo-Wschodniej

Najbardziej znaną organizacją terrorystyczną w Azji Południowo-Wschodniej jest bezsprzecznie Jemaah Islamiyah, działająca przede wszystkim w Indonezji i posiadającą ścisłe powiązania z Al-Qaidą. Jej celem jest utworzenie islamskiego państwa, kalifatu w Azji Południowo-Wschodniej, składającego się z terytorium Indonezji poszerzonego o terytoria Malezji, południowej Tajlandii, Singapuru i południowych Filipin. Metodą ma być chaos wynikły z prowadzenia akcji terrorystycznych, co ma doprowadzić do obalenia rządów cywilnych. Plany tej „polityki” to czysta fantazja, ponieważ islam w Indonezji jest wyjątkowo pokojowy i umiarkowany. O nierzeczywistości tego wszystkiego może świadczyć fakt, że w liczącej ćwierć miliarda ludności Indonezji cała „armia” tej organizacji nie przekracza tysiąca osób. Jemaah Islamiyah posiada jednak dość pokaźne środki finansowe, m.in. dzięki Al-Qaidzie, toteż była w stanie przeprowadzić kilka okrutnych zamachów, z których jeden, na wyspie Bali, spowodował śmierć ponad 200 osób.

Szczególna forma konfliktu świata islamu z chrześcijaństwem występuje na Filipinach. Między wyznawcami obu religii toczy się wojna trwająca z przerwami już kilkaset lat. Liczebna przewaga chrześcijan spowodowała, że muzułmanie zostali zepchnięci na południowe krańce wyspy Mindanao. Tam też trwały walki, ale w ciągu ostatnich lat największe muzułmańskie organizacje zbrojne: Narodowy Front Wyzwolenia Moro i Islamski Front Wyzwolenia Moro zaakceptowały rządowy plan autonomii dla muzułmanów. Obecnie „walczy” tylko organizacja Abu Sajjeda, która do niedawna stosowała metody Al-Qaidy, ale obecnie „skomercjalizowała się” i zamiast walki zajmuje się porwaniami dla okupu.

Co dalej?

Po pierwsze: islamskie organizacje terrorystyczne nie są organizacjami masowymi. Osławiona Al-Qaida dysponuje siłami obliczanymi na 3-5 tys. „bojowników”. Masowość występuje wtedy, gdy społeczność muzułmańska uważa, że jest dyskryminowana. Tak było na Filipinach, gdzie pod sztandarami Islamskiego Frontu Wyzwolenia Moro walczyło 50 tys. bojowników. Tak jest w tej chwili na Bliskim Wschodzie, gdzie sunnici, prześladowani przez alawitów w Syrii i szyitów w Iraku, w liczbie 80 tys. walczą pod sztandarami ISIS.

Po drugie: tam, gdzie nie ma dyskryminacji, nie ma też poparcia dla islamskiej ekstremy. W Indiach, w których żyje prawdopodobnie druga co do wielkości populacja muzułmanów, której los jest znośny, a państwo demokratyczne, nie ma gruntu dla terroru. Po trzecie: wspólną cechą wszystkich islamskich organizacji terrorystycznych jest nietolerancja, co skutkuje walkami pomiędzy nimi. Obecnie większość wojen, jakie prowadzą muzułmańscy ekstremiści, jest walkami przeciwko innym muzułmanom. Po czwarte: w Azji Południowej, Południowo-Wschodniej i Wschodniej nie ma obecnie możliwości, żeby dzihadyści odnieśli sukces. Czy odniosą sukces w Europie? Wygląda na to, że mają na to znacznie większe szanse niż w Azji.

ZOSTAW ODPOWIEDŹ

Please enter your comment!
Please enter your name here